26.

469 95 9

Nirr wiedział, że nie ma ani chwili do stracenia. Przespał kilka godzin i jego wewnętrzny ogień zdołał rozrosnąć się na tyle, by ifryt wrócił do pełni sił. Nie mógł ryzykować, że elf znów mu się wymknie.

Więc biegł. Zmuszał ciało do wysiłku niemal przekraczającego jego naturalne możliwości, ale instynkt łowcy, który właśnie się w nim przebudził, przekonywał go, że da radę. Musiał. Nie było innej opcji. Miał tylko kilka godzin, nim przeciwnik również wróci do formy, a wtedy mogło być już za późno. Mogło się wydarzyć wszystko, a do tego nie mógł dopuścić.

Odetchnął. Gorące powietrze wtargnęło do jego płuc, omyło je i podsyciło płomienie.

Elf nie miał szans. To nie był jego świat. Był tu nowy, zupełnie obcy. Mogło mu się wydawać, że świetnie sobie radzi, ale w rzeczywistości jedynie odwlekał nieuniknioną klęskę. Podziemny świat należał do ifrytów. Od zawsze. Swoją siłę czerpali z morderczego dla innych ras wyziewu z serca świata, w ich żyłach płynęła jego ognista krew. Byli synami ziemi i ognia, zrodzonymi z żądz i ciemności, by jak roztańczone języki płomieni sięgać ku odległemu niebu.

Teraz nie była to już kwestia przymusu ze strony rady Ganthir. Teraz chodziło o jego honor.

Rozognionymi gniewem i podnieceniem oczami badał kolejne mijane korytarze, w obawie, że mimo wycieńczenia Szczurojad mógł zawędrować dalej, niż Nirr przypuszczał. Właściwie była to jedyna rzecz, której się bał. W stanie, w którym się teraz znajdował, to jego raczej powinno się bać – przypominał bardziej kipiącą wściekłością rozpędzoną pochodnię niż żywą istotę. Starał się nad tym zapanować, wiedząc, że na jego widok elf może znów spróbować uciec.

Gdy tylko w polu widzenia mignęły pojedyncze jaszczurki, wiedział już, że był u celu.

Zwolnił. Nie mógł ich spłoszyć. Zazwyczaj nie zachowywały się agresywnie, ale z jakiegoś powodu broniły elfa i już raz uznały Nirra za zagrożenie. Sięgnął ostrożnie do torby, wyciągnął z niej kawałek suszonego mięsa i zaczął go rozrywać na drobniejsze kawałki. Gady bardzo szybko wychwyciły zapach potencjalnej przekąski, nie nakarmił ich jednak od razu, a dopiero wtedy, gdy jego oczom ukazała się drobna postać elfa. Rozłożył wtedy dłonie w pokojowym geście i pozwolił skrzydlatym żarłokom wybrać mięso spomiędzy jego palców.

Tylko jeden z nich nie dał się nabrać na tę niezbyt wyrafinowaną formę przekupstwa. Siedział wiernie tuż przy głowie elfa i trącał ją noskiem, popiskując przy tym płaczliwie.

- Niech to cholera... - zaklął pod nosem ifryt i pokonał szybko ostatnie kroki dzielące go od „ofiary".

Elf był stanowczo zbyt blady. Przez chwilę Nirr myślał, że spóźnił się i ma już do czynienia z trupem, ale gdy ukląkł przy nim i przyłożył policzek do jego ust, wychwycił słaby oddech. Ten fakt nie pocieszył go jednak – był to oddech przerażająco nierówny, zupełnie jakby srebrnowłosy na zmianę był wciągany pod wodę i wyrzucany ponad jej powierzchnię. Jakby tego było mało, był zimny i mokry od potu, a jego ciało podrygiwało nienaturalnie od chaotycznych skurczów mięśni. Nie była to żadna ze znanych Nirrowi chorób, nie wyglądało to również na zwykłe objawy zmęczenia.

Elf potrzebował pilnej pomocy, a ifryt, niestety, nie miał pojęcia jak mu jej udzielić.

Zerknął z niepokojem na jaszczurzego strażnika nieznajomego. Musiało być bardzo źle, skoro gad z wroga przekwalifikował go na ostatnią nadzieję na ratunek. Po chwili namysłu Nirr doszedł do wniosku, że mógł to być jednak efekt zmęczenia; możliwe, że umysł elfa odpowiadał koszmarami na wysiłek fizyczny. Chociaż ifrytowi to wyjaśnienie nie wydawało się zbyt prawdopodobne, bo zazwyczaj w podobnych sytuacjach umysł unika dodatkowego obciążenia i trudno liczyć na jakiekolwiek sny.

A jednak srebrnowłosego ewidentnie dręczyły koszmary. Koszmary albo...

Nirr zaklął ponownie. To nie było zmęczenie ani nawet choroba. Nie był zbyt biegły, jeśli chodziło o magię niezwiązaną z ogniem, ale musiał spróbować chociaż dowiedzieć się z czym miał do czynienia i co zrobić, by ulżyć elfowi w cierpieniu. Intuicja podpowiadała ifrytowi, że jeśli czegoś nie zrobi, ten drobny mężczyzna może umrzeć lub oszaleć. Im dłużej mu się przyglądał, tym bardziej dochodził do wniosku, że sen pochodził z zewnątrz i był mu narzucany wbrew jego woli.

Ifryt powoli przyłożył opuszki palców do lepkiego od potu czoła elfa i wysłał cienką nitkę magii w głąb jego umysłu. Na szczęście nie musiał specjalnie szukać, bo to, czego szukał, nie było nawet ukryte. Niesamowicie gęsta sieć otaczała umysł mężczyzny, wnikając jednocześnie do jego centrum; blokowała go, modyfikowała i ukierunkowywała. Nirr podejrzewał już wcześniej, że może mieć do czynienia z jakąś formą kontroli, ale nie spodziewał się niczego tak złożonego.

Co to mogło oznaczać?

Po co nakładać na kogoś tak potężny geas a potem wysyłać go do Pustki?

* * *

Małe wyjaśnienie:

Geas (lub z irlandzkiej mitologii "geis") to rodzaj zaklęcia lub przysięgi. Narzucany wbrew woli nakaz lub zakaz, zazwyczaj bardzo specyficzny, właściwy dla konkretnej osoby. Uważany zarazem za dar jak i przekleństwo. Jego złamanie wiąże się z utratą honoru lub nawet śmiercią. Z drugiej strony geas jest również źródłem siły i różnych dziwnych mocy. Tak w skrócie ;)

Przy okazji chciałam zachęcić do rzucenia okiem na inne moje prace. Może akurat trafi się tam coś, co się Wam spodoba ;) Jest na przykład "Gąska", której akcja rozgrywa się przed zawarciem Przymierza Thorab (i być może tłumaczy odrobinę, czemu do jego zawarcia w ogóle doszło), więc zapraszam :D

I na koniec pozdrawiam wszystkich, którzy musieli iść do szkoły :P

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!