szanowna pani K

2.2K 200 11
                                                  


Wróciłem do domu o przyzwoitej porze, zasnąłem, obudziłem się, zasnąłem, obudziłem się, zjadłem serowego palucha, zapaliłem papierosa, zasnąłem, obudziłem się, przeczytałem czwartą stronę magazynu o fizyce, zasnąłem, obudziłem się. Znów wpadłem w ten potworny ciąg. W wir pomnażający się tysiąc, kurwa, razy pod rząd. Wplątałem się w tornado rutyny. Rutyny będącej wrogiem społeczeństwa, które stale próbuje ją zwalczyć jednocześnie odgrzewając kawę w mikrofalówce każdego ranka i przygotowując podpisane dokumenty dla szefa. Albo gotując dla swojego faceta. Połowa młodych lasek to kur[w]y domowe. Przecież one już w wieku lat dziewiętnastu są jak mężatki - ale bez męża. Uzależnione od kogoś i stłamszone w małej kuchni jakiegoś zaśmierdłego mieszkania wielkości penisa ich partnerów. Wykorzystywane na każdym kroku i oślepione kompilacją wyidealizowanych cech człowieka, z którym [współ]żyją. One są w moim uznaniu prywatnymi kucharkami, a ich najlepszym daniem jest DANIE DUPY. Swoisty specjał. A może specjalność? Profesja zawodowa? Nie muszę bywać wśród ludzi, by wiedzieć, że kochają się każdym calem swoich ciał, a jeśli o duże korporacje chodzi, z reguły wystarcza osiemnaście centymetrów. To takie zapychanie dziur. Dosłowne zapychanie dziur. Bo ubytki w swojej osobowości, w sukcesach życiowych i w wyglądzie próbujemy łagodzić poczuciem tego, że ktoś nas chce. Że ktoś wkłada swoje narządy we wszystkie otwory naszego ciała i zapycha je. Co z tego, że chce nas jedynie w łóżku? Ludzie to głupcy, a koniec końców życzyłem im dobrze. A ja? Czułem się taki wolny. Nic mnie nie trzymało, nic mną nie władało. Leków udało mi się pozbyć, facet ciotki przychodził do domu o północy, a kiedy go nie było, ciotka siedziała w kuchni i rozwiązywała krzyżówkę. I okazjonalnie przypominałem sobie nawet o jej istnieniu, bo zwykła pytać o imię aktorki z Plebanii lub o nazwę góry lub plemienia w Ameryce Północnej. Dochodząc do wniosku, że jestem cholernie wyzwolonym, zawsze wynajduję coś, co muszę zrobić i uświadamiam sobie, że wolność, kurwa, nie istnieje. Musiałem coś zrobić, serio. Musiałem wstać, napić się wody, umyć spoconą twarz i uczesać włosy. Wyjść, zapalić papierosa, kupić nową paczkę fajek i szynkę - cokolwiek. Zwalić konia, odgrzać bułkę w piekarniku, zaparzyć kawę, przeczytać piątą stronę magazynu o fizyce.

