Chapter 1.

7.4K 367 127
                                              

"Party girls don't get hurt. Can't feel anything. When will I learn?"

7 czerwiec 2016

  Wysiadłam z taksówki, podając mężczyźnie wcześniej banknot i rozejrzałam się dookoła, świdrując otoczenie wzrokiem moich błękitnych oczu. Właściwie nie za dobrze znałam to miejsce, to miasto, ale właśnie to utwierdzało mnie w przekonaniu, że przybycie tutaj było właściwym rozwiązaniem. 

Zdecydowanie mogłam tutaj rozmyślać nad szklanką z alkoholem i mieć pewność, że nikt mnie nie rozpozna, ani tym bardziej nie doniesie mojemu ojczymowi, gdzie i co właśnie robię. 

Westchnęłam ciężko, czując jak ciężar poczucia winy, na nowo przytłacza mnie. Nie czułam się z tym dobrze, właściwie, jeśli miałam być szczera, ciężko było mi w moje dwudzieste urodziny odkryć tak okropną prawdę. Pokręciłam z niedowierzaniem głową i zgarnęłam z twarzy niesforne, blond kosmyki moich włosów. Zamrugałam pospiesznie powiekami, chcąc pozbyć się pieczenia spod nich, które świadczyło o tym, że lada moment miałam się rozpłakać, a tego na pewno nie chciałam. Wyprostowałam się, wzięłam głębszy wdech, chcąc się uspokoić. Użalanie się nad własnym losem nie miało najmniejszego sensu, nie teraz, nie nigdy. Byłam typem wojownika i nawet jeśli przyszło walczyć mi w nie mojej wojnie, bez uzbrojenia, czy przewagi, nie mogłam się poddać. Z dumnie uniesioną głową przemierzyłam te kilkanaście metrów, które dzieliły mnie od drzwi prowadzących do lokalu, do którego zmierzałam. 

Weszłam do środka, pchając drzwi i ponownie przesunęłam wzrokiem dookoła. Szare ściany z elementami bieli i jakąś ogromną fototapetą przedstawiającą Manhattan w pierwszej kolejności rzucały się w oczy. Później czerwone loże i krzesła przy stolikach oraz ciemno-szary blat baru, za którym stał młody i w miarę dobrze wyglądający barman. Zresztą, nie wystrój mnie tutaj interesował, tym bardziej mężczyzna, który miał mi lać alkohol. 

Podeszłam do lady, nie zamierzając nawet usiąść i oparłam dłoń na niej, by móc zastukać w jej polakierowaną powierzchnię paznokciami, które porywał czerwony lakier.

— Dzień dobry, co podać? — zapytał uprzejmie, przerzucając sobie ścierkę, którą przecierał jakieś naczynia, na ramię i posłał w moim kierunku szeroki, radosny i zapewne swój firmowy uśmiech. 

Chwilę wpatrywałam się w niego w milczeniu, bez żadnego grymasu na twarzy, ponieważ nie miałam zbyt dobrego nastroju.

— Wódkę — odparłam po dłuższym namyśle, na co on zmarszczył brwi, patrząc na mnie z wyraźnym niedowierzaniem.

 No oczywiście, zapewne widział we mnie to, co wszyscy dookoła. Idealną blondynkę, o nieskazitelnej urodzie, więc pojęcie picia tak mocnego alkoholu było abstrakcją. Spodziewał się po mnie fikuśnych drinków, najlepiej z parasolką. Niedoczekanie. Chciałam drinka. Mocnego drinka, sporo drinków. Chciałam się upić i nie zamierzałam wcale łagodnie traktować swojego organizmu. Kończyłam dzisiaj dwadzieścia lat i właśnie dzisiaj dostałam kolejne ultimatum od losu, a właściwie od Edoardo, który postanowił akurat dzisiaj pokazać, na co naprawdę go stać.

 Zamrugałam pospiesznie, chcąc pozbyć się natłoku zbędnych myśli i pokręciłam głową, chcąc zaprzeczyć samej sobie. 

— Albo nie, poproszę jednak whisky, z colą i lodem. I mogę prosić o podanie do stolika? — Odparłam po chwili, wiedząc, że wychodzę na niezdecydowaną i robię całkiem negatywne wrażenie. 

Postanowiłam to zniwelować, więc wygięłam delikatnie kąciki ust ku górze, układając je w lekkim, uroczym uśmiechu, którym kupowałam przychylność wielu osób. I oczywiście, tak było tym razem, ciemnowłosy bez najmniejszego wahania skinął mi lekkim ruchem głowy, poszerzając swój uśmiech, a ja odniosłam wrażenie, że zajmuje on połowę jego twarzy. Okropnie sztucznie, ale trudno.

Your movePrzysta艅 dla opowiada艅. Odkryj teraz