przeklęty portret pierre-dolonych pojebów

2.1K 166 25
                                              

[najpierw wpis ode mnie - od realnej aborcji - nie od pojeba ze schizofrenią - sorencjusz, misiaki, za moją nieobecność, bo poniósł mnie MELANŻ i generalnie tak sprawa wygląda, no ale cóż, jest jak jest, zapraszam do czytania, iksde]

Wróciłem do domu tramwajem, otworzyłem drzwi i zastałem w nich ciotkę. Totalnie inna była. Wyglądała jak ktoś, kogo przed chwilą partner pobił w kuchni. A przypuszczacie, dlaczego tak wyglądała? Bo wuj przypierdolił jej kilka razy pięścią w ryj i uciekł z domu. Mogłaby grać ofiarę morderstwa bez charakteryzacji. Jebany skurwiel zostawił ją w takim stanie i niestety nie był to jeden ze stanów zjednoczonych. To był po prostu stan krytyczny. Krytyczny wizualnie. Mogłaby wystąpić w spocie przeciwko przemocy domowej i zbiłaby na tym gruby hajs, bo nikt nie musiałby inwestować w wizażystę. Miałem ochotę zobaczyć ją na planie filmowym. Dwa wyobrażenia dotyczące ciotki w roli poszkodowanego miałem. I o dwa za dużo, serio. Patrzyła się na mnie i patrzyła. Szkliste były jej oczy. Wyminąłem ją i usiadłem na krześle w kuchni. Podeszła i powiedziała, że niedawno miałem atak i że muszę skonsultować się z psychiatrą. A przecież termin umówionej wizyty miał nastąpić dopiero za kilka dni. Kurwa mać, nie miałem zamiaru nadprogramowo umawiać się z jakimś pojebem, który znowu przepisze mi leki. I kiedy zacząłem na ciotkę krzyczeć, wyrywać się i mówić, jak bardzo jej nienawidzę, byłem wręcz pewien, że znów wpakuje mnie do swojego cholernego Tico, zatrzaśnie za mną drzwi i przymusowo zabierze mnie do gabinetu. Fałszywe przypuszczcenia. Usiadła obok mnie. I powiedziała, że sąsiadka poleciła jej kiedyś terapeutę, który pomagał jej córce. Córka tej sąsiadki mieszkała razem z nią pod numerem 13 i obie miały bardzo chujowe życie. A córka szczególnie, bo była owocem imprezowej miłości. No ale, jakby to konkretnie powiedzieć, miała sporo szczęścia w nieszczęściu, bo zawsze mogła być warzywem tej miłości. Ale kiedy w wieku lat szesnastu poszła w ślady matki, co skutkowało ciążą i depresją poporodową, totalnie się załamała. I wówczas z pomocą nadszedł magiczny terapeuta, który sprawił, że przestała myśleć o płodzie i że znów nabrała chęci do życia i do puszczania się w klubach. No cóż. Jedno się puszcza, drugie się spuszcza. A trzecie jest wypuszczane na świat. Nie chciałem wiedzieć, kim był ten terapeuta. Nie miałem nawet, kurwa, chęci na rozmowę z nim. Kolejny wariat tworzący wokół siebie iluzję empatii? Dość było mi tego cyrku szaleńców. Szaleńców, którzy każdego dnia próbują przekonać wszystkich, że zdrowie psychiczne wiąże się z ustabilizowaniem życia seksualnego, rodzinnego, zawodowego i że wcale nie nazywa się to "życie po śmierci" a "100 złotych za wizytę". Tego gówna mi było potrzeba. No jasne. Ciotka zadzwoniła do terapeuty [śmiech ponad wszystko]. No a ja wyszedłem na klatkę i zapaliłem papierosa na półpiętrze. A potem łaziłem obok drzwi sąsiada. Napisał na nich K+M+B. Znowu. U nas też był taki napis. To zupełnie jak pisanie CHWDP na budynkach, śmietnikach i szybach. Co za różnica, czy chodzi o Kacpra, Melchiora i Baltazara [albo Chrystusa błogosławiącego mieszkanie] czy o Cyryla, Henryka, Wincentego, Doriana i Piotra [lub chuja ładowanego w błogosławioną dupę służb bezpieczeństwa]. Nie wiem. Siedziałem obok okna całkiem długo. I spaliłem fajkę, peta umieściłem w doniczce. Stałem z łokciami na paraPECIE, szyba była mokra, miałem gęsią skórkę na rękach. I nagle wyszła z domu ciotka. Taka, no nie wiem, uradowana. W gąszczu zmarszczek, starczych plam, blizn, trądziku i resztek makijażu widziałem coś odmiennego, niecodziennego. Podobnie mówiłbym chwilę po zobaczeniu pieska wśród wiszących w ubojni świńskich korpusów. Ona się po prostu uśmiechała. I oznajmiła mi, że szanowny terapeuta ma dzisiaj wolny termin i że umówiła mnie na wizytę. Do chuja pana, przecież w tym mieście do żadnego fachowca nie da się dostać po wykonaniu jednego telefonu. Toż to pewnie samozwańczy coach, który zarabia 1200 na miesiąc i z tego