CHWDPozytywizm

3.3K 344 24
                                              


Chawudepe, chaWÓDĘpe. Miałem ochotę na wódę już drugi raz w ciągu kilku minionych dni. C2H5OH, czterdzieści procent roztwór, no wiecie, etanol. Teoretyk ze mnie z zamiłowania. Poszedłem do sklepu i kupiłem wódkę. I jednym łykiem elegancko wypiłem. No dobra, nie będę kłamać, jednym się nie udało, ale opróżnienie butelki niewiele czasu mi zajęło. Kupiłem drugą butelkę. Sześćdziesiąt złotych poszło się jebać.

Nie możecie mi nic zrobić. Żołądkowa gorzka, kwas solny w żołądku, HCL i wymioty, czas apokalipsy. Zastanawiałem się nad definicją autoryteru, państwa autorytarnego, punktu, prostej, półprostej, normalności, obligacji i defekacji. Brzmieć jak nadęty szesnastolatek, z którym nikt oczywiście nie rozmawia, lubiłem wówczas bardzo. Regresja w stu procentach. Istny flashback. A pijany byłem, więc wszystko łatwiej mi przychodziło na myśl.

I przypomniałem sobie, że płuca palacza lat 59 są zwęglone i małe. W dupie to miałem, bo nie paliłem fajek (z wielkim trudem) od roku i 8 dni. No więc poszedłem do osiedlowego i kupiłem czerwone Marlboro. A potem odwiedziłem szalet, obok którego poznałem białowłosą miłość mojego życia. I zaciągnąłem się fajką osiemnaście razy, a cztery razy podrapałem swoją dłoń. Dwie dobre książki przeczytałem w ciągu ostatniego miesiąca, a tego dnia powiedziałem trzy słowa. PIERDOLCIE[1] SIĘ[2] WSZYSCY[3]. Partner ciotki wyglądał na zdegustowanego, a ciotka paliła na balkonie i nawet mnie nie słyszała. Dzień frustracji był bardzo zły.

Siedziałem ciągle i długo obok publicznych kibli dla meneli i nikt nie zwracał na mnie uwagi. Fatalnie mi było. Świat tak idealnie do mnie pasował, bo był podobnie szalony. Przyznaję się bez bicia, że jestem SZALEŃCEM. SZALEńcem siedzącym pod SZALEtem. Szalet balet. Bardzo lubię wyrazy, które składają się z liter a, e, t.

Odpalałem papierosa za papierosem i myślałem o uniwersalnym sposobie samobójstwa. Nawet nie skończyłem jednego do końca wypalić, a już zaczynałem, kurwa, drugiego. Albo odpalałem kolejnego papierosa od tego, którego właśnie kończyłem. Czy nie sądzicie, że to szczyt głupoty, mieszać swoje psychiczne doznania z jednoczesnym uśmiercaniem własnego ciała? Bo ja tak sądzę, no. Wspomnienia, ach moje wspomnienia.

O, jakież szaleństwo może być przyzwoite! Od chuja spraw się kilka lat temu skomplikowało, co doprowadziło do powstania tuzinów okaleczeń. Zmarł stary artysta spod numeru 57, jego córka chciała się zabić, wysłałem jej kartkę, a ta trafiła do innych ludzi. Wspomnienia. Siedziałem i prognozowałem swój kolejny upadek. Nie miałem zamiaru wracać do szpitala, nie miałem zamiaru umrzeć. Kiedyś w książce Witkacego przeczytałem, że ból istnienia to smutek spowodowany niedoskonałością świata. A jeśli o mój mentalny stan chodzi, ból istnienia był jego nieodzowną częścią. Zastanawiałem się, w jaki sposób wyjaśnić trudne problemy za pomocą prostych wyrażeń. Myślałem nad wszystkim.

Nuciłem sobie w głowie melodię z Titanica i paliłem kolejnego papierosa. Już ostatniego. Kiedy się tak tlił, wizualizowałem sobie lekko zwęglone płuco mężczyzny w wieku 27 lat.

