7. Fałszywa nadzieja

2.1K 203 28
                                                  

— Nie będę niańczył bandy dzieciaków, kiedy się stąd wydostaniemy — powiedział nagle Snape, który wolnym krokiem kroczył obok mnie. Spojrzałam na niego niepewnie, wyłapując coś dziwnego, co przemknęło po jego twarzy.

— Profesorze... Mogę spytać, jak udało się panu... — Nie wiedziałam, jak ułożyć w dobre słowa pytanie, które cisnęło mi się na usta. — Widzieliśmy, jak pan umiera. Wykrwawił się pan na naszych oczach. 

— Ach — mruknął. — Chcesz wiedzieć jak udało mi się oszukać taki bystry umysł jak twój?

Wywróciłam oczami, słysząc jak przeinaczył moje słowa, ale nie mogłam powstrzymać się od nikłego uśmiechu. 

— Tak, chociaż nie o to chciałam spytać. Udało się panu oszukać Sam-Pan-Wie-Kogo. Nie chodzi o mnie. 

Snape prychnął, a ja poczułam się głupio. Czyżby moje pytanie było tak oczywiste?

— Nie bez powodu noszę tytuł mistrza — odparł nieco dumnym tonem. — Eliksiry nie stanowią dla mnie żadnej tajemnicy. Wiele lat je studiowałem, a posługa dla Voldemorta — to imię wymówił z niezwykłą nawet dla niego nienawiścią — tylko pomogła mi zgłębić wiedzę o nich. Jeśli podzieliłbym się moimi sekretami, musiałbym cię zabić — dodał ciszej, a na jego ustach pojawił się kpiący uśmieszek. 

— Tajemnica zawodowa? — spytałam z przekąsem. — Nie chcę pana wygryźć. Chciałam tylko wiedzieć.

—Przyjmijmy więc — odparł — że to pozostanie tajemnicą. 

— Jedną z pana wielu. — Popatrzyłam na niego i zastanowiłam się, czy mogę ciągnąć tą rozmowę w kierunku, który mu się nie spodoba. — Harry nie zdążył nam wiele wytłumaczyć, ale... Powiedział, że pan zawsze był po naszej stronie. To prawda?

Przez chwilę szliśmy w milczeniu, a Snape zdawał się sprawiać wrażenie, jakby nie dosłyszał mojego pytania. Uznałam jego milczenie za odpowiedź twierdzącą i niewytłumaczalny kamień spadł z mojego serca. Zawsze, gdzieś tam w głębi, czułam, że Snape nie mógłby zdradzić Dumbledore'a. Że coś więcej musiało się kryć za zabójstwem byłego dyrektora.

— Nie powtórzę więcej i sam nie wiem, jak w ogóle przyszło mi to do głowy, ale twój wybraniec miał rację. Chociaż w twoich ustach brzmi to niezwykle banalnie. 

Nie odpowiedziałam nic. Długi kawałek pokonaliśmy w całkowitej ciszy, którą co jakiś czas przerywało jedynie siąkanie nosem. Domyśliłam się, że to Ginny. Wciąż opłakiwała Parvati, a ja nie mogłam jej za to winić. Były przyjaciółkami. Ja do tej pory nie mogłam uwierzyć, że Harry nie żyje. Nie docierało to do mnie, mimo iż widziałam jego ciało, mimo, że teraz uciekałam przed śmierciożercami i to w towarzystwie Snape'a. Wszystko wskazywało na to, że Harry umarł, a ja nie potrafiłam sobie przyswoić tego faktu. 

— Moja przyjaciółka — usłyszałam nagle głos Eleny i popatrzyłam na nią ukradkiem —Lydia... Jej brat zmusił ją do przejścia na stronę śmierciożerców.

— Cała jej rodzina z nimi sympatyzowała, więc nie ma w tym nic dziwnego — odparł Snape, a ja pokręciłam głową widząc minę dziewczynki. 

— Chciała być z nami. Chciała iść ze mną. 

— Przynajmniej wiesz, że nic się jej nie stało — odparłam cicho, mocniej ściskając jej dłoń. — Jest bezpieczna i możliwe, że jeszcze kiedyś się spotkacie. 

— Fałszywa nadzieja, zwłaszcza w takim miejscu jak to, może doprowadzić to rychłej śmierci —mruknął profesor, a ja otwarłam usta, patrząc na niego z nieukrywaną złością.

— Nadzieja nie prowadzi do śmierci. Nadzieja daje siłę do życia. Z takim pesymistycznym podejściem w ogóle dziwię się, że fingował pan własną śmierć.

