Seraficzny Odcień Słońca

30 1 0




Serce biło mocno w mojej piersi. Było jedynym niezbitym dowodem na to, że żyję.
Siedziałam na zimnej posadzce, licząc. Wyliczałam wszystko, co wpadło w sidła moich myśli. To pomagało odwrócić uwagę od prawdziwych problemów. Tych, o których próbowałam zapomnieć.
Wzdychając, rozejrzałam się po małym pomieszczeniu i zobaczyłam to, co zawsze. Białe ściany. Tak bardzo pragnęłam ujrzeć cokolwiek innego. Niestety, to było niemożliwe, nie tamtego dnia. Musiałam czekać, dlatego liczyłam, liczyłam i liczyłam... Pragnienia, marzenia, sny. Było mi tylko przykro, gdyż nigdy nie mogły się spełnić.

*

Siedziałam w tej samej pozycji co zawsze, z kolanami podciągniętymi do klatki piersiowej i głową opartą o ścianę. Czekanie tego dnia było bardziej nużące niż zazwyczaj, nie miałam nawet siły liczyć. Wiedziałam, że nie mogę zamknąć oczu, ale sprawiało mi to niemałą trudność. Moje powieki robiły się coraz cięższe i z każdą sekundą były bliższe sklejenia. Kiedy byłam już na granicy ich zamknięcia, wydało mi się, że zobaczyłam blask. Natychmiast otworzyłam szeroko oczy, wstając z brudnej, zimnej ziemi. Czyżbym się doczekała?
Równoległa ściana mieniła się tysiącem kolorów, tworząc ludzką posturę. Postać wzbudzała moje podekscytowania, jak i lęk. Z brei światła zaczęły wyodrębniać się poszczególne części ciała. Ręka, noga, głowa...
Moje serce zaczęło bić zdecydowanie szybciej niż przez ostatnie 365 dni.
Po kilku dłużących się chwilach, w całej swojej doskonałej okazałości, pokazał mi się Amor. Blond loki okalały jego pucłowatą twarz, osadzone głęboko oczy świdrowały mnie na wylot, a fakt, iż miał na sobie jedynie czarne, bawełniane spodnie...nie pomagał. Jego mięśnie napinały się przy każdym ruchu, kiedy do mnie podchodził. Lekko się skuliłam, przymykając oczy.
- Witaj ponownie, Eleonoro - powiedział melodyjnym, mocnym głosem. Jego usta układały się wówczas w niezwykle ciekawy, intrygujący sposób.
- Amorze - mruknęłam. Mój głos był ochrypnięty, gdyż nie odzywałam się od prawie roku. Gardło zaczęło mnie drapać i jedyne czego pragnęłam to łyk wody. Nie miałam takich luksusów.
- Och Eleonoro, mam nadzieję, iż dostatecznie wypoczęłaś, by w tym roku pracować ze zdwojoną siłą - oznajmił chłopak przymilnie.
- Wakacje życia - mruknęłam.
- Jaka praca taka płaca, kochanie.
- To dzisiaj, prawda? - spytałam drżącym głosem, ledwo utrzymując równowagę. Siedzenie w tej samej pozycji nieco rozlegulowało mój odruch trzymania się w pionie.
- Tak, dlatego jesteś mi bardzo potrzebna. W dzisiejszych czasach Walentynki nie są brane na poważnie... Ach, pamiętasz epokę Szekspira? Toż to byli romantycy!
- Ja tam wolałam średniowiecze - oznajmiłam, mrużąc oczy - Przynajmniej było zabawnie, kiedy traciłeś nad wszystkim kontrolę.
- Odwołaj to, Eleonoro! - powiedział podniesionym głosem Amor, popychając mnie na ścianę.
Delikatna skóra moich ramion zapiekła, gdy obtarła ją chropowata powierzchnia. Ale nie czułam większego bólu, nic już nieodczuwałam. Nic, poza smutkiem i kropelką nadziei samotnie cieknącą po moim wyrzutym z uczuć sercu.
- Daj spokój Amorze i powiedz mi lepiej, gdzie tym razem trafię.
- Zaskoczę cię, najdroższa. - Jego magnetyczne oczy zabłyszczały. - Tym razem będziesz pracować ze mną.