A pod prysznicem nie było ciepłej wody. Nigdy nie było ciepłej wody, bo odkąd ciotka zaczęła chlać, nie odczuwała chłodu i była zdania, że nikt go nie odczuwa. Alkohol daje złudne poczucie ciepła. A odłączenie dopływu ciepłej wody to idealna sposobność zaoszczędzenia na kolejną połówkę wódki. Mokry i zimny wyszedłem na dwór, naciągnąłem na siebie jakiś dziurawy sweter i płaszcz. Ten płaszcz, z którym wróciłem do domu z miasta. Nie miałem innego płaszcza. Na rozchodne usłyszałem od ciotki, że jestem spierdolonym leniem i że mam wynieść te jebane śmieci. Śmieci, które w większości składają się z pustych butelek po wódce, pustych puszek po piwie i równie pustych paczek po fajkach. Śmieci dużo mówią o człowieku, nie? Wyrzucamy to, czego chcemy się pozbyć. Jedni chcą się pozbyć opakowania po jogurcie i kartonów po mleku. Ale nie zapominajmy, że istnieją także tacy, którzy chcą się pozbyć dziecka. Nie wyobrażam sobie życia bez kubła na śmieci, no. Gdybym miał w domu kontener, wrzuciłbym do niego partnera ciotki. Sytuacja była na tyle chujowa, że musiałem wziąć czarny wór i wyjść z domu. Gdyby działo się to kilka lat temu, ktoś pewnie posądziłby mnie o poćwiartowanie własnej ciotki i o zamiar spuszczenia jej kończyn w szalecie - połowa osiedla wiedziała, że jestem pierdolnięty. A po powrocie ze szpitala nikt nie wiedział, że istnieję. Mógłbym się założyć, że sąsiadki przestały już o mnie pytać na klatce, no bo chyba o zmarłych pytać nie wypada, co? A może demencja zdziałała swoje? Czy mówiłem wam już, że ogromny miałem problem z tym, że nikt mnie nie znał? Jeszcze większy problem niż z tym, że byłem zdecydowanie za chudy i znowu paliłem szlugi. Potrzeba mi było po prostu atencji tłumu. Tłumu, motłochu, ludzi, hołoty, czegokolwiek. Uwagi. Zainteresowania, które okazywane jest czymś więcej niż żałosnym klepaniem po ramieniu w rytm słów "wszystko będzie dobrze, przepiszę leki". Kurwa jebana w dupę, potrzebowałem wtedy miłości. Żeby mnie ktoś kochał bezgranicznie, żeby dawał mi poczucie, że odda za mnie życie, żeby mówił mi, że to zrobi. Nie interesowałoby mnie to, czy tą osobą jest aktor, wyrzutek społeczny czy też inna dziwka, która za pieniądze i sympatię zrobi wszystko. Po prostu było mi źle, bo ja jestem jedną z tych osób, dla których anonimowość jest synonimem frustracji. Z reguły jestem w stanie podpisać się pod wszystkim. Gdybym napisał na chodniku, że wujek rozbiera mnie w piwnicy, automatycznie dopisałbym swoje imię i nazwisko. A gdybym narysował rozczłonkowaną i oskórowaną panią od polskiego na drzwiach szkolnej toalety, nie zapomniałbym o jakiejś obeldze poprzedzonej moim nazwiskiem. Po chuj to wszystko? W moim mniemaniu usilne zwracanie uwagi na siebie sporo korzyści nam daje. Pierwszy popatrzy na chodnik i pomyśli, że randomowy debil napisał żałosną historyjkę o wujku ze skłonnościami do pedofilii, z kolei drugi, najprawdopodobniej ten, którego także rozbierano w piwnicy, zainteresuje się sprawą. I o to właśnie chodzi - o uruchamianie mechanizmu społecznego, o otwieranie umysłów, mobilizowanie do działania. Na osiedlu czułem się obcy. Bo przecież sporo się zmieniło. Brudna atmosfera i zaszczane kafle szaletu zostały. Gorzej z tymi ludźmi, którzy kiedyś w tym szalecie ćpali i pili tanie wino. Gorzej z tymi ludźmi, którzy biegali bez koszulek po chodniku i bawili się resztkami węża ogrodowego lub kablem od telewizora. GORZEJ z tymi ludźmi, którzy walili GORZKĄ żołądkową bez popity. Ciężko powiedzieć, czy wiarygodnie zabrzmię, ale zacząłem tęsknić za starymi czasami. Gdy byłem młody, miałem wbrew pozorom sporo rozrywek. Życie było, jak zwykle u mnie, brudne, smętne i cuchnące fekaliami, ale kiedy dowiadywałem się, że białowłosa laska ma wolny weekend, od razu wszystko stawało się lśniące i różowe jak pizda niemowlęcia. Podobnie reagowałem na wieść o jakiejś imprezie. Przecież cała ta młodość kręciła