Rozdział 15

1.8K 140 5

Amelia:

To właśnie ten dzień.
Dzień mojej śmierci.
Dzień w którym udowodnione zostanie to, że dla Kuby nie znaczyłam nic.
Byłam zwykłą zabawką.
Zaliczyć i zostawić.
Z samego rana zostałam wyrwana że swojego snu. Zanieśli mnie do jakiegoś pomieszczenia i kazali mi się przebrać. Ciekawe po co. Gdy już skończyła czynności łazienkowe chciałam się ubrać. Jednak to co znalazłam to jedynie - wyłącznie moim zdaniem nie wiem ja ich - bielizna. Czarna skórzana mini ledwo zakrywająca pośladki. Do tego również czarny top z głębokim dekoltem. Czułam się jak dziwka.

Może właśnie tego chcą? Może tak właśnie chcą mnie złamać tuż przed śmiercią? Nic mnie nie zabili bardziej niż świadomość, że dla człowieka, który jest dla mnie wszystkim ja jestem niczym.

Z zamyślenia wyrwało mnie gwałtowne otwieranie drzwi. Do pomieszczenia wszedł rosły mężczyzna. Jeszcze go tutaj nigdy nie widziałam. Podszedł do mnie i zaczął oceniać to jak się prezentuje.

- Całkiem dobrze. Powinnaś się spodobać swojemu nowemu właścicielowi - Odparł. Właścicielowi? To słowo cały czas huczało   w mojej głowie. Mężczyzna popchnął mnie w stronę drzwi. Szliśmy krętymi ścieżkami. Nie wiedziałam już gdzie się. Bałam się coraz bardziej. Po pewnie jakiś dwudziestu minutach dotarliśmy do drzwi. Trochę dziwnie wyglądały. Były całkiem czarne. Nawet klamka. Już myślałam, że ja naciśnie jednak on ją tylko pociągnął do siebie. Drzwi zaczęły wydawać dźwięki tykania. 
Z każdą chwilą dźwięk stawał się coraz szybszy, aż w końcu ustał. Drzwi ustąpiły. Mężczyzna za mną pchnął mnie w ich kierunku jednak nie wszedł że mną. Ogarnęła mnie panika. Nie wiedziałam co się teraz że mną stanie. Czy ja mam tak umrzeć?

Nie wiem ile tak stałam, ale w pewnym momencie rozbłysły światła i mogłam obejrzeć całe pomieszczenie. Dookoła były lustra, ale nie takie zwykłe. To były lustra weneckie. Mimo, że sama nie wiedziałam to czułam na sobie spojrzenia. Obracałam się w każdą stronę że złudną nadzieją, że uda mi się kogoś dostrzec.
Całe pomieszczenie nagle zalał czerwony kolor i dźwięk alarmu. Nie wiedziałam co się dzieje. Gdzie mam iść. Co się ze mną stanie. Do pomieszczenia, w który aktualnie przebywała wbiegło dwóch osiłków. Gdzieś już ich widziałam.
Zaczęli mną popychać i szarpać. Kierowali się w nieznanym mi kierunku. Co krok słyszałam jakieś odgłosy. Najprawdopodobniej strzelaniny. Boże ja nie chcę umierać! Nagle jeden z tych bydlaków, upadł, a z jego ust zaczęła lecieć krew, ale nie tylko na plecach dostrzegłam dziurkę po kuli. Został trafiony. Gdy popatrzyłam w stronę skąd dobiegł wystrzał dostrzegłam wysokiego blondyna z czarnym odzieniu i dwiema spluwami. W czasie gdy ja mu się przyglądałam wymierzył w naszym kierunku po raz drugi i strzelił. Automatycznie się skuliłam i zamknęłam oczy. Jednak nie poczułam żadnego bólu. Powoli otwierałam powieki. Blondyn w szybkim tempie podszedł do mnie. Co ja mam zrobić?
- Proszę nie rób mi krzywdy - Tylko tyle udało mi się wykrztusić.
- Spokojnie jestem tutaj aby Ci pomoc. Jestem znajomym Kuby to on tym wszystkim dowodzi. Bardzo się o ciebie martwi. Proszę zaufaj mi - Mówił do mnie przez cały czas spokojnym głosem. Cały czas uważne przyglądał się moim reakcjom.
- Kuba tu jest? - Zapytałam.
- Tak.
- Zabierzesz mnie do niego?
- Jeżeli tego właśnie chcesz to tak. - Odparł z uśmiechem. Podał mi dłoń za którą chwyciłam i razem ruszyliśmy na wolność. Po jakiś czterdziestu pięciu minutach byliśmy już poza budynkiem. Kierowaliśmy się do samochodów przy których gromadziła się już grupka mężczyzn. Jeden z nich chodził niespokojnie w te i z powrotem. Gdy byliśmy coraz bliżej rozpoznałam go i szybko do niego pobiegłam rzucając mu się na plecy. Jego nie przygotowanie spowodowało nasz upadek. W tej chwili po raz pierwszy od tygodnia szczerze się zaśmiałam.
Chłopak momentalnie się obrócił tak aby móc spojrzeć na moją twarz. Ten uśmiech, który zagościł na jego twarzy spowodował przyjemne łaskotanie w dole mojego brzucha.
- Stęskniłeś się? - Szepnęłam do ucha Kubie.
- Nawet nie wiesz jak bardzo - również szepnął i z całej siły przyciągnął mnie do swojej piersi. To właśnie w jego ramionach czułam się tak bardzo bezpiecznie i tak jakbym była na swoim miejscu. Nie chciałabym być nigdzie indziej.
- Jak się czujesz kochanie? - Zapytał po chwili przyglądając mi się uważnie.
- Teraz już lepiej, ale proszę jedźmy już. - Zaskomlałam mocniej tuląc się do chłopaka przede mną.
Po trzydziestu minutach byliśmy już w drodze do domu. Nareszcie zacznę wszystko od nowa. Może wyjadę? Nie wiem. Zobaczę jak się poczuje gdy zobaczę stare śmieci. Uraz zawsze będzie. Koszmary mam nawet gdy nie śpię. Ślady zawsze będą przy mnie. Zobaczymy co przyniesie przyszłość.

Znajomość z przypadku Where stories live. Discover now