4

1.2K 155 8


Feivarr westchnął przeciągle, możliwe nawet, że już setny raz tego wieczora. Szczerze mówiąc, nie wziął sobie specjalnie do serca tego, co powiedziała mała Bria i dopiero podejrzane zachowanie wieśniaków skłoniło go do ponownego przemyślenia planu. Nie zdążył bowiem nawet podjechać pod wieżę czarodzieja, gdy zatrzymał go, niemal rzucając się pod kopyta Argio, burmistrz Podbramia. Swoją drogą, burmistrz to zdecydowanie zbyt dostojny tytuł dla kogoś, kto stał na czele osady tak niewielkiej i ubogiej, ale dla elfa i tak nie miało to większego znaczenia. Ważniejsze było, iż ów jegomość, Kamo Boraem, kazał mu zatrzymać się u siebie w domu i czekać, aż czarodziej ogłosi „dzień otwarty".

Kamo był prostym kowalem, mieszkał z żoną i trójką dzieci w niewielkim, piętrowym domku, który oddzielał resztę wsi od drogi prowadzącej do wieży. Chociaż i jego rodziny przeciągająca się zima nawet nie próbowała oszczędzać, to przyjęli do siebie elfa, nakarmili go i zaoferowali własną sypialnię. Wszystko wskazywało na to, że byli przygotowani na tego typu gości, bo ze swojego okna Feivarr mógł zobaczyć tę część wieży, którą kowal nazwał z przekąsem „salą audiencyjną".

- Niczego ci nie bronię, elfie, ale dla twojego własnego dobra, nie idź tam, dopóki nie zapali świateł w tamtej sali - ostrzegła go szeptem żona Kamo, nim zostawiła przybysza samego w małej sypialni.

Wieża czarodzieja prezentowała się dość dziwacznie; sprawiała wrażenie budowanej z rozmachem, ale bez żadnego konkretnego planu czy celu, przez co wyglądała na bardzo chwiejną i chaotyczną konstrukcję, mogącą w każdej chwili zmienić się w bezładną stertę gruzu. Ciemne, niemal czarne cegły dodawały jej złowrogiego charakteru, zupełnie jakby ostrzegały zapaleńców takich jak Feivarr przed okropieństwami kryjącymi się wewnątrz. 

Z drugiej jednak strony, było w niej coś tak pięknego, tajemniczego i nieuchwytnego, że elf nie potrafił oderwać od niej oczu. Nie mógł oprzeć się przeświadczeniu, że wieża kusi go swoją niedbałą, lekceważącą prawa natury architekturą. Nie, nie chodziło tylko o nietypową fasadę. Bardziej nurtowała go myśl o tym, co znajdowało się w środku.

Jeśli to, czego udało mu się dowiedzieć, było prawdą, tę chwiejną budowlę zbudowano na wylocie jednego z tuneli wiodących do Pustki.

Działo się to jeszcze za czasów, gdy czarodzieje bezustannie ingerowali w losy świata, dlatego właśnie, w imię dawnej tradycji, przejścia strzegł jeden z członków Bractwa. Zadaniem strażnika było pilnowanie, by żaden śmiertelnik nie pokusił się o korzystanie z „dobrodziejstw" podziemi, a także by podziemia nie pokusiły się o powierzchnię. Historie o zamieszkujących Pustkę potworach były na tyle przerażające, iż nikt o zdrowych zmysłach by się tam nie wybrał, ale zawsze lepiej chuchać na zimne.

Rzekomo.

Wszystkie obawy dotyczące podziemnego królestwa dotyczyły w głównej mierze ludzi. Świadczył o tym chociażby fakt, że tylko to jedno przejście było strzeżone, a elf posiadał niezbite dowody na to, iż alvenowie i krasnoludy posiadali ich przynajmniej kilka. Za takim właśnie wnioskiem przemawiał niezwykle popularny ostatnimi czasy handel artefaktami pochodzącymi z „wykopalisk".

