13.

662 117 10

Kolejny egzamin zdany :D Mogę wrzucać rozdziały :D

* * *

Mistrz Yulis Hangen był co najmniej zaniepokojony zachowaniem swojego ucznia. Nie chodziło o to, że młody Amastine opuszczał zajęcia, chociaż był oczywiście ciekawy, w jaki sposób zawsze udaje mu się uciec i gdzie spędza ten nadmiar wolnego czasu. Może i przejmowałby się tym bardziej, ale Genciel był niezwykle zdolnym dzieckiem i w ciągu jednych zajęć potrafił przyswoić materiał z całego miesiąca. Był najprawdopodobniej najzdolniejszym czarodziejem swojej dekady, a z pewnością najbystrzejszym i najbardziej bezczelnym dzieckiem jakim przyszło się Hangenowi opiekować. Gdyby tylko mógł mu poświęcić więcej czasu...

Już wielokrotnie zgłaszał potrzebę zorganizowania indywidualnego nauczania dla najlepszych chłopców. Nie był mistrzem od wczoraj, widział doskonale, że umysły genialne uwielbiały się wymykać standardowej procedurze edukacji. Odpowiedź jednak od lat pozostawała niezmienna:

- Wszyscy chłopcy powinni mieć takie same możliwości rozwijania swojej mocy i nie wolno nam dzielić ich na słabszych i silniejszych. Powinieneś doskonale pamiętać, drogi Yulisie, jak brzemienne w skutki są takie podziały.

O młodym Amastinie nie usłyszał jeszcze żadnego pochlebnego zdania poza: „zdolny, ale leniwy". Banda starych, zapatrzonych w siebie nieudaczników! Gdyby chociaż spróbowali do niego dotrzeć, zainteresować go czymś, pobudzić wyobraźnię, szarpnąć struny ambicji! Wtedy dostrzegliby, jak każde powiedziane słowo kształtuje jego myśli, jak myśli poszerzają jego umysł, tak wszechstronny, tak plastyczny, tak nieograniczony!

Najchętniej sam zająłby się szkoleniem Genciela, nie wolno mu było jednak faworyzować żadnego z chłopców, był więc zmuszony ograniczyć się do podsuwania uczniowi odpowiedniej literatury i udzielania niby nic nie znaczących rad.

Momentami żałował nawet, że Genciel w ogóle posiadał moc. Pochodził z bardzo dobrej szlacheckiej rodziny; z pewnością zapewniono by mu właściwą edukację i w przyszłości mógłby zostać kimś naprawdę wielkim. Taki umysł otworzyłby przed nim nieograniczone możliwości. Może nawet zbyt wielkie... Z drugiej strony, był ambitny, ale nie zachłanny. Samo zdobywanie wiedzy i umiejętności sprawiało mu przyjemność i Hangen jeszcze nigdy nie przyłapał go na wykorzystywaniu ich do własnych celów. No, może poza uciekaniem z zajęć. I zdobywaniem dodatkowej porcji deseru. Ale to chyba nic złego, jeśli jest się dzieckiem, prawda?

Jeszcze żaden uczeń nie stawiał przed nim takich wymagań. Nie zniechęcało go to jednak, a wręcz przeciwnie, motywowało do cięższej pracy i bezustannej analizy wszystkiego, co działo się w Twierdzy. Może i Genciel wciąż wyglądał na dziesięć lat i niezwykle przekonująco zachowywał się jakby miał właśnie tyle, ale był to jedynie efekt płynącej w jego żyłach magii – gdyby nie ona, byłby już dobrze po trzydziestce, a w przypadku kogoś z umysłem tak lotnym, mogło to oznaczać tylko jedno. Ech, żeby chociaż nie był tak biegły w kłamstwach i aktorstwie...!

Może właśnie dlatego Hangen tak bardzo przejął się stanem, w jakim go znalazł? Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej widział chłopca tak desperacko próbującego ukryć przerażenie.

Jego pokój i szpital sprawdził jako pierwsze. W prawdzie nie spodziewał się zastać tam Genciela, nie był aż tak naiwny, ale w końcu ludzką rzeczą jest łudzić się do samego końca. Schody zaczęły się dopiero potem. Siriban Meirelles powiedział mu kiedyś, że widział kilka razy młodego Amastine'a, jak pojawiał się znikąd w okolicy pokojów dla służby, postanowił więc pokręcić się tam i liczyć na odrobinę szczęścia.

Po dwóch godzinach chodzenia w kółko zrozumiał, że jego dzienny przydział szczęścia jest niewystarczający, by przyłapać Genciela.