się wokoł pierwszych razów, nowych doznań. A teraz? Po alkoholu często rzygałem, wyćpałem już sporo gramów, papierosy paliłem nałogowo, kilkanaście nocy przespanych na dworcu już miałem za sobą, nie pamiętałem kilku wieczorów, złamałem sobie kość, spędziłem urlop w szpitalu psychiatrycznym, zostałem wydalony ze szkoły, okaleczyłem się, doprowadziłem swój umysł do rozmaitych stanów [i nie były zjednoczone], próbowałem popełnić samobójstwo, nocowałem pod namiotem, pojechałem w samotną podróż, zmieniłem kolor włosów, nie jadłem nic jedenaście dni. Dwie czynności z zamierzonych nie doczekały się jednak swojego spełnienia. Nigdy nie udało mi się zobaczyć momentu, w którym światło w lodówce gaśnie. I nigdy nie udało mi się przeruchać blondyny spod numeru 57 - córeczki chorego artysty. Przeruchać. Totalnie brzydko powiedziane. Ale jak inaczej nazwać relację, która w założeniach powinna polegać na chodzeniu ze sobą do łóżka [do którego zresztą nigdy nie udało się DOJŚĆ]? A teraz, gdy staję się już niemłody, nie mam rozrywek. Brakuje mi tego. Brakuje mi zapału, z jakim podchodziłem do wypicia kolejnej flaszki. I radości, którą mogłem czerpać ze spania na dworze. Niczym ciekawym to nie jest, no. Spanie jak spanie. A jeśli już o spanie chodzi, dobrze wiecie, z kim chciałbym się przespać. Ale nekrofilem nie jestem, ona pewnie gnije martwa trzy metry pod ziemią. Kiedyś moje emocje były takie prawdziwe. Znowu chciałbym tak mocno i dotkliwie wszystko odczuwać. Nie mam pojęcia. Na kolejnej stronie magazynu o fizyce było tylko jakieś zdjęcie, przez przypadek wylałem na ten magazyn czarną kawę, kuźwa. Poszedłem do salonu, krzątałem sie po nim, dotykałem mebli i czułem się wypruty ze wszystkiego, co mnie dotychczas męczyło. Cisza, spokój, nuda. Ciotka stanęła obok mnie i wyglądała obrzydliwie. Grube, twarde jeansy z żałosną naszywką z obrazkiem meksykańskiego śpiewaka, tradycyjny i charakterystyczny dla niej sweter, niemyte od tygodni włosy spięte spinką. Taką spinką, jaką noszą zazwyczaj matki starej daty. Stała z miotłą i zaczęła coś pod nosem pierdolić. Żebym wyszedł na ludzi i żebym znalazł pracę. A na chuj mi praca, co? Żebym finansował jej kolejne używki? Żeby pieniędzmi przyciągała kolejnych facetów? Zresztą jaką pracę miała na myśli? Kopanie rowów? Jeśli musiałbym kopać te jebane rowy, zostałbym grabarzem i wykopałbym swój własny dół. Każdy sensowny i rzetelny pracodawca traktowałby moją pracę w jego firmie jako uiszczenie wszelkich koszmarów, a zatrudnienie mnie byłoby ostatnią rzeczą, którą zrobiłby w życiu. Sama plakietka osoby chorej psychicznie sporo daje. A podkrążone oczy, długie włosy, widoczne kości, ciało w dziesiątkach blizn i żulerski płaszcz dałyby tylko do zrozumienia, że jestem pracownikiem roku i gwiazdą taniej korporacji. No tak, jasne, mhm, już lecę. Usiadłem zmarnowany na sofie, a ciotka dosiadła się do mnie [cud, że nie dosiadła mnie] i pokazała mi ogłoszenie z jakiejś gazety. Tej gazety, w której są krzyżówki. Ponoć szukają pracownika na budowę niezależnie od doświadczenia i nabytych umiejętności. Zaśmiałem się jej w twarz, wypiłem dwa łyki zimnej kawy, pobiegłem do swojego pokoju i rozebrałem się. Leżałem nago na plecach i chciałem umrzeć. Szepty powróciły i słyszałem, jak bardzo beznadziejny jestem. Szyderczy śmiech, delikatne, radosne i ironiczne drwiny. Bądź co bądź, w pożądaniu tego efektu wyciągałem leki z buzi i wrzucałem do śmietnika. Albo wcale ich nie brałem. Chwilowy atak, no cóż, wiele razy taki miałem, więc próbowałem zachować spokój, ale jakiś kurewski ryk dudnił mi w głowie. Bolało, kuło, nie dawało mi spokoju. Coś na wzór nowoczesnego gwizdka dla psów lub innego gówna, które wydaje z siebie dźwięki o bardzo wysokiej częstotliwości. Wstałem, ubrałem się i zacząłem widzieć świat inaczej.

mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachWhere stories live. Discover now