Rozdział 11 ❤

2.6K 154 3

-Lucy! Lu!- poczułam jak ktoś woła moje imię i potrząsa moim ramieniem.  Amanda. Nawet spać w tym domu nie można?

-Co znowu?- spytałam mając wciąż zamknięte oczy.

-Wstawaj do szkoły.- powiedziała, a ja zrobiłam wielkie oczy.- O co chodzi?

-Yyy, o nic już wstaje.- powiedziałam i czekałam, aż wyjdzie. Wstałam powoli z łóżka, spojrzałam na wyświetlacz telefonu. Miałam jeszcze godzinę, żeby się naszykować. Poszłam do łazienki, gdzie umyłam zęby i przemyłam twarz. Pomalowałam się jak zwykle i wróciłam do siebie. Z szafy wyciągnęłam rurki z dziurami, białą koszulkę i bluzę tego samego koloru co spodnie, czyli czarnego. Ubrana z plecakiem zeszłam na dół.

-A ty jedziesz gdzieś?- spytała, ponieważ kobieta szykowała się, a przecież pracowała na drugim końcu miasta.

-Do pracy, szef przeniósł mnie na jakiś czas tutaj do firmy, więc będę mogła pracować.- odpowiedziała z uśmiechem i wyminęła mnie idąc do holu.- Wrócę przed tobą, więc zrobię jakiś obiad. Pa.- dodała i opuściła mieszkanie. A ja miałam za dziesięć minut autobus. Poszłam po telefon i razem z urządzeniem wyszłam z domu. Jak zwykle dostałam pieniądze, ale i tak długo ich mieć nie będę.

Szłam powoli, kiedy zauważyłam chłopaka. Szedł w moją stronę, a ja już po chwili wiedziałam kim on jest. Nie chciałam i nie mogłam pozwolić, żeby mnie zobaczył. Weszłam w boczną uliczkę i poczekałam, aż pójdzie dalej, ale gdy chciałam wyjść drogę zastąpiły mi dziewczyny.

-Witam, naszą koleżankę, albo raczej nieudacznika.- prychnęła i zaśmiała się, a zawtórowały jej koleżanki.- Dawno się nie widziałyśmy, prawda?

-Czego chcesz?-spytałam z zawahaniem patrząc w ziemię.

-Tego co zawsze, pamięć ci ujęło? Czy może wada wrodzona?

-Nie mam nic, zostawcie mnie.- chciałam odejść, pierwszy raz, ale były wyższe. Zastawiły mi drogę i nie dały przejść, popychając mnie na ścianę. Jedna z nich przycisnęła mnie nogą do ziemi. A przed oczami pojawiły się mroczki. Usłyszałam krzyk chłopaka i tyle pamiętam. Później obudziłam się w szpitalu przypięta do denerwująco pikających maszyn. Byłam w całym białym pomieszczeniu, a za szybą zauważyłam stojącego brata i ciotkę ze spuszczonymi ku dołowi głowami. Jeśli oni wiedzą co się stało to chcę zniknąć. Raz na zawsze. Wtedy odeszły by moje problemy, a i ja nie sprawiałabym ich nikomu.

-Halo, słyszysz mnie?- spytała stojąca nade mną pielęgniarka. Chciałam odpowiedzieć, ale nie umiałam. Spanikowałam. Pokiwałam głową, po czym pokazałam, ze nie mogę nic powiedzieć. Zrozumiała, zawołała lekarza.

-Lucy, nie bój się. Wiem, że nie możesz nic powiedzieć, ale to przejdzie. Poleżysz tutaj do końca tygodnia. Wykonamy wszelkie badania. Ale chciałbym, żebyś opowiedziała komuś co się stało. Bo to co masz na ciele to nie są wyniki feralnych upadków.- powiedział lekarz i wyszedł. To był ten sam lekarz, u którego byłam z bratem wtedy z nadgarstkiem. Ale jak on się domyślił? Nie wiem i sądzę, że nigdy się nie dowiem. Miałam kompletny mętlik w głowie, ponieważ dotarło do mnie kim był chłopak, który mnie znalazł. Leo. Ale jeśli on tu jest to znaczy, ze będzie chciał wyjaśnień, a ja nie chcę o tym mówić. Znam go jako idola i wiem co przeszedł, dlatego nie mogę mu o niczym powiedzieć. To wszystko kiedyś minie, znudzi im się upokarzanie mnie, a wtedy będzie dobrze. Zmęczona rozmyślaniem, zasnęłam.

Leo POV

-Zostawcie ją!- krzyknąłem do dziewczyn, które stały nad Lucy zadając jej ciosy.