Nie pozostało więc nic innego, jak wykorzystanie metod tradycyjnych. Gdyby tylko mógł użyć do tego magii! Mógłby zmaterializować ją jako małe muszki albo pająki i w ten sposób śledzić tego małego drania, ale oczywiście „nadanie magii formy materialnej jest śmiertelnie niebezpieczne, gdyż stanowi pierwszy krok do przejęcia przez nią kontroli nad ciałem i umysłem czarodzieja". Banda starych, ograniczonych umysłowo tchórzy. Dzięki ich idiotycznym obawom po raz kolejny zmarnował swój czas i obolałe stawy na zwiedzanie stajni, ogrodów, sadu, szklarni, lasu, kuchni i paru innych równie pasjonujących miejsc, w których nie było ani śladu zbiega, nim w końcu doczłapał do biblioteki. Cóż, fakt, mógł wcześniej na to wpaść, to prawda.

Aczkolwiek problem z Gencielem polegał również na tym, że jeśli się go znalazło, to tylko dlatego, że chciał być odnaleziony.

Tak więc, gdy w końcu chłopiec pozwolił mu się znaleźć, siedział w wielkim fotelu w czytelni z równie wielką, niepasującą do jego drobnej osóbki książką na kolanach. Gdyby Yulis go nie znał pomyślałby zapewne, że to zgłębianie nowych arkan wiedzy tajemnej wywołało u niego dreszcze i sprawiło, iż zupełnie zapomniał o zajęciach. Tak też pewnie Genciel chciał wyglądać.

Hangen nie dał się oszukać. Przejrzał go na wylot, przez co ledwie zdołał powstrzymać ojcowskie zapędy i nie chwycić malucha w objęcia. Wszystko, absolutnie wszystko w tej jego dopracowanej pozie, od drżącej bródki po dłonie zaciśnięte kurczowo na książce, wołało rozpaczliwie: „Jestem przerażony! Błagam, przytul mnie mistrzu".

Nie zrobił tego. Nie mógł. Zamiast tego całą miłość, którą darzył swojego ucznia, zamknął w dłoni i zacisnął mocno, kojąco, z uczuciem, na jego ramieniu.

Amastine drgnął, jakby właśnie wyrwano go z transu i spojrzał zdezorientowany na mistrza. Swoją drogą, te jego urocze czarne loczki aż prosiły się o strzyżenie. Cokolwiek go przeraziło, odeszło w niepamięć, gdy tylko zrozumiał, że nie jest już sam. Błysk trudnej do wyrażenia ulgi prześlizgnął się po niebieskich oczach, po czym na drobną twarz wstąpiła wyćwiczona do perfekcji maska grzecznego chłopca.

- Czy coś nie tak, mistrzu? - zapytał mdląco niewinnym głosem.

- Nie pojawiłeś się na zajęciach. Znowu - odparł starszy czarodziej udając, że i tym razem dał się zwieść. W rzeczywistości obaj doskonale zdawali sobie sprawę z tego, że ta gra już dawno powinna przestać ich śmieszyć. Cóż... nie przestała.

- Och! - krzyknął z przerażeniem chłopiec zatrzaskując głośno księgę. Tym razem jednak odegrał rolę tak mało przekonująco, że tłumiony śmiech zatrząsnął brzuchem Hangena. – Przepraszam, mistrzu, zaczytałem się. Kto by pomyślał, że w tych starych książkach może być tyle ciekawych zaklęć?

- Mam nadzieję, że nie była to jedna z tych ksiąg, które starsi mistrzowie skuli łańcuchami i opletli zaklęciami, by zawarta w nich zakazana wiedza nie skaziła czystych umysłów niedoświadczonych uczniów? - szepnął konspiracyjnie Yulis i razem z chłopcem kopnął łańcuch głębiej pod fotel.

Gdyby któryś ze Starszych to zobaczył, pewnie kazał by obu ich wychłostać i zamknąć w lochu... ale dopóki jego pobłażające podejście do intelektualnych zapędów Amastine'a pozostawało ich sekretem, zamierzał nie tylko przymykać na to oko, ale i dyskretnie wspierać chłopca. Nigdy nie przyznałby się do tego głośno, ale jego skromnym zdaniem czterysta lat izolacji i życia w strachu przed dawną potęgą, uczyniło z czarodziejów bandę bezużytecznych, leniwych i drżących przed własnymi możliwościami nieudaczników. Nie miałby zupełnie nic przeciwko, gdyby jakiś zdolny i charyzmatyczny mag zrobił z tym wreszcie porządek.

Dlatego właśnie uśmiechnął się dyskretnie do magii Amastine'a, która jako delikatny złoty wąż oplatała szyję chłopca i drzemała z głową na jego ramieniu.

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!