Żart, w wieku XXI, bo w końcu taki teraz mamy, nie? Ludzie masowo cierpią na choroby nowotworowe. Czy zauważyliście, że w świecie tych wszystkich wielkich ludzi, którzy kłamstwa używają, aby prawdę ukryć, mało kto choruje na raka? Kłamiąc można też ukazywać i odkrywać prawdę, ale ludzie, którzy to czynią, zdecydowanie częściej chorują na raka. Janusz, Andrzej i Grażyna z Osiedla Sympatycznego też często chorują na raka. A ja śmiem sądzić, że lek na raka został już dawno wynaleziony, ale udostępnienie go byłoby ziszczeniem koszmaru i początkiem rzeźni. Gdyby wiadomym było, że raka można wyleczyć, lekarze mieliby problemy, zaburzyłaby się gospodarka i ludzie nie mieliby tego czegoś, co motywwuje ich do ograniczania nikotyny, syfiastego jedzenia i używania komórki. Przecież rak, AIDS i wszystkie choróbska, na które rzekomo lekarstwa nie ma, stanowią doskonałe narzędzie eliminacji. Bez konieczności, oczywiście, ponoszenia jakichkolwiek konsekwencji. No i jeśli już o samą istotę śmierci w formie odebrania życia chodzi, męczą mnie refleksje tego dotyczące. Od zawsze chodziło o władzę i jeśli ta władza nazwie mnie pierdolonym zdrajcą, pokażę im dupę. Spisek. Spisek męczy mnie do tego stopnia, że aż szumi mi w głowie. Moich leków nie wolno mieszać z alkoholem. No właśnie, leków. L e k ó w. Dostaję tonę tabletek, które zatrzymują moje myśli. A użytek narkotyków rozumiem, o ile są narzędziem samorozwoju. Ale leki na schizofrenię? Oczywiście nie mogę nie sądzić, że na każdą jednostkę działają one inaczej i niektóre umysły pobudzą, ale mój po lekach staje się znacząco osłabiony. Dewalukurwacja, schujowacenie. A to pewnie dlatego, że wcale jebanej schizofrenii nie mam, ale mój umysł w pełnym procencie swojej użyteczności mógłby zaszkodzić tym, którzy tłumem hołoty dzielnie i srogo manipulują, co? Kojarzycie ADHD? No właśnie. A kojarzycie Eisenberga, rzekomego twórcę tej choroby, który przyznał, że samo ADHD wymyślił na potrzeby koncernów farmaceutycznych, a one rozpoczęły masową sprzedaż ritaliny i metylofenidatu? Eisenberg czerpał z tego zabiegu ogromne korzyści, bo jakby nie patrzeć, metylofenidatem i odurzyć się można, gdyż jest siostrzaną wersją amfetaminy. I jak myślicie, dlaczego Eisenberg przyznał się do swojego zabiegu niedługo przed powąchaniem Blumen od spodu? A jeśli kłamał? Jeśli ADHD naprawdę istnieje, a on, wskutek wcześniejszych zatargów z koncernami, chciał zniszczyć ich renomę na chwilę przed swoją śmiercią? To trochę jak Bóg. Nie można być świadomym czegoś, co jest niepodważalne. Ale z łatwością można podważyć coś, co budzi wątpliwości. Gdyby nie istniały odłamy religii, wcale nie myślałbym, że ta cała wiara to pozbawione sensu frazesy i dogmaty, które jedynie manipulacji służyć powinny [ten fatalny szyk zdania jest celowy].

Wielcy i mądrzy ludzie uiszczając jakąś ideę niszczyli istnienie prawdy ogólnej. Charakterystycznej, w moim odczuciu, dla hołoty, intelektualnych nicieni i pantofelków. Rzygam. Niedobrze mi aż jest. Gdyby nikt nie pytał, czy wierzę w Boga, pewnie umiałbym w niego wierzyć. Albo powiedziałbym, że jest martwy. I KONIEC, KURWA, SZLUS. Bo nie miałbym podstaw do negowania czegokolwiek. Kiedy dziecko wierzy w Mikołaja, inne dzieci też wierzą. A potem jedno z nich dowiaduje się prawdy, która może zaburzyć drugą prawdę [prawdę tego dziecka] i wtedy mamy, kuźwa, armagedon i bój umysłowy. Bo każdy, kto odczuje, że coś burzy jego porządek, zaczyna szukać innych dróg i finalnie sam nie jest pewny tego, co sądzi i wyznaje. I o to w tym wszystkim chodzi. Kiedy nasze poglądy nie są dostatecznie mocne, lub są, o świecie, nakierowane na właściwy tor, najłatwiej jest nami zawładnąć. Bezgranicznie. A brak wolności to dno. I każdy jest na dnie tego dna, a jeśli nie jest, nie ma DNA. Deoksyrybonukleinowy kwas. Albo dietyloamid kwasu lizergowego.

O jak tragicznie mi było. Złą formę przybrało moje szaleństwo. A wariacje umysłowe odprawiały ze sobą wielką, perwersyjną orgię intelektualną [ze wskazaniem na perwersyjną]. Jedno jest pewne, moi drodzy, do szpitala, kurwa, nie WRÓCĘ. Nie pozwolę sobą władać, nie pozwolę karmić się lekami, nie pozwolę, aby ktokolwiek przemienił mnie w cholernego psa. Po, kuźwa, kastracji.

Zaczął padać deszcz. A nie, sorki, to ptak załatwił się na moje spodnie. Pochmurny dzień. Pogiętą i pustą paczkę czerwonych Marlboro schowałem do kieszeni, podrapałem się po dłoni kolejny raz i kaszlnąłem głośno. Całe blokowisko usłyszało ten kaszel, uwierzcie mi. Niedobrze mi było i miałem potężne mdłości. Co za szczęście, że tuż obok mnie wybudowano szalet, w którym bez końca mogłem umierać w torsjach i drgawkach, bo wóda, leki i papierosy to jedno z bardziej chujowych połączeń. Nawet gorsze od tych ukrytych powiązań międzyludzkich. Ostatnie zdanie chętnie zakończyłbym czymś mocnym i charakterystycznym dla artypotężnego w wierze katolika. No nie wiem, może "powiadam wam" będzie odpowiednie? Nawet gorsze od tych ukrywych powiązań międzyludzkich, POWIADAM WAM. Jeszcze cztery lata temu widziałbym w tym szalecie piękno. A widziałem obraz ludzkiej porażki i swoistego upadku. W ogóle poczucie beznadziei towarzyszyło mi podczas całego pobytu w domu.

RaDOŚĆ.

SzCZĘŚCIe.

LUDZI.

Mam dość części ludzi. Podniosłem się i chwiejnym krokiem wróciłem do mieszkania. Klatka jedna z wielu, okno jedno z pierdyliarda. Mój pokój śmierdział piwem, smutkiem i roślinami. Miałem dosyć. Ten żal podniecał mnie i sprawiał, że czułem się najgorzej. Boże, kurwa, wszechmogący, pozwól mi umrzeć, o ile istniejesz. Ten dzień nie był miły. Był wstrętny, traumatyczny i ciekawy. Zaraz porzygam się z tej rozkoszy.


mainstreamowe opowiadanie o szaleńcachWhere stories live. Discover now