137. cz1.

21.2K 1.1K 1.8K
                                                  


Severus stał tuż przed bramą Hogwartu i niepewnie spoglądał w niebo. Jeszcze trochę i Czarny Pan pojawi się razem z całą resztą... Westchnął ciężko i postanowił choć tę chwilę poświęcić na wspomnienia nocy, którą miał pamiętać do śmierci. Co oznaczało, że mógł ją pamiętać bardzo krótko. Skrzywił się wspominając swoje zachowanie - kretyn, ot co. Nic jednak nie mógł poradzić na to, że nagle wszystko lepiej smakowało, wyglądało i brzmiało. Świat przez chwilę był piękniejszy i skupił się całkowicie na Granger. Miał wobec niej dług i to nie tylko za tę maść. Dała mu chwilę wytchnienia, której tak bardzo potrzebował. Dotyk jej dłoni powodował dreszcze i na samo wspomnienie poczuł, że pewna część jego ciała zaczyna budzić się do życia. Odchrząknął i spojrzał w dół, po czym rozpoczął wybitnie inteligentny monolog.

- Na twoim miejscu nie podniecałbym się zbyt mocno. Nie ma szans na cokolwiek przez najbliższe kilka godzin. Jeśli w ogóle przeżyję te kilka godzin.

Świetnie. Z braku towarzystwa zaczął gadać do swojego penisa. Ogłupiał kompletnie. Normalnie pomyślałby, że ocipiał, ale jak na razie chciał się odseparować od wszelkich myśli, które mogły mieć seksualny podtekst. Parsknął śmiechem i rozejrzał się, czy nikt go nie widzi.

Za kilka minut miała rozpocząć się Ostatnia Bitwa a on myślał o seksie. Ostatnim razem, gdy szedł do większej bitwy - jeszcze za czasów Pierwszej Wojny - myślał o jabłeczniku, który chętnie by zjadł. Miał tendencję do idiotycznych myśli w chwilach, gdy powinien być w pełni skupiony i przygotowany na walkę. Nie on jeden. Hal kiedyś mu się przyznał, że raz przed bitwą złapał się na tym, że wspomina choinkę, którą ustawiła jego mama, gdy miał piętnaście lat. Stwierdzili, że ludzie po prostu mają tendencje do skupiania się na wszystkim, tylko nie na tym, co ich czeka.

Czarny Pan przybył, Severus przywitał się z nim klęcząc na ziemi, po raz pierwszy nie mając z tego powodu żadnych problemów natury fizycznej, i zaczął obserwować resztę, bo jego pan stwierdził, że poczekają jeszcze chwilę z atakiem, bo wampiry coś się spóźniają. Teoria odganiania myśli zdawała się być prawdziwa. Bella i Narcyza rozprawiały o sukni, którą pani Malfoy wczorajszego wieczora kupiła. Lucjusz patrzył na swoją żonę w sposób, który był zdecydowanie jednoznaczny. Mulciber, wieczny naukowiec, stał i czytał jakąś książkę. Rookwood... Cóż, ten zawsze był specyficzny - stał teraz z boku, kiwał się na piętach i podśpiewywał sobie pod nosem coś, co podejrzanie brzmiało, jak „latają ptaszyny, latają i do mnie wracają". Podszedł do niego i po rzuceniu Muffliato syknął:

- Co tu robisz?

- Podziwiam krajobrazy. Co miałbym tu robić?

- A co na to Lovegood?

- Zgodziłaby się ze mną co do tego, że ten widok jest wspaniały, a następnie wyskoczyłaby z tysiącem stworzeń, o których nikt poza nią i jej ojcem nie słyszał, a które mogą tu żyć.

Wbrew sobie prawie się uśmiechnął.

- Wiesz o co mi chodzi. Jeśli zaczniesz zabijać jej przyjaciół nigdy ci tego nie przebaczy.

- Od kiedy to zacząłeś się mną martwić, hę? - parsknął i spojrzał na niego z przekorą. - Sądzę, że od momentu, w którym sam zacząłeś mieć swoją panienkę.

Uniósł brew i prychnął.

- Panienkę? Jakoś sobie nie przypominam, bym jakąś miał.

- Stary, ile się znamy? Inni tego nie widzą, ale od jakiegoś czasu chodzisz rozanielony. Znaczy się, na tyle rozanielony, na ile możesz, co oznacza, że nikogo nie przekląłeś od dwóch miesięcy za samo oddychanie. Ostatnim razem tak się zachowywałeś, gdy... Zaraz. Nigdy tak się nie zachowywałeś.

Bez Cukru |Snape x GrangerWhere stories live. Discover now