Dłoń Feivarra bezwiednie powędrowała do szmaragdowego kolczyka. Zdjął go ostrożnie i zaczął oglądać z każdej strony. Sam szmaragd był niewiele większy od paznokcia, oszlifowany w spłaszczony owal pozbawiony ostrych brzegów. Ale to nie kamień przykuł spojrzenie Feivarra. Teraz, gdy trzymał to arcydzieło w dłoniach nie mógł uwierzyć w swoje szczęście. Najprawdopodobniej zawdzięczał je słabemu wzrokowi krasnoludzkiego handlarza, a także faktowi, iż brakowało drugiego kolczyka do pary. Dwie złote monety za to cudo? Zaśmiał się pod nosem. Ciemnozielony kamień na pierwszy rzut oka opleciony był bezładną plątaniną srebrnych niteczek i listków. Jednak jeśli przyjrzało mu się dokładniej w tym błyszczącym chaosie można było dostrzec maleńkie smoki splątane w podniebnym tańcu, który wypełnił cały pokój, gdy elf uniósł kolczyk tak, aby przeszedł przez niego promień zachodzącego słońca. Każde drżenie dłoni wprawiało skrzydlate jaszczurki w ruch.

Elf syknął z bólu i zacisnął powieki. Atak migreny był wyjątkowo silny i niespodziewany, ale zamiast go zniechęcić, jedynie przypomniał Feivarrowi po co właściwie przybył do Podbramia. Po tylu latach walki z własną słabością i ludzką głupotą w końcu znalazł się na wyciągnięcie ręki od rozwiązania wszelkich problemów.

I to właśnie ten maleńki kolczyk go tu przywiódł. Od chwili gdy tylko chwycił go w dłonie, nie mógł przestać marzyć o poznaniu stworzeń zdolnych do tworzenia takich cudów. Nie miał absolutnie żadnych wątpliwości, że nie jest to dzieło którejkolwiek ze znanych mu ras. Gdzieś na świecie był ktoś, kto potrafił panować nad metalem do takiego stopnia, że nawet nadanie mu kształtów tak misternych i delikatnych nie przekraczało jego możliwości.

Ile podobnych arcydzieł kryło się w Pustce? Kto ją zamieszkiwał? Czy rzeczywiście była jedynie schronieniem dla wygnańców czy też zasiedlała ją zupełnie odrębna cywilizacja? Zobaczyć to wszystko na własne oczy. Ujrzeć, zrozumieć, zgłębić i wykorzystać.

Zaciskając smukłe palce na kolczyku, wiedział, że taki właśnie jest cel jego życia. Dlatego bez względu na wszystko musiał się spotkać z czarodziejem i poprosić go o tworzenie Bramy.

Zakładając z powrotem kolczyk, wrócił spojrzeniem do dziwnej budowli. „Sala audiencyjna" znajdowała się w niewielkiej przybudówce i miała swoje oddzielne wejście, chociaż elf był pewien, że można się do niej dostać również od strony wieży. Nie znał w prawdzie jeszcze czarodzieja, ale dzięki temu, co już o nim wiedział, domyślał się, że nie należał on do osób lubiących się niepotrzebnie fatygować. Ba! Możliwe nawet, że posiadał specjalny portal, który przenosił go bezpośrednio do przybudówki. A może był tak gruby i leniwy, że dostawał się tam na latającym dywanie? Ta myśl wywołała szeroki uśmiech na twarzy Feivarra.

Chciał właśnie odejść od okna i położyć się spać, gdy szyby niższych pięter wieży rozbłysły rażąco szkarłatnym blaskiem. Nim jednak przyszło mu do głowy, że to może być pożar, dziwne światło pomknęło niespiesznie w stronę wyższych kondygnacji, zmieniając przy tym kolory; poprzez słoneczne żółcie i zieleń traw aż do głębokiego morskiego błękitu, którym to osiągnęło zawadiacko przekrzywiony dach, by przecisnąć się przez trzy, różnej wysokości kominy jako gęsty purpurowy dym.

Czyżby Genciel Amastine przygotowywał właśnie jakieś potężne zaklęcie? A może magiczny wywar? Albo raczej był w trakcie jednego z tych swoich eksperymentów. Tak, to pewnie było to. Ciekawe, co takiego próbował odkryć.

Śnij zapomnianePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!