- Czyżby? - mruknęłam nieprzekonana. Serce obijało się o moją klatkę piersiową, a ciało przeszył nieprzyjemny dreszcz. Nie spodziewałam się takiego obrotu sytuacji, przez co strach opanował mnie całą. Jednak wyprostowałam się i lekko uśmiechnęłam, powtarzając w myślach, że ze wszystkim sobie poradzę. Nie miałam innej opcji.
- Czas, abyś przydała się do czegoś - oznajmił, uśmiechając się zuchwale.
Gniew wysadzał mnie od środka. Był jak irytująca kulka energii, rosnąca w siłę z każdą sekundą. Słowa Amora były gardzące i bezczelene. Jak śmiał?
- A wcześniej byłam bez pożytku? Stulecia łączenia i godzenia ludzi to nic? Nie liczące się błahostki?
- Nie denerwuj się tak, Eleonoro. Dobrze wiesz, że nie dałbym sobie rady, gdyby nie twoje błyskotliwe pomysły. Jednak - Amor zbliżał się do mnie, co wprawiało mnie w stan ogłupienia. - tym razem twoja misja będzie niewyobrażalnie ważna.
- Co rok to mówisz, potem zapewniasz, że mnie uwolnisz, a i tak kończę w tej przeklętej celi.
- Wiesz jak możesz to skończyć - mruknął w moje ucho. Nie mogłam wydusić z siebie słowa. Jego zapach tępił moje zmysły, wzrok przyciągał, a te usta...
- Nie zasnę - wymamrotałam na wydechu, czując w piersi nieprzyjemny ucisk.
- Wiedziałem, że taka będzie twoja decyzja. Bardziej od tego, co dla ciebie przygotowałem, boisz się śmierci.
- Niczego się nie lękam - oznajmiłam hardo, gniewnie marszcząc brwi.
- W takim razie nie będziesz miała nic przeciwko rozkochaniu w sobie pewnego młodzieńca, czyż nie?
- Ale jak to?
- Normalnie, Eleonoro. Jest to wpływowy, młody człowiek. Ale nie zrobi tego czego pragnę, jeśli pewna piękna dama go do tego nie namówi. - Amor spojrzał na mnie znacząco, a mi aż zakręciło się w głowie.
Nigdy nie wchodziłam w bezpośredni kontakt z ludźmi. Moja praca polegała na pilnowaniu szczegółów, ważnych drobnostek. Byłam wiatrem, porywającym czapkę, aby doprowadzić do spotkania skłóconych zakochanych. Byłam szeptem, namawiającym do wybaczenia. Ale nigdy nie byłam człowiekiem z krwi i kości.  Przynajmniej odkąd nieumyślnie zgodziłam się na pracę u Amora.
Otworzyłam usta, by zaprotestować, uniknąć rozkosznych tortur, jednak nie było mi dane choćby się odezwać. Amor chwycił moją drżącą dłoń i ani się obejrzałam, a rozpłynęliśmy się w plamie blasku.
Świat zawirował, a moje zazwyczaj niematerialne ciało, zmaterializowało się. Nie mogłam obronić mojego umysłu - Amor potrafił do niego wejść i namieszać. Na nic zdawały się moje zdolności, gdyż to on mi je podarował. Wiedział jak wykorzystać to, co dostałam, przeciwko mnie.
- Bądź grzeczna - mruknął Amor prosto do mojego ucha. Zesztywniałam.
Wszystko wydawało się...inne. Oddychałam, tak jak zwykle, jednak powietrze było świeższe, wyrazistrze, wypełniało moje płuca inaczej niż dotychczas. Dłoń Amora na mojej była bardziej namacalna, wyczuwałam jej każdą nierówność.
Rozejrzałam się, chłonąc jak najwięcej szczegółów. Od tak dawna pragnęłam zobaczyć coś, co nie jest moją przeklętą celą. Wszystkie kolory były nasycone, piękne, cudowniejsze niż zapamiętałam. Siedzieliśmy na fotelach z czerwonym obiciem. Ta czerwień mnie zauroczyła, sprawiła, że się odrobinę uspokoiłam. Oderwałam wzrok od siedzenia i skupiłam go na najbliższym otoczeniu. Ujrzałam korytarz o jasnozielonych ścianach, które zdobiły pastelowe obrazy, kilka par ciężkich drzwi, windę i identyczne fotele po równoległej stronie korytarza. Ale ludzie byli najciekawsi. Co roku, choć w innej postaci, lubiłam się im przyglądać. Każdy nadzwyczajny, nietuzinkowy, inaczej ubrany. Ich zachowanie różniło się zależnie od sytuacji, emocji... A emocje tych tutaj wyrażały albo smutek, albo złość. A czasami jedno i drugie.
