21

6.9K 505 62

   Fredo zgodził się zostać ze mną na jeszcze jedną noc, gdy dostał wiadomość od Chaza o tym, że ich pobyt w mieście się przedłuży. Następnego dnia miał już wracać, bo wzywały go obowiązku (interesy, biznes, praca) chociaż mimo to i tak się cieszyłam. Flores świetnie dogadywał się nie tylko ze mną ale i z Jaxonem. Bawił się z chłopcem zabawkami, czym zdobył jego serce.
   Tego dnia noc była chłodna, a ja nie mogłam spać. Znów przeszkadzał mi natłok myśli. Nie znoszę, gdy to nie daje mi spać. Chyba wszyscy tak mają.
   Na bosych stopach podreptałam do kuchni, by nalać sobie wody do szklanki. Miałam Saharę w ustach. Przez dłuższą chwilę siedziałam przy stole ze zgaszonym światłem i pustą szklanką, ściskaną w dłoniach. Kompletnie nic nie widziałam, ale nie przejmowałam się tym. Usłyszałam kroki, nie musiałam się zastanawiać kto to, bo jasne było, że to Fredo. Kilka sekund później w kuchni zapalono światło, a ja zmrużyłam oczy na ostre światło. Mogłam się tylko domyślać, jak okropnie wyglądały moje włosy.
- Co ty tutaj robisz? - odezwał się zaspanym głosem.
- Siedzę jak widać - wymamrotałam - a ty?
- Obudziłem się, bo wyszłaś z łóżka - to zabrzmiało dla mnie tak dziwnie, że zrobiło mi się gorąco. - Wszystko gra?
- Tak, po prostu rozmyślam sobie. Przepraszam, że cię obudziłam. Możesz wracać spać, wszystko jest w porządku.
   Zamiast odejść, usiadł obok mnie.
- Widzę, że coś jest nie tak. Nie bez powodu siedzisz tutaj o... drugiej w nocy i rozmyślasz. Wiesz, że możesz mi powiedzieć o wszystkim, prawda? Jestem twoim przyjacielem i zawsze będę tu dla ciebie. Co się dzieje?
   Westchnęłam i zamknęłam oczy.
- Fredo, ja... p-potrzebuję twojej pomocy.
- O co chodzi? - potarł uspokajająco moje plecy.
- Wiesz o co, a raczej o kogo. Proszę cię, powiedz mi, gdzie on się teraz znajduje. Nikomu nie powiem, że wiem to od ciebie, przysięgam!
- Nie mogę, Ari, ty dobrze o tym wiesz - jęknął. - Przerabialiśmy już to.
- Ja... ja muszę z nim porozmawiać! Powiedz mi, błagam, zrobię wszystko!
- Nie wolno mi! Nie proś mnie o to więcej, bo ode mnie na pewno niczego się nie dowiesz.
   Zrezygnowana wbiłam wzrok w podłogę.
- Zadzwoń do niego, to sobie porozmawiacie.
- To nie jest rozmowa na telefon - syknęłam. - Chyba już ci o tym mówiłam.
- Inaczej ci nie pomogę - wzruszył ramionami.
   Byłam na przegranej pozycji, nie mogłam nic zrobić.
- Wiesz, że bardzo bym chciał, abyś przestała cierpieć, zrobiłbym wszystko, by ci pomóc. Wszystko ale nie to.
- Szkoda - szepnęłam - bo tylko tak można mi pomóc.

