Rozdział 2 - Hell

423 67 17

Kilka ostatnich dni było koszmarem. Wciąż szukała chłopaka, którego tożsamości nie znała. Gianluca. Niczego jej to nie mówiło. W którymś momencie pomyślała, że powinna zdobyć dane wszystkich mężczyzn o tym imieniu, jednak było to na tyle niedorzeczne, że roześmiała się na samą myśl o tym.

— Gianluca — wyszeptała. — Gdzie ty jesteś? Ja... ja nie chcę się obudzić całkiem sama... blisko z tobą... na monitorze mego komputera — wyszeptała, zasypiając i wpatrując się w ekran, z którego spoglądały na nią oczy nieznanego jej chłopaka.

Oczy, które zatruwały jej umysł od chwili, gdy tylko ujrzała je po raz pierwszy. I ta wspaniała nicość, nicość człowieka przekraczającego wszelkie granice... Ta nicość w danej chwili zaledwie się w niej tliła. I to był jeden z takich momentów, gdy nic nie było w porządku.

Kiedy obudziła się rankiem w pierwszym odruchu miała ochotę od razu usiąść do komputera, lecz po namyśle postanowiła, że ma już dość. Czuła, że musi zrobić przerwę, aby nie odejść od zmysłów. Bolała ją głowa i zbierało jej się na mdłości. Starała się nie myśleć o tym kiedy ostatnio jadła ponieważ w ostatnim czasie funkcjonowała jedynie spożywając nadmierne ilości kawy. Za dwa dni miał przyjechać Ian, a ona była kompletnie nieprzygotowana. Lodówka była pusta, a w domu panował kompletny chaos. Przez ostatnie tygodnie jedynie, o czym mogła myśleć, to ten cholerny facet, którego oczy zaczarowały ją i sprowadziły wszystkie te bezsenne noce, puste dni.

Wsiadła w samochód i pojechała do miasta, które oddalone było o mniej więcej pięć mil od miejsca w którym mieszkała. Musiała zrobić jakieś zakupy i zdecydowanie powinna się przewietrzyć, oderwać od tych, prześladujących ją wszędzie oczu. Wyjść, odetchnąć, choć na chwilę przestać myśleć.

Mieszkała w niewielkim miasteczku Dorset w stanie Vermont. Jej dom położony był na odludziu, do centrum jeździła jedynie po to, aby uzupełnić zapasy i ewentualnie załatwić jakieś potrzebne sprawy. Od czasu do czasu wybierała się do Albany, gdyż w stanie Vermont nie było dużych miast, więc gdy musiała załatwić coś poważniejszego od zapełnienia lodówki i uzupełniania barku z alkoholem koniecznością było odwiedzenie jakiejś większej metropolii. A do Albany miała zaledwie sześćdziesiąt cztery mile. Był to już, co prawda inny stan, ale drogę pokonywała góra w półtorej godziny.

Dzień był dość pochmurny jak na tę porę roku. Nie nastrajał jej zbyt optymistycznie, jednak mimo wszystko starała się podnieść na duchu, co jednak niezbyt jej wychodziło. Wciąż miała wrażenie, że gdzieś powinna być, coś powinna zrobić, że coś na nią czeka i musi się spieszyć. Jak ognia unikała odpowiedzi. Wjechała do miasteczka i zaparkowała przy jednym z mini marketów. Jeżeli chodzi o sklepy, to nie było tu zbyt dużego wyboru. Weszła do środka i zabrawszy ze sobą wózek sklepowy ruszyła przed siebie alejkami zerkając na zapełnione półki sklepowe. Wkładała produkty nie zastanawiając się co kupuje. W chwili, gdy spojrzawszy do koszyka ujrzała kilka puszek z karmą dla psa westchnęła z rezygnacją. Spojrzała w bok i ujrzała przyglądającego jej się z uwagą młodego mężczyznę. Gdy zorientował się, że na niego patrzy uśmiechnął się do niej szeroko, a ona niewiele myśląc ruszyła w jego stronę co nieco go zaskoczyło.

— Jaki mamy dziś dzień? — zapytała bezpardonowo i ujrzała jak marszczy czoło zaintrygowany jej pytaniem.

— Wtorek — usłyszała całkiem przyjemny głos nieznajomego i sapnęła poirytowana.

— Nie pytam jaki mamy dzień tygodnia — mruknęła. — Pytam jaki mamy dziś dzień — oświadczyła, wprawiając mężczyznę w osłupienie.

— Nie bardzo rozumiem co ma pani na myśli — wydukał niepewnie.

— Dzień. Nie wiem czego w tym nie rozumiesz. Jaki mamy dziś dzień? Nie. Może nie tak. Jaki ty masz dziś dzień? — zapytała i ujrzała jak facet wybałusza oczy.

Teraz, kiedy tu jesteś...Przeczytaj tę opowieść za DARMO!