Z faktu, że przesadziłam zdałam sobie sprawę, kiedy już było za późno. O dziwo jednak Snape nie zdenerwował się, a na jego twarzy pojawił się jedynie wyraz przeraźliwego zmęczenia, jaki już wcześniej widziałam. 

— Ktoś musi tego bachora odstawić do domu— mruknął, kiwając głową w stronę Eleny. —Moja siostra powierzyła mi nad nią opiekę, za co jestem jej tak wdzięczny jak za sklątkę tylnowybuchową.

Popatrzyłam na roześmianą twarz dziewczynki i sama musiałam się uśmiechnąć. Była niemal uradowana jego przytykami.

—Nie zapominaj wujku, kto ci pomógł wyjść z Wrzeszczącej Chaty.

— Ach. Cała matka. 

Słuchałam tej wymiany zdań z nieukrywanym szokiem. Pierwszy raz widziałam Snape'a podczas normalnej rozmowy i musiałam przyznać, że było to niemal tak szokujące, jak fakt jego przeżycia. Odkryłam, że poza niezmierzonymi pokładami wiedzy, jaką ten mężczyzna posiadał, ukrywał o wiele więcej. Drugie oblicze. Może było w nim coś więcej niż chciał pokazać w szkole?

Nagle poczułam silną dłoń zaciskającą się na moim ramieniu i w ostatniej chwili Snape odciągnął mnie od czarnego płomienia, który wyrósł przed nami dosłownie spod ziemi. Pociągnęłam za sobą Elenę, która wpadła na mnie i przykleiła się do mnie ze strachem. Spojrzałam przelotnie na Snape'a, znów czując się dziwnie speszona jego zbyt bliską obecnością. Odsunęłam się, bąkając pod nosem podziękowania i popatrzyłam na płomienie. 

— Co to jest? — spytałam, patrząc zafascynowana na strukturę ognia. Nie przypominał normalnych płomieni, a jego końce były wyraziste, niczym namalowane na płótnie. 

— Lustro —mruknął cicho Snape. — Już je kiedyś widziałaś — dodał, przykładając rękę do ściany po prawej stronie, a kamień, którego dotknął, najpierw wsunął się nieco do środka, a zaraz potem wysunął skalną półeczką, na której leżała mała fiolka. Rozpoznałam ją od razu. Minęło siedem lat, ale ja nie potrafiłabym zapomnieć tego konkretnego odcienia błękitu. 

— To jest eliksir, który pozwoli nam przejść przez płomienie — wyszeptałam, patrząc na buteleczkę. Zerknęłam w górę i wyłapałam wzrok Snape'a, w którym przemknął podziw. Przypomniałam sobie, że przecież to on był autorem tamtej zagadki. 

— Tym razem jest inaczej — mruknął. — Nie ma trucizny.

— Więc gdzie tkwi haczyk? — spytałam cicho, marszcząc brwi.

— Jest jedna fiolka. 

Snape uniósł brwi dosłownie na moment, ale to wystarczyło, abym zrozumiała jego aluzję. Nie wszystkim nam się uda. Otwarłam usta, nie wiedząc co powiedzieć. Doszliśmy aż tutaj po to, aby teraz musieć wrócić? 

— Powinno wystarczyć, jeśli każde z nas weźmie mały łyk — szepnęłam, ale po minie Snape'a wiedziałam, że jest coś więcej. — Pan nigdy nie zamierzał tu wchodzić...

Popatrzył na mnie z zaskoczeniem, ale w tym krótkim geście widziałam, że mam rację. Zamierzał puścić Elenę samą, bo wiedział, że dojdzie do tego momentu. Wiedział, że jest tylko jedna fiolka i starczy tylko dla jednej osoby.

—Słuchajcie — zaczął powoli. —Jest na to sposób. Weźmiecie po jednej kropli eliksiru, ale na moment przechodzenia przez płomienie musicie się skoncentrować tylko na tym, że chcecie je przejść. Zrozumiałe? Musicie oczyścić umysły, Weasley — warknął w stronę Ginny — inaczej płomienie pochłoną was żywcem i nic z was nie zostanie.

— Profesorze... — szepnęłam w jego stronę, ale on mnie nie słuchał.

— I wybierzcie między sobą kto zostaje. — Wszyscy zdębieli. — Dla kogoś i tak nie starczy.

To powiedziawszy odkręcił fiolkę i przystawił ją swojej siostrzenicy pod nos, a kiedy pociągnęła z niej łyk, on zrobił to samo i oboje zniknęli w płomieniach. A ja zupełnie nie wiedziałam, co robić.


Uciekinierzy ✔Where stories live. Discover now