-Och, patrzcie "Romeo" naszej Lucy się zjawił.- powiedziała.

-Zostaw ją, ty suko!- krzyknąłem, a ta tylko śmiała się. Podszedłem do nich, odpychając ją od leżącej dziewczyny. Upadła, ale mało mnie to obchodziło. Uderzyłem dziewczynę, która na to zasłużyła. Biła dużo mniejszą i słabszą od siebie. Złapałem dziewczynę na ręce i odszedłem z zaułku. Jakaś kobieta zadzwoniła po karetkę, która po chwili się zjawiła i zabrała dziewczynę do najbliższego szpitala.

-Pani Karen, niech pani po mnie przyjedzie, musimy jechać do szpitala.- powiedziałem. Starałem się nie płakać, co było niezwykle trudne zwłaszcza, gdy jednej z Bambino działa się krzywda. Mama Charliego przyjechała chwilę później, od razu pojechaliśmy w stronę, gdzie zniknęła karetka. Wszedłem do szpitala i znalazłem salę, w której była dziewczyna. Spałam, ale nie chciałem jej budzić, bo to nic nie da. Wiem z doświadczenia, że wcale nie jest łatwo o ty mówić, ale ona musi się przełamać. Pani Karen czekała na mnie przy recepcji. Powiedziała, że jest jej rodzina, więc możemy wracać, bo jutro mieliśmy jechać do Port Talbot, bo za niecałe już dwa tygodnie koncert. Ze smutkiem opuściłem szpital. Musiałem tu wrócić jak nie dziś to jutro i nie odpuszczę. Nawet jeśli by tego chciała ja nigdy o niej nie zapomnę.

Wróciliśmy i od razu poszedłem do siebie, żeby spakować rzeczy. Nie zajęło mi to długo, więc stwierdziłem, że powiem mamie przyjaciela, że wychodzę i pojadę do niej. Minęły już cztery godziny, więc musiała się obudzić.

-Pani Karen, ja wychodzę, wrócę za niedługo.- powiedziałem wchodząc do kuchni.

-Poczekaj, za chwilę obiad będzie gotowy.

-Nie, dziękuję, zjem coś na mieście.- powiedziałem i wyszedłem. Sprawdziłem autobus i już po chwili się zjawił. Po piętnastu minutach dotarłem do celu i wszedłem do budynku. Zapamiętałem numer sali i podszedłem pod drzwi. Stał tam jakiś chłopak i kobieta. Mieli smutne miny, ale miałem nadzieję, że nic jej się nie stało. Usiałem kawałek dalej w rogu. Nie wiedziałem co mam powiedzieć. Wstydziłem się? Tak, to idealne określenie tego co wtedy czułem.

-Pani Amando, Lucy się obudziła. I wydaje mi się, że powinna pani z nią porozmawiać.- powiedział mężczyzna w białym kitlu do kobiety obok chłopaka.

-Nie, nie ja. David?- zwróciła się do chłopaka, który patrzył przez szklaną ścianę.

-Tak, już.- odpowiedział i wszedł. Nie wiedziałem co myśleć. Ona pewnie i tak nikomu się do tego nie przyzna i to był błąd, najgorszy jaki można w tej sytuacji popełnić, którego jestem świadom, ale ona jeszcze nie. Myślałem nad tym długo, aż podeszła do mnie jak mniemam Pani Amanda.

-Chłopcze, czekasz może na kogoś.- powiedział potrząsając moim ramieniem.

-Nie, a co się stało?- zapytałem, lekko przysnąłem, przyznaję.

-Prawie śpisz.- odpowiedziała z lekkim uśmiechem.

-Ja w sumie do Lucy, ale może innym razem.- powiedziałem i chciałem się zbierać, ale kobieta mnie zatrzymała.

-Znacie się?

-Nie... tak... to znaczy... to skomplikowane. Pisaliśmy przez jakiś czas, ale kontakt się urwał.- powiedziałem ze spuszczoną głową. Nie rozumiałem co chciała osiągnąć pisząc, że musimy urwać kontakt i tak dalej.

-Wejdź do niej.- poprosiła.

-Już ktoś u niej jest, nie chcę zajmować czasu. Powinienem już iść.- powiedziałem i wyszedłem ze szpitala. Nie wiem czemu nie wróciłem, ale jutro przyjdę i się pożegnam, mam nadzieję, że jeszcze kiedyś nastąpi taki moment, że znowu się spotkamy. A wtedy pozwoli sobie pomóc i nie skończymy znajomości. Choć wolałbym w ogóle nie zrywać kontaktu.


Proszę, miśki :* :*

Be strong, please!  ❤‎Where stories live. Discover now