- Szpital to nigdy nie będzie przyjemne miejsce, czyż nie? Pomimo technolgii to tu umierają ludzie.
- Czemu tutaj jesteśmy? - spytałam zdziwiona, przyglądając się Amorowi. Miał te same spodnie co w mojej celi, jednak teraz jego klatkę piersiową zdobiła bawełniana koszula. Była biała. Nienawidziłam bieli. Jest oszukana, niby czysta, a zwiastuje same kłopoty.
- Dlatego. - Amor pokazał ręką na obcego mi mężczyznę, rozmawiającego z jakimś chłopcem. Był młody, jego twarzy nie szpeciły jeszcze bruzdy starości, a włosy miał jak najbardziej na swoim miejscu.
- Kto to?
- Nasz cel. Potrzebuję czegoś od niego.
- Ty? Czego możesz chcieć od człowieka? - Moje zdziwienie wzrastało z każdą chwilą.
- To proste, Eleonoro. - Amor przysunął się do mnie tak , że niewsunąłby między nas kartki papieru. - Tego czego chciałem od ciebie.
- Nie możesz! - Gwałtownie podniosłam się z fotela , co zwróciło uwagę kilku osób. Amor chwycił moją dłoń i pewnym ruchem znów posadził na siedzeniu.
- Pomyślałem, że się ucieszysz - powiedział Amor, przewracając teatralnie oczami - W końcu byłabyś wolna. On zająłby twoje stanowisko. Wiem, że pragniesz być wolna. Teraz wystarczy, że on zgodzi się bez przymusu dla mnie pracować, a ty zostaniesz człowiekiem, aż do śmierci.
- Naprawdę? - Nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Moim ciałem zawładnęła ekscytacja - tak długo czekałam na ten moment.
- Szkoda, że cieszysz się, aż tak bardzo, że nie martwi cię, iż zniszczysz temu młodzieńcowi życie... jednakże jestem gotów oddać ci to, czego pragniesz od wieków. - Amor spojrzał na mnie, jakby troskliwie i miałam wrażenie, że się uśmiechnął. Nie wrednie czy złośliwe tylko....przyjaźnie?
- Ile to on ma lat? - zapytałam otrzeźwiona słowami Amora. Miał rację, w moich rękach było szczęście tego młodego mężczyzny. Byłam głupia, że pomyślałam, iż bożek miłości może okazać mi przychylność i dać wolność z dobroci serca.
- Młodziak ten ma dziewiętnaście wiosen za sobą. Wybrałem ten wiek , gdyż ty będąc jego rówieśniczką, stałaś się moją podwładną. Uznałem to za sprawiedliwe.
- Jak zwykle kierujesz się prawami moralności - prychnęłam.
- Bez wątpienia - powiedział Amor, patrząc na mnie swoimi ślepiami. Jako człowiek było gorzej, nie mogłam się opanować, jego urok działał ze zdwojoną siłą. Każda cząsteczka mojego ciała chciała być bliżej niego. Odsunęłam się jak oparzona.
- Kiedy muszę zdecydować?
- Myślałem, że to oczywiste. - Amor uśmiechnął się chytrze. - Teraz.
- Niech będzie - mruknęłam. W moim wnętrzu honor i moralność wojowały z pragnieniem. Marzeniem o wolności.
- Jaka jest twoja decyzja?
- Ja...- Nie byłam niczego pewna, więc postanowiłam poddać się chwili. - Zgadzam się. Co mam robić?
- Cokolwiek byle przekonać i jego - rzekł Amor, jakby niezadowolony i...zniknął.
Nie wiedziałam co mam począć. Jednak skoro podjęłam taką, a nie inną decyzję, to musiałam się jej trzymać. Po chwili rozterek wewnętrznych wstałam i dumnym krokiem ruszyłam ku mojemu celowi. Był ubrany w szare dresowe spodnie i niebieską koszulkę. Zawzięcie mówił coś do chłopca o włosach koloru węgla i bladej twarzyczce.
- Cześć. - Puknęłam chłopaka w ramię i spróbowałam uśmiechnąć się szeroko.
- O co chodzi? - zapytał i odwrócił się do mnie twarzą. Skamieniałam. Jego oczy były niesamowite, miały odcień oceanu, widziałam w nich głębię. Czułam, że tonę, a krzyki już nie pomogą. Nie wiedziałam, co się ze mną działo, nigdy nie odczułam czegoś podobnego. Nawet fascynacja Amorem była nader czymś innym.