*


  Ten tydzień zaskakująco szybko zleciał. Nim się obejrzałam, nadszedł dzień urodzin Cassidy. Z pomocą Fredo, podrzuciłam Jaxona do rodziców, bo chętnie zgodzili się nim zająć. Razem z przyjacielem, późnym popołudniem pojechałam do domu najlepszej przyjaciółki. Miałam pomóc jej przygotować się i przetransportować jedzenie do domu, w którym miała odbyć się jej urodzinowa domówka.
   Ja byłam już gotowa. Miałam na sobie czarną, obcisłą sukienkę bez ramiączek, sięgającą do połowy ud. Włosy zostawiłam rozopuszczone, tylko je trochę wyprostowałam. Na stopy włożyłam dosyć wysokie czarne koturny, które kiedyś Cass kupiła mi w prezencie na urodziny. Były bardzo wygodne i wcale nie tak źle się w nich tańczyło.
   Mulat zgasił silnik w swoim autku i oboje wysiedliśmy. Nadszedł czas, by Cass i Fredo poznali się oficjalnie. Zapukałam do drzwi, cierpliwie czekając, aż nam otworzy. Usłyszałam kroki, a po chwili drzwi się otworzyły. W progu stała drobna blondynka, uśmiechając się.
- Cześć, wejdźcie - odsunęła się na bok szerzej otwierając drzwi.
   Z piskiem podekscytowania rzuciła mi się na szyję. Nie wiedziałam dlaczego, ale zawsze reagowała tak na mój widok. Mi wcale to nie przeszkadzało, tylko się dziwiłam. Kiedy wręczyłam jej prezent, ponownie rzuciła mi się na szyję.
- KURWA CALVIN KLEIN, DZIĘKUJĘ!
   Zaczęła całować oba moje policzki po kilka razy. Wreszcie się ode mnie oderwała i unosząc brwi spojrzała na mojego towarzysza. Po sekundzie z wielkim uśmiechem i zadowoleniem objęła go. Zdziwiony Fredo odwzajemnił gest.
- Ty musisz być Fredo, tak?
- Tak - zgodził się.
- Ari dużo mi o tobie opowiadała - poruszyła brwiami, na co chłopak się zaśmiał.
   Posłałam im obojgu wkurzone spojrzenie. To było nieprawdą, że dużo jej o nim mówiłam, bo tylko dwa lub trzy razy poruszyłam temat Fredo. I wcale nie wiedziała o nim za wiele.
- Uch - sapnęłam - możemy pójść już na górę?
- Oczywiście - mruknęła i zwróciła się do mulata - a ty... jeśli chcesz, możesz pójść pooglądać telewizję. Piwo jest w lodówce.
- Jasne.
   Pociągnęłam ją za rękę do jej pokoju. Na łóżku leżały trzy sukienki. A więc była przygotowana. Jedna była czerwona z kokarką w pasie, bez ramiączek, druga - prosta, czarna i obcisła, a trzecia... w kolorze pastelowego różu miała odkryte plecy i piękny, biały paseczek w talii.
   Wszystkie były niesamowicie śliczne, ale Cass oczywiście mogła ubrać tylko jedną. Kazałam jej przymierzyć wszystkie po kolei. Tak na prawdę wyglądała olśniewająco w każdej z tych trzech kreacji. Nie potrafiła się zdecydować, którą założyć na imprezę, a ja w tamtym momencie czułam, że chyba jej nie pomogę. Sama nie mogłam zdecydować.
- No to która? - pstryknęła mi palcami przed nosem.
   Wzdrygnęłam się, wracając na ziemię.
- Um, ta czarna leży na tobie najlepiej, tak myślę.
- Świetnie, bo jest najwygodniejsza - westchnęła.
- Mhm - mruknęłam.
- Teraz zrobisz mi makijaż - ściągnęła z siebie sukienkę. - Zrobisz to o wiele lepiej i szybciej niż ja.
   Przytaknęłam, położyłam sobie na kolanach koszyczek z jej kosmetykami i zabrałam się za robienie makijażu dziewczynie.
- Fredo jest bardzo przystojny - powiedziała.
- No jest - zgodziłam się.
- Ma dziewczynę? - zapytała.
   Zaśmiałam się cicho.
- Z tego co wiem, to nie, a co, chciałabyś-
- Nie, pytam, bo ładnie ze sobą wyglądacie. Pasujecie do siebie.
