inwo KAC ja prowo KAC ja

1.9K 172 8
                                              

Obudziłem się na podłodze. I tak potwornie bolała mnie głowa. Wylazłem ze swojego pokoju, usiadłem na sofie i piłem wodę. Typowy dzień znudzonego życiem i pierdolniętego dwudziestolatka. Jedni mieszkają na dworcu, noszą śmierdzące gacie i ćpają wszystko, co da się ćpać lub wszystko, co konsystencją przypomina potencjalne narkotyki. A inni kończą dobre szkoły z idealnymi wynikami, studiują, mieszkają z rodzicami, ruchają się dopiero po ślubie i wygrywają konkursy szachowe lub olimpiady biologiczne. Ja należałem do tego typu, którego istnienie lokuje się gdzieś pomiędzy skrajnościami. I do tego typu, który nie jest jakiś względnie wybitny. Z jednej strony chciałem być kimś wyjątkowo wykształconym. Jakimś geniuszem, umysłem analitycznym. Kimś, kto rozwiązuje problemy milenijne i jeszcze mu płacą za to, że nie ma życia. A z drugiej mógłbym zostać ćpunem, którego jedyna wiedza z zakresu chemii ogranicza się do umiejętności strzelenia sobie w żyłę. A jak skończyłem? Zostałem durniem. Durniem siedzącym na kanapie swojej ciotki i rozmyślającym o gównianych sprawach. No nie wiem. Na stole leżała jakaś gazeta. Typowe polityczne pierdolenie. To pewnie jedna z tych gazet, które rozdają za darmo pod sklepem. Bo czy prosta, pospolita, biedna i głupia pijaczka kupiłaby dla własnej przyjemności polityczne pismo w sklepie? No właśnie. Wszędzie tylko ci poważni ludzie. I jeszcze bardziej poważna opozycja. Poważnie? A według mnie cholernie zabawnie. No i śmiesznie. Bo w Polsce z tymi wyborami to jest tak, że nikt nie głosuje na daną partię, bo jest, kurwo, najświętsza, zajebista i idealna. Jaką partię mógłbym w ostateczności nazwać idealną? Taką, która ustanawia definicję zadowolenia dla każdego człowieka i taką, która im to zadowolenie jest jednocześnie w stanie zapewnić. No i niestety taki system mógłby działać, o ile nie byłoby wykolejeńców i wariatów. A przecież na pewno znalazłby się ktoś, kto zafundowałby przeszczęśliwym obywatelom odrobinę CZADOWEJ ROZRYWKI. No i cóż. Rząd burzy i rujnuje życie ludziom. Ale w moim odczuciu tylko dlatego, że sam jest do tej dewastacji zachęcany. Rząd po prostu dostaje pozwolenie na to, żeby manipulować tłumem. I żeby nagminnie wciskać leki na receptę, bo taki lek to nawet chorego ustawi w szeregu. A że jest na receptę, nie wykluczy z jednolitej masy kogoś, kto jest normalny i chciał się jednorazowo odurzyć metylofenidatem. Bo nie doprowadzi do zniszczenia mózgu. Generalnie dupa. Napiłem się kawy. Ponoć kawa na kaca nie pomaga. Żart. Faktycznie nie pomaga. Kurwa jasna, ależ sucho było mi w ustach. No i co kilka minut doznawałem zawrotów głowy. A kiedy pomyślałem sobie o zgubionych dokumentach, liczyłem na jakiś mocny zawrót głowy, dzięki któremu mógłbym przewrócić się na drugą stronę, złamać kark i powąchać kwiatki od spodu. Zasnąłem.

I nagle, no jak skurwysyn, ktoś zaczął dzwonić do drzwi. Kuźwa. Gdybym wiedział, że to przygodny partner ciotki, próbowałbym spać przy delikatnym dźwięku napierdalającego dzwonka. Ale wstałem, otworzyłem. No i zobaczyłem tego tłustego skurwiela. Na widok jego obślizgłych, grubych palców aż się we mnie gotowało i gdybym nie miał do czynienia z lipidową bryłą o ogólnym zarysie faceta, nie powstrzymałbym się przed uderzeniem w ten schlany, czerwony pysk. Zawsze tak wychodzi. Pytam się ludzi, czy nie chcą kawy, a w głębi serca życzę im, abym zamiast kawy zalał wrzątkiem ich garda. Żałosne. Ale wtedy nie zapytałem się o kawę. W ogóle się nie odezwałem. Stałem i gapiłem się w jego brudny i opinający się na grubym brzuchu podkoszulek i nie umiałem wydusić z siebie słowa. Zdjął kurtkę i buty, wszedł do kuchni i zaczął czegoś szukać. Nie wiem. Obserwowałem go. Usiadł na fotelu i zjadł kanapkę. Wielka, obrzydliwa i waląca gruchę świnia. Pięćdziesięcioletni oblech. Strumień śliny cieknący z pyska. Rzygi. Knur rozjechany na polnej drodze.

