Plan Doskonały

38 6 1



GATUNEK: TERRORYŚCI, KOMEDIA

– To będzie mój popisowy numer... – mruczałem sam do siebie, przykładając znaczki pocztowe do języka, a potem do białej, małej koperty.

– Skończyłeś, Kalif?– zakrzyknął mój kompan z pokoju obok – Mecz się zaczyna!

Mecz! Ostatni w tym sezonie! Szybko odłożyłem kopertę na bok, ciesząc się, że już ją wypisałem: Bank Narodowy w Szwajcarii. Na myśl o chwili, kiedy moja mała bomba już do nich dotrze, cieszyłem się jak dziecko... była zaprogramowana tak, by wybuchła w momencie w którym jakiś niczego nieświadomy idiota ją otworzy... aż żal mi było, że nie będę mógł ujrzeć tego na żywo! Przeszedłem do drugiego pokoju i rozsiadłem się na kanapie, uśmiechając się szeroko.

– Coś taki wesoły?– zapytał Malik, sięgając po piwo, telewizor grał już na cały regulator, a jedna z drużyn odśpiewawywała właśnie hymn.

– Dowiesz się za jakieś dwa tygodnie. Będzie o tym głośno– również sięgnąłem po puszkę i rozmarzyłem się na dobre: nagły wybuch w Banku w Szwajcarii... zamach na bank... miliony ofiar... ach! O moim dziele będą mówić wszystkie stacje radiowe i telewizyjne! Już nie mogę się doczekać!

Przez całe dziewięćdziesiąt minut trwania meczu nie zauważyłem ani jednej bramki, ani jednego autu, ani jednego spalonego... Malik ciągle wykrzykiwał jakieś słowa, ja zaś byłem zbyt pogrążony we własnych myślach, by zwrócić na to uwagę...

Kiedy nazajutrz wrzucałem kopertę do czerwonej skrzynki, czułem się, jakby sam Allah do mnie przemówił; nie troszczyłem się o rękawiczki, dla żartu na odwrocie koperty napisałem nawet swój własny adres- przecież to wszystko i tak zniknie w popiele...

Miesiąc później...

Już zawsze będę nieudacznikiem. Nawet list, który wysłałem nie dotarł na miejsce- każdego dnia od rana do nocy oglądałem wszystkie możliwe wiadomości, każdego dnia wstawałem z taką samą nadzieją i nic... w końcu, zdesperowany zadzwoniłem do tego szwajcarskiego banku, nie musiałem rozumieć słów- kobieta na linii była zdecydowanie żywa... siedziałem teraz na starej kanapie, upijając się na umór... tylko to mi zostało, jestem głupim, beznadziejnym...

Dzwonek do drzwi przerwał moje rozmyślania, na początku zupełnie nie miałem zamiaru otwierać, nie w smak były mi żadne wizyty... ale ten ktoś okazał się nadzwyczaj natrętny, w końcu więc wściekły powlokłem się do drzwi...

Moja złość osiągnęła apogeum, kiedy za drzwiami zobaczyłem jakiegoś pryszczatego chłystka, dodatkowo żującego gumę. Trzymajcie mnie.

– To dla pana– wyszczerzył się, ukazując wstrętny, posklejany gumą aparat na zęby i wręczył mi coś białego... nawet nie patrząc na nadawcę rozerwałem kopertę i wtedy rozległo się znajome pikanie. Nagle mnie olśniło.

– Trzeba było policzyć te pieprzone znaczki!– w chwili w której wykrzyczałem te słowa, oskarżając samego siebie bomba wybuchła. Wiedziałem że to będzie moje życiowe osiągnięcie.

����

Moje HistorieWhere stories live. Discover now