powodu musi spraszać do domu szaleńców, bo nie stać go na opłacenie rachunków za gaz i na kupno lodów waniliowych w niebieskim pudełku. Za późno, kurwa. Dałem się przekonać. Zapiąłem pasy w samochodzie i wprawdzie było to lepsze od pasów w szpitalu psychiatrycznym, ale nadal tkwiłem w ogromnej piaskownicy wypełnionej po brzegi gównem. Na początku ciotka nie umiała dojechać pod wyznaczony adres. A potem sprawy potoczyły się na tyle łatwo, że ta głupia babina domyśliła się, jak należy jechać. Ujrzałem jakiś szyld. Wisiał sobie obok drzwi wejściowych do kamienicy. Takiej starej, podmokłej kamienicy, w jakiej mieszkają małżeństwa z sześćdziesięcioletnim stażem i z dwudziestoletnim jamnikiem. No ale chuj z tym. Otworzyłem drzwi, wszedłem po schodach, zadzwoniłem. Za mną stała ciotka i przestała się uśmiechać. Bo przed nami pojawił się jakiś stary dziad. Facet z długą, brązową brodą i z pejsami. Z jakimiś, kurwa, bokobrodami. Cholerny Adam Mickiewicz. Miał na sobie za szerokie i spięte agrafką [co by mu kutas nie wyleciał] spodnie, czerwone skarpety, kapcie w kształcie głowy psa i trzymał w dłoni filiżankę kawy. Obstawiam, że była to kawa z prądem, bo raczej nie wyglądał na idealnie trzeźwego człowieka, który utrzymuje swoje życie na równej tafli idealnej homeostazy. Zero stopni nad poziomem szaleństwa. Zacząłem czuć, że moja schizofrenia zamówiła mi bardzo niszową formę rozrywki. Niszową czy niską? Rozmawianie z innym szleńcem? Rozmawianie z gościem, który otwiera drzwi pięć minut i który wygląda jak losowo ubrany sim? Gotowało się we mnie. Całkowicie i bezgranicznie byłem zafascynowany. Pochłonięty niczym Jack z Titanica przez morskie głębiny. Miałem ochotę zapalić. Jego dom był miejscem, które kojarzy się ze słowem "papieros" albo "PRL". W każdym razie coś na "p". Na przykład "pierdolec". Usiadłem na kanapie. A wokół mnie mnóstwo było regałów z książkami. Z książkami o dziwnych tytułach dotyczących głównie smutku, bólu, agonii, życia seksualnego po czterdziestce i ogólnie innych synonimów żałości. No i obok mnie stał też stół. A na nim chusteczki. Czy gościu naprawdę myślał, że przychodzę do niego, aby płakać w chusteczkę i opowiadać o swoim imprezowym seksie? Skoro takie były jego kompetencje, śmiało mogłem wyjść. No i chciałem tak zrobić, ale kiedy ciotka poszła do samochodu, byłem zmuszony rozmawiać z tym człowiekiem. Usiadł obok mnie, przedstawił się, spytał o moje imię, zrobił mi kawę i zaczęliśmy rozmawiać. Ot tak rozmawiać. Gdyby panna z ostatniego spotkania miała okazję siedzieć z nim na jednej sofie, byłaby w zupełności oczarowana tym starcem. A ja po raz drugi rozczarowany. Bo to był ktoś, kto poklepie po ramieniu i powie, że życie jest ciężkie i że trzeba nauczyć się pokonywać problemy, że lepiej późno niż wcale, że jesteś zwycięzcą, że musisz zacząć medytować i pić herbatki. I na chuja były mi te jego rady. Każde z jego słówek było warte mniej od wizyty, którą opłaciła ciotka. Starzec pokręcił trochę dupą, wstał, podłożył sobie ręcznik pod tyłek i jęknął, że skóra z kanapy przykleja mu się do spodni. Zacząłem mu współczuć i powiedziałem, że dużo zawdzięcza tak prędkiej reakcji, bo gdyby nie ona, siła adhezji między kanapą a skórą oderwałaby mu kutasa. Bo tam był chyba pot, nie? No i się zaczęło. Wyciągnął ręcznik spod swojego tyłka, otarł mokre czoło, pogrzebał palcem w brodzie i ociężale spytał, co mnie do niego sprowadza. No to śmiało odpowiedziałem, że ciotka, jej zasrana sąsiadka i szybkie zygoty tej sąsiadki. Facet zmarszczył czoło. I chciał zagrać ze mną w grę. Dziwny z niego typ. Taki Grigorij Perelman z umysłem Ewy Drzyzgi. Dał mi kartkę. Kazał napisać mi na tej kartce dziesięć zdań o sobie. Po co miałem pisać? Na chuja? Nie łatwiej powiedzieć? Skoro on pisze wszystko, co równie dobrze może powiedzieć, musi być naprawdę zabawny na randkach i imprezach. O tak. Kurwa jasna, napisałem pierwsze zdanie. I drugie, trzecie, czwarte, piąte, szóste, siódme, ósme i dziewiąte. A dziesiąte zdanie było podsumowaniem wszystkiego.

mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachWhere stories live. Discover now