03

8.2K 706 71

Ktoś od tyłu złapał mnie za biodra i przyparł do ściany. Jego uścisk był na prawdę mocny. Poczułam ciepły oddech na skórze karku. Pachniał męskimi perfum. Były one takie same, jak mojego taty. Przyciskał moje ciało do ściany napierając na mnie, jednak nie sprawiając mi bólu. Moja klatka piersiowa w szybkim tempie unosiła się i opadała. Oparłam czoło o ścianę. Złapał moje nadgarstki i ułożył za plecami. Tak robili policjanci, gdy chcięli skuć kogoś w bransoletki przyjaźni aka kajdanki. Ale on ani trochę nie przypominał policjanta.
- Proszę - pisnęłam - oddam ci wszystkie moje pieniądze, tylko nie krzywdź mojego dziecka!
Byłam bliska płaczu.
- Dziecko? - wyszeptał ledwo słyszalnie. - Gdzie ono jest?
- Nie - wyszeptałam drżącym głosem - błagam. Nie rób mu krzywdy!
Zadrżałam przez pocałunek, jaki złożył na moim karku. Zaczęłam się wyrywać. Czułam łzy spływające po moich policzkach. Pociągnęłam nosem.
- Jak on ma na imię? - wyszeptał.
Zamknęłam oczy. Oblizałam usta i przęłknęłam ślinę.
- J-Jaxon.
Poluźnił uścisk, a ja stojąc twarzą do ściany mogłam odsunąć się trochę od niej, by nabrać powietrza. Z nerwów było mi gorąco. Czułam się jak jajko na patelni. Puścił moje dłonie, a swoje przeniósł na moje biodra. Potem na brzuch. Spanikowana szybko je zepchnęłam. Jednak one wróciły tak samo szybko, jak zniknęły. Owinął ramiona wokół mojego pasa, przyciągając mnie do siebie. Moje plecy stykały się z jego klatką piersiową. Chciałam się wyrwać, walczyć o wolność, ale względem niego byłam mrówką. Pocałował mnie w szyję.
- Tęskniłem.
- Puść mnie, p-proszę.
Zaczynałam kojarzyć jego głos, bo mówił głośniej.
Zamiast mnie słuchać, zabrał się za ssanie mojej skóry na odkrytym ramieniu. Ile on miał lat, że bawił się w malinki? To bolało i ten ból wcale nie był przyjemny.
- Przestań - pisnęłam - proszę, nie rób tego!
- Czego, maleńka?
- Nie dotykaj mnie w ten sposób. J-ja... mam chłopaka!
- Tak? - prychnął znów popychając mnie na ścianę - Jak ma na imię?
Nie odpowiedziałam. Zamiast tego moje myśli znów powędrowały do jego głosu. W głowie go przetwarzałam. Tak bardzo mi go przypominał.
- Odpowiedz mi! - ścisnął mocniej moje biodra.
- Justin - zapłakałam. - Ma na imię Justin. Błagam, bolą mnie biodra.
- Wciąż wierna - zanucił.
Ściągnął ręce z mojej talii. Oparłam dłonie o ścianę, dysząc szybko. Niby nic nie robiłam ale byłam zmęczona, obolała i spocona. Odwrócił mnie przodem do siebie. Myślałam, że będzie chciał mnie uderzyć, więc zamknęłam oczy i zakryłam twarz rękoma. Ściągnął je na dół i wyszeptał tak cicho, że ledwo to usłyszałam:
- Pozwalasz mu by cię dotykał?
- Pozwalałam - odszepnęłam wciąż mając zamknięte oczy. - Zawsze.
Na wspomnienie o nim z moich oczu wypłynęło więcej łez. Czy ten chory człowiek musiał mi przypomnieć o nim, kiedy udało mi się go zapomnieć i normalnie żyć?
Ku mojemu zdziwieniu, przyciągnął mnie do siebie i... przytulił. Poważnie, przytulił mnie. Co za chora akcja. Trzymał mnie tak mocno, ale zarazem delikatnie, nie krzywdząc, jakby miał zaraz skończyć się świat. Zaczęłam się trząść i płakać w jego ramie. Źle zrobił pobudzając moje wspomnienia z przeszłości.
- Shhh - potarł moje plecy. - Jestem tutaj, baby girl.
