10 lat wcześniej

- Masz roztrojoną gitarę.

To były pierwsze słowa, jakie padły z jego ust skierowane do niej. Było lato, jedno z cieplejszych, jakie pamiętała w swoim życiu, a nie było ich zbyt wiele. Zaledwie dziewiętnaście, w tym może z, dziesięć, które pamiętała od deski do deski, bo przecież takie trzylatki raczej nie zwracają uwagi na temperaturę, tak samo ja czterolatki, pięciolatki- wszystkie małe latki dopóty nie staną się nastolatkami, wtedy zmieniają swoje zainteresowania. Wiatr zwykle szalejący o tej porze roku, podnoszący poziom frustracji mieszkańców cierpliwie czkających na cieplejsze dni by móc wciągnąć zmęczone kończyny na rozkładanych leżakach na trawnikach przed domem, postanowił zrobić sobie przerwę umykając gdzieś na drugi koniec kraju. Deszcz najwyraźniej chciał dotrzymać mu towarzystwa, gdyż od dobrych kilku tygodni nie zawitał do ich małej mieściny, wywołując niezły harmider- pożary i te sprawy. Nie żeby wielu ludzi przejęło się tym faktem bardziej niż inną klęską żywiołową, bądź nieszczęściem, które spadło nich z nienacka, na przykład podwyższeniem podatków czy zmianą prezydenta, albo wycofaniem bułek z ziarnami słonecznika z miejscowego sklepiku. Właściwie znaczna większość z nich nadal żyła własnym życiem od czasu do czasu zatrzymując się nad poranną gazetą i artykułem na temat kolejnego przykrego wypadku, potakując kilkakrotnie by po chwili przerzucić stronę. Tylko ci, którzy to przeżyli naprawdę przejmowali się losem kolejnych ofiar. Niestety mieszkańcy tegoż miasteczka nie byli ze sobą zbyt zżyci. Kiedyś krążyła pewna legenda, że zła czarownica rzuciła klątwę na sąsiadów wprowadzając pomiędzy nich zawiść i niezgodę, przez którą tamtejszy burmistrz pokłócił się z szeryfem, tamten natomiast dopuścił się zdrady, zaatakował niewinna osobę, która okazała się być stryjeczna ciotką brata kuzyna burmistrza i tak oto wszyscy obrócili się przeciwko sobie rozpoczynając zaciekły bój, który z biegiem czasu zmienił się w chłodną obojętność. Prawda była jednak o wiele prostsza- każdy tutaj dbał jedynie o sobie i dopóki jego tyłek był bezpieczny reszta mogła się walić, palić i słynąc wraz z powodzią, a i tak nikt by na to nie spojrzał. Dość smutne, lecz w stu procentach prawdziwe.

Jednak poza dziwnymi stosunkami między mieszkańcami było to całkiem normalne południowe miasteczko cieszące się dobrą sławą w promieniu około stu kilometrów, bo dalej raczej nikt o nim nie słyszał. Pomijając szpital, a raczej klinikę znajdującą się na jego obrzeżach jednym z charakterystyczniejszych miejsc był stary rynek w kształcie koślawego prostokąta, na którym stał duży ratusz niegdyś będący dobrą reklamą, teraz jednak o wielu latach spełniający się w roli muzeum, wokół którego kłębiły się różnorakie stragany razem tworząc coś na kształt targu staroci. I może gdyby nie fakt, że istniały antykwariaty można by uznać to za coś przydatnego, jednak tutejsi ludzie zdążyli już się pogodzić z myślą, że nic dobrego z tego nie wyniknie a i tak nie poczynili żadnych kroków by to zmienić. Może z lenistwa, może z braku czasu- w każdym razie targ nadal stał z każdym rokiem rozrastając się coraz szybciej tym samym pokrywając coraz większą powierzchnię placu. Dla dopełnienia tego całego rozgardiaszu miasto posiadało dwa większe centra handlowe, kilka mniejszych supermarketów, jedno kina, cztery szkoły, w tym jedną podstawówkę, gimnazjum, i dwa licea oraz stary kościół z osiemnastego wieku. Poza tym nie było w nim nic nadzwyczajnego.

Siedziała od drzewem na wielkim placu przed budynkiem jej liceum. Nie wyróżniała się niczym szczególnym. Ot, kolejna szara uczennica w szarym miasteczku. Ciemne włosy sięgające jej do ramion odstawały jej we wszystkich możliwych kierunkach, choć zaledwie kilkanaście minut temu ujarzmiała je szczotką

Wokół niej na trawniku w kształcie trapezu równoramiennego kłębili się inni licealiści, zarówno ci z młodszych jak i ze starszych klas, dziewczyny, chłopcy, grubi, chudzi, czarni, żółci, biali...w wielkim skrócie wszyscy ci, którym zaduch panujący w szkolnych klasach dał się na tyle we znaki by przy pierwszej na darzącej się okazji uciekli stamtąd jak najdalej dopóki nie natrafili na mur odgradzający szkołę od reszty świata. Większość z nich kłębiło się w kilkuosobowych grupkach tarzając się po miękkiej trawie, rozmawiając o wszystkim i o niczym zarazem, podśpiewując nowe piosenki Michaela Jacksona oraz AC\DC. Byli też tacy, którzy korzystając z dłuższej przerwie starali się zdrzemnąć w cieniu drzew, jednak niestety ta znaczna większość utrudniała im tą sztukę. Dzień, jak co dzień, dopóki nie pojawił się on.

Na głębokich wodach [W trakcie poprawy]Przeczytaj tę opowieść za DARMO!