- Ja... Bo chciałam... Czy ja się jąkam? - spytałam, ale ostatniego pytania nie chciałam powiedzieć na głos, przysięgam.
- Tak. I to krępujące- odpowiedział chłopak, uśmiechając się lekko.
- Eleonora. - Nie wiedząc co powiedzieć, wyciągnęłam ku niemu dłoń.
- Stephan.
- Stare imię - zauważyłam zdziwiona.
- Nie śmiej się. Twoje tak samo.
- Kobiecie nie wypomina się wieku nawet w żartach - prychnęłam, na co on się zaśmiał i po prostu odszedł. Dokładnie, wziął małego chłopca za rękę i wszedł z nim do jakiejś sali nawet na mnie nie spojrzawszy.
Zeźlona wybiegałam na klatkę schodową przez zaszkolne drzwi i zbiegłam na dół, po chwili opuszczając szpital. Nie wiedziałam dlaczego Stephan się tam znajdował , kim był chłopczyk stojący obok niego ani dlaczego jego oczy tak mną poruszyły. Lecz jednego byłam pewna...mój cel to nieuprzejmy prostak.
Kiedy wyszłam z budynku oślepiło mnie słońce. Było to jedno z najcudowniejszych przeżyć jakie mogło mnie spotkać. Czułam, że żyję, ale nie jak w celi, gdzie jedynym tego dowodem było moje bijące serce. To uczucie było inne, lepsze. Promienie ogrzewały mnie, czułam ciepły prąd rozchodzący się po całym ciele. Pomimo wyrzutów sumienia bardzo chciałam czuć to codziennie.
Wróciłam wspomnieniami do okresu, gdy byłam jeszcze człowiekiem. Rzadko posuwałam się do tak jawnego aktu masochizmu, jednak sytuacja mnie do tego zmusiła.
Zamykając oczy, byłam w stanie dokładnie odtworzyć wygląd mojej opiekunki. Miała na sobie te samą suknię co zwykle. Bawełnianą, brązową, o prostym kroju. Włosy codziennie zbierała pod białym czepkiem, a jego usztywniony daszek ukrywał w swoim cieniu jej prawie czarne oczy. Przychodziła do sypialni, w której leżałam i pytała mnie o samopoczucie, przecierając mokrą szmatką moje rozgorączkowane czoło. Gruźlica, ot co. Moja rodzina przestała mnie już odwiedzać, spisując na straty. Możliwe, że było im w ten sposób łatwiej uporać się z faktem, iż umierałam. Szkoda, że mi to nie pomagało.
Samotność i ból przeplatały się ze sobą naprzemian i jedyne co pamiętałam oprócz swojego pokoju to wygląd Victorii. Całymi dniami patrzyłam w sufit, czekając na nieuniknione. Już przestałam się modlić, nie wierząc w życie po życiu. Nawet go nie chciałam, ponieważ w pierwszym nacierpiałam się wystarczająco.
Byłam coraz słabsza i miałam w sobie nikłe pokłady nadziei. Może dlatego nie zadawałam pytań Amorowi, kiedy po mnie przyszedł? Po prostu zgodziłam się na wszystko.
Patrząc teraz na czyste niebo, chłonąc słońce... Czułam, że mam drugą szansę. Chciałam ją wykorzystać, pomimo samolubności jaką tym wykazywałam.
- Przepraszam, Stephan. - Obejrzałam się i smutno popatrzyłam na szpital.
Musiałam zrobić to dla siebie, za te wszystkie lata niewolniczej pracy i psychicznego umęczenia. Biorąc głęboki oddech znów weszłam do budynku. Wbiegając po schodach na piętro, z którego niedawno zbiegłam, czułam się jakbym łamała jakieś zasady. To co robiłam było złe, ale... Nie potrafiłam się nawet wytłumaczyć. Jednak decyzja zapadła.
