M odlitwę D aj M i A men

1.7K 134 24
                                              

Obudziłem się o czwartej w nocy. Albo o czwartej rano. To zawsze taka wątpliwa godzina i człowiek nie wie, czy to jest noc czy dzień. No chuj z tym. Dla osoby, która wstaje do pracy, czwarta jest godziną poranną. Ale zdaniem kogoś, kto do czwartej imprezuje, czwarta to jeszcze noc. Gdyby jednak ten pracujący człowiek się nieźle wkurwił, mógłby sądzić, że wstaje do pracy w nocy, z kolei rozszalały imprezowicz kończyłby imprezy o świcie. Nadal ta cholerna wątpliwość. Zbyt dużo wątpliwości. Lubię tak zmieniać temat i rozmawiać o godzinach. Żałosna przypadłość ludzka, co? 

Leżałem w swoim pokoju w okropnym stanie. Resztki popiołu z mojego papierosa turlały się po parkiecie i chyba przypominałem kolesia, który gra mordercę w najgorszym odcinku serialu o zagadkach kryminalnych. Podkrążone oczy, strużka zaschniętej krwi wypływająca z nosa. Teraz mam w nosie czerwień, wcześniej miałem biel. Czy to w dzisiejszych czasach oznaka prawdziwego patriotyzmu? Prędzej patologii. Otworzyłem delikatnie drzwi, zajrzałem do salonu. Ciotka zasnęła na kanapie z puszką piwa w dłoni, wuj spał obok niej. Jego zasrane, tłuste cielsko unosiło się z każdym oddechem i jednocześnie wydawało z siebie ociężały dźwięk silnika. Dałbym wszystko [dupy raczej nie], gdyby ktoś powiedział mi, że oddech, który właśnie wuj wykonywał, był jego ostatnim. A dałbym wszystko [dupy też] i jeszcze więcej [potrójne danie dupy], gdyby ta osoba, która to powiedziała, dała mi gwarancję, że mówiła prawdę.

Otworzyłem okno, wpuściłem do pokoju zapach wolności. Wolności, zwycięstwa, przewagi, siły, dominacji i jesiennego powietrza skompilowanego z pięknym smrodem dymu papierosowego. To był naprawdę uroczy, specyficzny czas. Aż śmiesznie się czułem. Nie mogłem uwierzyć, że posunąłem się do tego kroku. Ucieczka z domu? Ucieczka? Ciężko mylić ucieczkę z usamodzielnieniem się, jednak w moim przypadku to z pewnością była ucieczka. Bo ja i samodzielność? To jak ja i zdrowie psychiczne. Chciałem zniknąć z mojego starego życia i pojawić się w nowym. Odnaleźć się chciałem w nowej rzeczywistości. Zdolności asymilacyjne człowieka są cudowną sprawą - na tyle cudowną, że chciałem sprawdzić, czy w ogóle je posiadam.

Cu-DOWN-e.

DOWN, DOWN, DOWN.

Niżej, niżej, niżej. Tkwiłem po uszy w tym podmokłym gównie. Z każdym dniem szedłem coraz bardziej w dół. Niżej i niżej. Moje życie zaczęło przypominać pracę grabarza. Było jak kopanie grobu - im bliżej celu byłem, tym bardziej zapadałem się pod ziemię. Moje standardowe powiedzenie.