Nienawidziłem go. I specjalnie usiadłem na tym fotelu, no na tym naprzeciwko niego. Patrzyłem w jego potwornie małe, kurewskie oczka. Patrzyłem, patrzyłem, patrzyłem i, do kurwy nędzy, patrzyłem. A ten zbliżył się do mnie i emanując odorem spoconego spaślaka, spytał, czy mam jakiś telefon. Ponoć ciotka zasłabła i musiał się z nią skontaktować, bo tak. Bo potrzebował ciepłej cipy. No i ciepłego jedzenia też potrzebował. Chłonął wszystko, co stanęło na jego drodze. Pożerał bez opamiętania. I brudnymi łapami przeczesywał swoje śliskie, pozlepiane włosy. Drapał się po jajach. A ja patrzyłem. I patrzyłbym do teraz, ale ten pojeb wstał i już myślałem, że zamierza mi zajebać. Skończyło się na pytaniu odnośnie tego, czy mam jakiś jebany telefon. Ignorowałem jego polecenia o względnym charakterze pytań. Wtedy nie obchodziło mnie, że ciotka zemdlała. I dlaczego wszystko nic dla mnie nie znaczyło? Dlaczego nic znaczyło dla mnie wszystko? Dlaczego stawiałem znak równości między skrajnościami? Może dlatego, że każdą rzecz miałem w dupie. A może dlatego, że najistotniejsze było to, czego w dupie nie miałem - czyli coś, co nie istnieje [nie mylcie tego z kutasem Wincenta]. Stałem bez ruchu, cynicznie się uśmiechnąłem. I widziałem, jak w wuju rośnie agresja. Widziałem tę skalę czerwieni na jego ryju, paniczne przeszukiwanie kuchennych szafek, grzebanie w kieszeniach. Widziałem to wszystko. I zaśmiałem się z niego. Zaśmiałem się z jego płytkiego systemu wartości. Gdyby ratował ją w czynie bohaterskim, potrafiłbym wykopać kartę, którą wcześniej zakopałem w doniczce. Ale jestem pewien, że równie dobrze on byłby w stanie wykopać z ziemi zwłoki ciotki, gdyby zabrakło mu tej, która chce się z nim ruchać. Zależało mu tylko na jednym. Próbował przede mną i przed ciotką udawać kochającego partnera. A był zasranym dupkiem. Troszczył się o ciotkę, bo ona mu usługiwała. Świadczyła darmowe usługi seksualne, haha. Nie kochał jej, ale starał się zaspokoić najważniejsze ze SWOICH prostych i prostackich potrzeb. Na co była mu ona? Na co? Powinien być bardziej szczery. I powinien nauczyć się mówić do niej "dziwko". Powinien. Żałosny facet, no ja pierdolę. Wybaczcie mi moją łacinę. I kiedy tak arogancko gapiłem się w jego oczy, uderzył mnie pięścią w twarz. Nie pamiętam, co robiłem. Wpadłem w jakiś cholerny szał. Pieprznął moim ciałem o ścianę i nachylił się nade mną. Krzyczał, że mam mu dać swój telefon. A wraz z dźwiękiem uchodził z jego ust najbardziej wstrętny na świecie zapach. Jego usta muszą smakować jak szkolna kanapka z jajkiem. Nie potrafiłem się opamiętać. Uderzył mnie kilkakrotnie, a ja w złości wbiłem sobie paznokcie w skórę. Totalnie nie kontrolowałem tego, co robiłem. Ale przecież miałem na to pozwolenie. Wszyscy mnie o to prosili. Nie bez powodu miałem plakietkę pierdolniętego. No bo czy masz, do kurwy nędzy, prawo uważać się za osobę normalną, kiedy robisz rzeczy, których tak naprawdę nie jesteś świadomy? Piękna forma agresji. I nie wiem, nie wiem, nie wiem. Totalnie nie wiem. Słyszałem w głowie pisk, bolał mnie tył głowy, widziałem niewiele. I aż w klatce piersiowej czułem napięcie. Taką siłę. Jakby za dużo mnie było w ciele, w szkielecie. Jakby coś znów usiłowało mnie rozpieprzyć od środka. Leżałem w swoim pokoju. I, kurwa, źle się czułem. Miałem zadyszkę, bolało mnie gardło, drgały palce. A we łbie totalna pustka. Próżnia. Gorzej niż, mówię wam, gorzej niż po niewinnej i zapomnianej nocy z alkoholem. Nie ogarniałem, co się stało. Pamiętam jedynie wściekłą twarz partnera ciotki. I kilka urywków. O co chodziło, do chuja pana, z tym telefonem? Z ciotką? Przecież cały czas słyszałem jej głos. Dochodził z sąsiedniego pokoju. Kolejny atak? Kolejny wybuch Wezuwiusza schizofrenicznej lawy? Magma pierdolca? Powtórka z rozrywki? Wyszedłem z pokoju. Ciotka siedziała na łóżku, wuj chodził po pokoju i trzymał się za głowę. Oboje wyraźnie niezadowoleni, oboje zniesmaczeni. Kiedy pojawiłem się w drzwiach, popatrzyli się na siebie jednoznacznie. I jakby zamarli. W życiu i na wszystkie światy, wszechświaty, zgony, zgody, wzwody, zawody, śmierci i śmieci przysięgam wam, że nie widziałem tej grubej świni w takim stanie. Był bardziej spocony niż na co dzień. I duma mu totalnie zeszła z ryja. Przypominał małe, tłuste i rozpieszczone dziecko. Dziecko, którego rodziców nie stać na telefon z jabłkiem i prywatną szkołę. Takie obrzydliwe dziecko z wyrazem twarzy obrażonego na świat gnojka. Tylko ciotka się nie zmieniła. Do końca życia zostanie jej już chyba ta pijacka morda perforowana dziesiątkami trądzikowych blizn. I wróciłem do pokoju.

mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachWhere stories live. Discover now