   Prawie zakrztusiłam się własną śliną. Oderwałam szminkę od dolnej wargi Cassie, przez co jej usta wyglądały jak flaga, gdyż górna warga nie miała jeszcze kontaktu z czerwoną szminką.
- No co? - wzruszyła ramionami. - Tylko mówię.
   Uśmiechnęłam się nerwowo.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi.
- Wiem, wiem, ale... popatrz na to z drugiej strony, bardzo dobrze cię traktuje, spędza z tobą dużo czasu, jest miły i... przystojny.
- I co w związku z tym? - spytałam obojętnie kończąc malować jej usta.
- To, że może to jest już czas, żebyś poszła krok dalej, hm? Zostawiła przeszłość za sobą i spróbowała zacząć żyć normalnie?
   Chrząknęłam.
- Cass, czy ty próbujesz powiedzieć mi, że powinnam... ja i Fredo-
- Tak, Ari. Nie chcę cię denerwować, ale może tak powinno być? Może to on jest tym właściwym?
- Nie jest nim - próbowałam brzmieć normalnie, choć głos zaczynał mi się łamać - i nigdy nie będzie.
- Skąd wiesz?
- Na prawdę uważasz, że po rozstaniu z Justinem, mogłabym od razu zapomnieć o wszystkim, co przeszliśmy, tak nagle przestać go kochać i zabrać się za jego najlepszego przyjaciela?
- On jakoś szybko znalazł pocieszenie w cipce jakiejś dziwki, pamiętasz?
   Zacisnęłam usta.
- Kochana wybacz, ale sama wiesz, jak jest.
- Wiem - szepnęłam. - To bardzo boli, bo obiecał, że już mnie nie zostawi, tymbardziej, że mamy razem dziecko. Byłam naiwna. Myślałam, że on na prawdę mnie kochał, bo w końcu... po co było to wszystko? Te wiadomości, które do mnie pisał, porwanie i... Jaxon. Przecież on zrobił to wszystko, żeby nikt nie mógł nas rozdzielić, a tymczasem on sam nas rozdzielił. Nie rozumiem go. Dobrze wiedział, że nie ważne, co się stanie zawsze będe przy nim. Miał się leczyć, a ja miałam go wspierać. A on tak po prostu... odszedł. Nie tak miało to wyglądać.
- Jak to miał się leczyć? - zdziwiła się.
- Miał leczyć swoje wybuchy gniewu. Zrobić coś, by je chociaż zmniejszyć. Tabletki, terapia, cokolwiek!
- Och.
   Zabierałam się za nakładanie henny na brwi blondynki, gdy po chwili ciszy zapytała:
- Ale jesteś pewna, że on jest chory i to nie jest to, że ma taki charakter?
- On mnie pobił, Cass. Ludzie nie robią takich rzeczy przez swój charakter. Owszem, mogą krzyczeć i szarpać się z kimś z  nerwów, ale on złamał mi żebra. Przez niego trafiłam to szpitala, byłam w okropnym stanie. Gdyby do pokoju nie wszedł Jaxon, prawdopodobnie nie byłoby mnie tutaj z tobą, bo by mnie zabił. Kiedy Jaxon się pojawił, Justin wyglądał jakby się obudził. Był zszokowany, gdy na mnie spojrzał, nie wiedział, co się dzieje, bo gdy to robił, nie był sobą. Zaczął histerycznie płakać, tak nie zachowują się normalni, zdrowi ludzie.
- Teraz rozumiem, jaki jest jego problem. Ale wciąż nie pojmuję, co z tą laską. Zachował się jak dupek. Gorzej niż dupek. Nawet nie mam słów by wyrazić moje oburzenie i obrazić go! Ugh, mam ochotę go wykastrować.
   Po nałożeniu podkładu i małej warstwy pudru na twarz przyjaciółki, schowałam jej kosmetyki z powrotem do koszyczka. Oznajmiłam jej, że skończyłam, więc zaczęła nakładać na siebie czarną, obcisłą sukienkę.
- To będzie gruba impreza - klasnęła w dłonie. - Mamy mnóstwo żarcia i procentów. Domek nad jeziorem też jest spoko. Musi się udać.
- Uda się, na pewno.

* * *

Jutro szkoła, jesteście gotowi? Ja idę do nowej i sram ze strachu :)

Fix me / jarianaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!