Stanąłem na środku swojego pokoju, rozejrzałem się i w nikłych promieniach wschodzącego słońca zobaczyłem wszystko. Wszystko to, czego do tej pory nie widziałem. Komoda, którą trzymałem w pokoju, była kiedyś brązowa, ale pomalowałem ją na biało, bo to było modne. To na niej od wielu lat stały kwiaty w butelce po najtańszym winie. Eliza dała mi te kwiaty przed swoją próbą samobójczą. Spojrzała na butelkę, uśmiechnęła się i powiedziała, że to jej wizja artystyczna. Nie zauważyłem, kiedy kwiaty przestały kwitnąć. Nie zauważyłem, kiedy całkowicie uschły. I nie zauważyłem, kiedy cały bukiet zaczął przypominać pustą butelkę po Amarenie. Bo nią, kurwa, był. Przez te wszystkie lata stałem się podobny do odczynu alkoholu, który pierwotnie tę butelkę wypełniał - obojętny. Gównem miałem umazane oczy. Wstyd, kurwa, wstyd. Żałosnym byłem przypadkiem. Wziąłem głęboki oddech, ciarki przeszły po moim ciele. Kolejne spojrzenie. Kolejna rzecz. Biały pokój, sterta brudnych ubrań, koszulka ze zniszczonym nadrukiem twarzy Hendrixa i jeszcze jakaś inna z kolorowym słoniem, opakowanie po papierosach wypełnione zwiniętymi banknotami dziesięciozłotowymi, rysunek wiszący na ścianie od pięciu lat, przestarzały magazyn dla fizyków, białe krzesło z wyłamanym oparciem, ziemia do kwiatów wysypana z doniczek, czarne futro pełniące funkcję dywanu - całe w popiele, śmieciach i krwi. Przecież to byłem ja. Ten pokój był metaforą mnie. Gdyby ludzi sprzedawano w opakowaniach, ktoś musiałby mnie kupić wraz z moim pokojem. On mieścił wszystko. Pachniał chorobą psychiczną i destrukcją. Nie chciałem w nim dłużej być. Miałem dość tego świata i najchętniej skoczyłbym z okna, bo to byłby niezły dodatek do mojej śmierci. Całkiem duża dawka tej popularnej dramaturgii, nie? Wyszłoby całkiem tanio, nie musiałbym nawet kupować liny. Ale zacząłem wychodzić z założenia, że spora część osób uważa życie za gówno. I ta część osób z reguły chce się zabić, zabija się albo okazjonalnie myśli o zabiciu się. A kiedy zarówno życie jak i śmierć uważasz za gówno, jesteś w nieco gorszej sytuacji [w domyśle: mojej] i musisz szukać alternatywnych sposobów na jednoczesny brak życia i brak śmierci. Myślałem często o takim stanie, kot Schrödingera pomrukiwał w mojej głowie. Nie lubiłem tego uczucia, nie lubiłem tego kota. Uczucie zimna i ciarek na ciele oraz widok spakowanej torby to definicja wszystkiego, na co czekałem przez długie lata. Wolność, przejście do tego wspaniałego świata destrukcji, przed którym wszyscy mnie chronili. Chronili? Da się kogokolwiek chronić poprzez izolowanie go od tego, co ludzkie? Dotychczas byłem żywą rośliną, od dziś będę martwym człowiekiem. A stojąc w pokoju doznałem tego wspaniałego stanu. Wiecie, jak go nazywam? Ten stan nosi nazwę "pomiędzy". Jaka szkoda, że nie da się na zawołanie zapomnieć swojego imienia, nazwiska i miejsca zamieszkania. Bo te trzy wytyczne już do końca życia będą kojarzyć mi się z żałosną personą, w ciele której żyłem przez dwadzieścia lat. Wziąłem do ręki torbę i przyrzekłem sobie, że już ostatni raz rozglądam się po swoim pokoju. Zrobiłem to. Wciągnąłem powietrze do całego ciała, ostatni raz poczułem ten zapach, ostatni raz spojrzałem na ciotkę, ostatni raz wyszedłem ze swojego pokoju, ostatni raz otworzyłem drzwi, ostatni raz rzuciłem mięsem na widok napisu "K+M+B" i ostatni raz zamknąłem mieszkanie, ostatni raz zamknąłem ten rozdział swojego życia. Zamknąłem i już. Szlus. Koniec. Klucz wrzucony do rzeki. Droga bez powrotu. Zszedłem po schodach, no właśnie, ostatni raz. Było mi zimno i wspaniale. Wyszedłem na podwórko, ostatni raz minąłem szalet i ostatni raz pomyślałem o Elizie. Ostatni raz okłamałem w ostatnim zdaniu. Wszystko ostatnie. Ostatni to byłem ja. Nadszedł czas na bycie, kurwa, pierwszym.

mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachWhere stories live. Discover now