Liczyłam drzwi, idąc wzdłuż foteli. W końcu stanęłam przy tych konkretnych. Zawahałam się przez moment, jednak szybko nacisnęłam klamkę i wpadłam do środka. W sali pomalowanej na żółto, stało sześć metalowych łóżek, a przy nich taborety. Na środku ściany znajdowały się szklane drzwi, prowadzące do kolejnego pomieszczenia, gdzie urzędowało kilka kobiet w białych kitlach. Już im nie ufałam. Na jednym z łóżek leżał czaronowłosy chłopiec, ale...nie miał już swojej potarganej czupryny. Leżała ona na stoliczku obok - jako peruka. Nie znałam się na nowoczesnych chorobach, lecz nie musiałam. Nowotwór. Zakryłam usta dłonią, przyglądając się dziecku. Chłopiec miał przymnknięte powieki, jego policzki lekko się zapadały, a drobna dłoń ściskała większą, należącą do Stephana. Ten patrzył ze łzami w oczach na malucha.
- Witajcie. - Przełknęłam ślinę i podeszłam do łóżka chłopca.
- O co chodzi? Kim jesteś? - Głos Stephana przepełniony był bezsilnością.
- Jak się masz? - spytałam chłopca, kiedy zauważyłam, że się mi przygląda, ignorując zadane mi pytania. Jego wzrok mimo choroby był pełen energii.
- Nienajgorzej.
- Zapewne się nudzisz, leżąc tu tak bezczynnie, prawda? Założę się o moje włosy, iż Stephan nie jest dobrym kompanem. - Uśmiechnęłam się i znacząco popatrzyłam na coraz bardziej zdenerwowanego mężczyznę.
- Kiepski jest - zaśmiał się chłopiec i po chwili zakaszlał. Dźwięk ten ranił moją duszę równie mocno, co uszy.
- Przestań Addie. Przecież czytam ci bajki. A Eleonora na pewno jest zajęta. Sami sobie poradzimy.
- Chcesz zostać sam z...tatą? - spytałam niepewnie, wciąż nie patrząc na Stephana.
- Tatą? - Addie zaczął szaleńczo rechotać. - To mój brat!
- Moje imię jest może staromodne, ale chyba jestem za młody na ojca? -rzucił Stephan, lekko się uśmiechając.
- W tych czasach wszystko jest możliwe. Addie, powiedz jak ty z nim wytrzymujesz? Jest strasznie nerwowy.
- Trudno jest. - Chłopiec wyszczerzył się figlarnie, a jego brat przewrócił oczami.
- Nic dziwnego. Ja nie chciałabym go nawet jako lokaja.
- Jest zbyt niezdarny, żeby w tym robić.
- Odezwał się sportowiec - rzachnął się Stephan.
Zrobiłam za jego plecami nadąsaną minę, przedrzeźniając go, co znów doprowadziło chłopca do śmiechu. Tak, to był zdecydowanie jeden z piękniejszych dźwięków.
Chwilę potem śmieliśmy się wszyscy, ale to nie trwało długo, gdyż przyszła jedna z pań w kitlu i zabrała Addie' ego na badania. Zostałam sama ze Stephanem.
- Ile on ma lat?
- Dziesięć.
- Wyzdrowieje?
- Modlę się o to codziennie. - Stephan potarł dłonią policzek i spojrzał na mnie swoimi błękitnymi oczami.
- Miły z niego chłopiec.
- Tak... A kim ty właściwie jesteś?
- Kimś kto ma propozycję. - Nienawidziłam się za każde wypowiedziane słowo.
- Jaką?
- Wiem jak uśmierzyć twój ból - wiedziałam, że go w sobie nie rozkocham. On już kogoś kochał i przez to cierpiał. Jedyne czym mogłam go przekonać to tym, iż praca u Amora jest lepsza niż żałoba na Ziemi.
- To chyba jesteś wróżką - parsknął i zaśmiał się bez radości. - Idź już. Dziękuję, że rozśmieszyłaś małego, ale jak wróci, to będzie musiał odpocząć.
- Rozważ tylko moją propozycję. Jeśli zdecydujesz się na pracę u Amora... Wszelkie smutki znikną. Masz czas do północy. Inaczej ta szansa przepadnie. - Pogładziłam dłonią jego szorstki policzek i złożyłam na nim delikatny pocałunek. Był lepszy niż promienie słońca.
- Idź już.
- Będę na ciebie czekała kilka minut przed północą na ławce przed szpitalem - oznajmiłam i wyszłam z sali, potem z budynku, a następnie usiadłam na drewnianym siedzisku. Musiałam czekać, ale nie przejęłam się, gdyż byłam w tym dobra. Znów zaczęłam liczyć to, co mogłam zyskać. Te Walentynki...odmieniły mój los.

Seraficzny odcień słońca// one shotPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!