Zastygłam bez ruchu. Spięłam wszystkie mięśnie. Co on właśnie powiedział? Odsunęłam się od niego powoli. Cofałam się tak długo, aż moje plecy uderzyły o ścianę z gipsu. Nie mogłam zobaczyć jego twarzy przez przez ciemności panujące w całym domu, lecz mimo to i tak patrzyłam w jego kierunku marszcząc brwi.
- Maleńka - szepnął łapiąc mnie za dłoń.
Wyrwałam mu się. Chyba oszalałam myśląc, że to na prawdę mógłby być on.
- Spokojnie - dotknął mojego policzka dłonią. - To ja.
- Nie! - prawie krzyknęłam. - To nie jest prawda!
Zaczęłam szlochać, przesuwając się w bok przy ścianie. Kiedy chciałam pobiec, złapał mnie za rękę. Nie mogłam mu się wyrwać. Ponownie na mnie naparł.
- Kochanie - złapał moją twarz w dłonie. - To ja, Justin. Uspokój się. - Justin jest... on-
Nie dokończyłam. Poznałam jego głos, gdy mówił głośniej. To świadczyło o tym, że na prawdę stał przede mną. Był przy mnie.
- Jesteś tutaj - dotknęłam po omacku jego twarzy.
- Jestem - pocałował moją dłoń. - I będę już zawsze.
Nie wiedziałam, co się dzieje. Zastanawiałam się, czy nie przysnęłam przed telewizorem i czy to wszystko po prostu mi się nie przyśniło.
Oparł swoje czoło o moje, wycierając mokre od łez policzki. - Tęskniłem za tobą tak bardzo - westchnął. - Jedyne co miałem przez ten długi czas to twoje zdjęcia i wspomnienia. Nawet nie masz pojęcia jakie to było cholernie denerwujące, że nie mogłem cię dotknąć, mieć przy sobie. Trzy lata temu myślałem, że już piękniejsza być nie możesz, a dzisiaj... jak bardzo się wtedy myliłem!
- Skąd wiesz, jak wyglądam? Jest ciemno, przez burzę zgasły wszystkie światła - wymamrotałam.
- Obserwowałem cię od kilku dni, malutka. I nie, to nie przez burzę - zaśmiał się cicho. - Mam takie specjalne urządzenie, dzięki któremu mogę wyłączyć wszystkie rzeczy elektryczne i elektroniczne.
- O-ok ale jak tutaj wszedłeś?
Westchnął.
- Magicznym kluczem. Nie powiem ci jak on działa, bo mi go ukradniesz i użyjesz, żeby podglądąć mnie, gdy będę się kąpał.
Zaśmiałam się nerwowo.
- Miałem obmyślane wszystko - wyszeptał dotykając palcem moich ust. - Wszystko dokładnie zaplanowałem.
- To ty wysyłałeś do mnie do te listy?
- Nie umiem być poetą, wybacz. Chciałem... uprzedzić cię, przygotować do tego. Ale coś nie pykło bo wzięłaś mnie za złodzieja - powiedział rozbawiony.
- To nie było śmieszne - burknęłam. - Wystarczyło gdybyś wysłał mi SMSa!
- Wysłałem. I to nie jednego przecież.
- Mam na myśli SMSa typu "wróciłem, wiem gdzie mieszkasz więc czekaj na mnie w piątek o dwudziestej" na przykład - syknęłam. - Mogłeś jaśniej mi to wytłumaczyć, a nie wysyłać anonimowe listy!
- Bałaś się? - prychnął.
- Tak.
- Ew - przytulił mnie do siebie. - Nieważne gdzie jestem i co robię, nie pozwolę by ktoś zrobił ci krzywdę. Chroniłem cię przez cały czas i będę robił to tak długo jak żyjesz. Nawet po mojej śmierci.
- Jak mogłeś mnie chronić będąc w... tam.
- Kotku, nazywajmy rzeczy po imieniu: tam to więzienie. I wciąż mam swoich ludzi, nie zapominaj o tym.
- Cóż, w takim razie dziękuję - bąknęłam krzyżując ręce na klatce piersiowej. - A teraz... czy mógłbyś zapalić światła?
- Och, jasne.

* * *
Ari, weź ale z ciebie tępa dzida żal

Jeśli chcecie żebym kontynuowała maraton, pod każdym rozdziałem musi być 100 ⭐na dowód, że nie śpicie, bo jak zaśniecie, to już nigdy wam nie zrobię maratonu 😂




















Fix me / jarianaPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!