smutek ment(an)alny

Zacznij od początku
                                                  

Zacząłem zasypiać. Był świt, a nadal nie było do końca jasno. Na pół zbudzony, na pół w transie. Coś powinienem zrobić. Przecież osoby w moim wieku stale muszą coś robić. Muszą się uczyć, muszą chodzić do pracy, muszą zarabiać, muszą mieć przyjemności, muszą zażyć kolejną dawkę kofeiny, muszą umrzeć. Nic nie musiałem, spałem już prawie. Po żulowsku kichnąłem, zasnąłem totalnie. Temperatura około dziesięciu stopni, gęsia skórka na udach.

I sen chory miałem. Zygmunt Freud pogubiłby się w jego interpretacji. Gdybym był Freudem, powiedziałbym, że pierdolę, popijając whishy. Ale miałem sen! Zapamętałem to, że szedłem ulicą i cierpiałem na zaburzenia dysocjacyjne. Słyszałem te drwiące głosy, śmiechy o różnej skali i tonacji, kpiny i jakieś stłumione krzyki i jęki - coś na wzór udawanego orgazmu. I nie wiedziałem, kim jestem. W głowie miałem zarys i strukturę osobowości kogoś zupełnie innego. Wyszedłem na scenę i przed łysą, nagą publicznością powiedziałem "na górze róże, w dole ich korzenie, jestem pierdolnięty, mam schizofrenię". Bo na serio mam. I z tego powodu ciotka mnie obudziła, kazała się ubrać. Musiałem jechać do psychiatry.

Ubrałem czarną koszulę, pasiaste spodnie z kantem i lakierowane buty. I miałem biały krawat. Może odwróci uwagę od tej napuchniętej, pijackiej mordy i przymrużonych oczu. Może będzie wskazywać na to, że wcale nie jestem pieprznięty.

Godzina 12:00, parking pod przychodnią, na spodniach zauważyłem trzy krople krwi, bolała mnie głowa. Godzina 12:20, mój lekarz wyglądał jak ryba i chyba miał cukrzycę. Nie musiałem długo czekać, niewielu jest wariatów. A ze mną się coś ostatnio działo, bo często myślałem o śmierci. Ciotka wyszła, a ze świadomością, że jestem sam na sam z lekarzem, miałem to poczucie, że mogę mówić głupoty i nie poniosę za nie żadnych konsekwencji. Padło pierwsze pytanie dotyczące mojego stanu. Odpowiedziałem więc, że sporo o śmierci i formach braku egzystencji rozmyślam. Nie chcę umrzeć. Mam umrzeć i pokazać wszystkim, że jestem zagubionym schizofrenikiem? Niech lepiej umierają przede mną owce i pokazują swoje miękkie serca. Nie chcę umrzeć. Dlaczego nie chcę umrzeć? Boję się wysokości, z ran nie leci mi już krew, po tabletkach wymiotuję, do lampy nie umiem przyczepić sznura, nie mam pozwolenia na broń, eutanazja jest nielegalna, umiem doskonale pływać, po podpaleniu zostają blizny - więc w ostatecznym rozrachunku wygodniej jest żyć. Nie wiem. Rozmawialiśmy chwilę o wszystkim. Czy miałem omamy? Czy bałem się, że mnie prześladują? Czy pojawiały się urojenia? Czy sądziłem, że jestem ofiarą spisku? Chyba mnie jeszcze do tego stopnia nie pojebało. U psychiatry powinienem być inny. A przypominałem wariata, który udaje, że nim nie jest. Wolałbym być przeciętnym i typowym człowiekiem, takim od jakich aż się roi, i udawać pokurwieńca z zaburzeniami osobowości [bardzo często tak mówię]. Spytałem lekarza, czym się różni żyd od aorty. Powinien wiedzieć, że aorta wychodzi z komory. A ja z gabinetu terapeutycznego.

Kupiłem sobie tytoń i lufkę. Powiedziałem ciotce, że wrócę tramwajem. Odjechała swoim czerwonym Tico, pewnie znów słuchała Radia Maryja. Nie wiem. Usilnie wpadłem w szary nastrój. Jakieś słowa chciałem powiedzieć, ale nie wiedziałem, które uznać za odpowiednie. Padał deszcz. Myślałem, że już jadę, a nawet nie byłem w tramwaju. Chciałbym komuś urozmaicić życiorys. Wszystko już było. Czasem mam wrażenie, że autentycznie WSZYSTKO już było. Ktoś wynalazł wszystkie oddziaływania, ktoś opisał wszystkie procesy, ktoś zbadał wszystkie komórki, ktoś spisał wszystkie poglądy filozoficzne. Podwaliny. Gdybym stworzył nowy pogląd filozoficzny, byłby zapewne zaprzeczeniem któregoś z tych istniejących, więc w ogólnej nazwie tego systemu zostałoby dodane jakieś żałosne "in" albo "non". Dzisiejsza błyskotliwość to jedynie doszukiwanie się kłamstw, błędów i fałszu. To próba obalenia. Lub potwierdzenia. To próba rozwiązania problemów, które uprzednio świat tworzył latami. A sztuką jest, uważam, znaleźć ten problem. W istocie jednak znalezienie błędu w twierdzeniu jest najważniejsze, bo neguje jej słuszność. A ciężko uwierzyć w słuszność czegoś, na co nie znaleziono dowodów. Pięć liczb pasuje, szósta nie musi. KTOŚ. Zawsze KTOŚ zrobił COŚ, na co i ja mógłbym wpaść. A nam jednocześnie ułatwiono i utrudniono zadanie. Tyle narzędzi, tyle wiedzy, tyle informacji. Ale na chuja to wszystko, skoro nic nowego już nie wymyślę, a jeśli to zrobię, zostanę wyśmiany. Lub uznany za debila, który dla jednego miliona dolarów próbuje [z marnym skutkiem] rozwiązać problem milenijny. KTOŚ? NIKT. Oddziaływań międzycząsteczkowych nikt nie widział. Siły van der Waalsa ciężko zaobserwować. Nikt nie mógł przewidzieć skutków swoich działań. Nikt nie widział Słońca, nikt nie czuł tego, że ziemia krąży. Nikt nie czuł tego, że wokół nas jest tyle ciał. A może właśnie czuł, co? Może ludzie obdarzeni relatywnie genialnym stanem umysłu czują i widzą więcej od tych, którzy wypisują recepty? Może ja też czułem? Może głosy, które notorycznie słyszałem każdego dnia w kuchni o godzinie 22:31 były przejawem geniuszu? Może latami podawano mi leki, by nie dopuścić do przełomu? Nic więcej nie umiem opisać, wszystko jest kopią.

POTENCJAŁ. MIAŁEM POTENCJAŁ.

POTENCJA.

IMPOTENCJA.

IMPOTENCJAŁ. MAM IMPOTENCJAŁ.

Nie chciałem wytrzeźwieć. Nie chciałem być znowu dorosłym mężczyzną.

Trzeci tramwaj już odjeżdżał, nie wsiadłem. W kieszeni szarego płaszcza znalazłem cztery tabletki, stówę, zardzewiałą żyletkę, kłaczki, mój portfel, kartkę z jakimś numerem i paragon za wódę. Znowu odpalałem papierosa za papierosem, znowu nic nie jadłem. Znowu wsiadłem do tramwaju linii jedenaście, byłem w centrum o godzinie siedemnastej i kupiłem plastikowego dinozaura w sklepie z zabawkami.

mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachPrzystań dla opowiadań. Odkryj teraz