28. Coś się pojawia, coś znika

19.1K 1.7K 1.5K


Kolejny tydzień wypełniony był kłótniami. Choć Martin i Chayana tylko kilka razy podnieśli głosy aż tak, że słychać ich było w całej posiadłości, bezwstydne podsłuchiwanie pod drzwiami dało Alei dość przejrzysty obraz jak bardzo oboje są na siebie wściekli za sytuację w Sonorze. Na nieszczęście, była to jedyna kwestia, która pozostawała przejrzysta. Mimo że dziewczynie udawało się wyłapać urywki zza grubych, drewnianych drzwi do gabinetu Gallaghera, nic nie miało większego sensu.

— Niecierpliwią się — dobiegał ją zniekształcony nieco głos Martina. — Naciskają na mnie, nie możemy czekać w nieskończoność — mówił innym razem. Dla Alei mógł równie dobrze śpiewać arię operową, nadal nie miała pojęcia, co się dzieje.

Te pierwsze kilka dni po ich powrocie były o tyle przyjemne, że każdy niejako o niej zapomniał i mogła, mówiąc krótko, się obijać. Jednak do czasu.

Dzień był taki jak zawsze w Meksyku, czyli słoneczny. Przeskakując co parę schodków Alea zbiegła na dół, na tyły posesji i wyszła do imponującego ogrodu umieszczonego za ich siedzibą. U stóp szerokich, marmurowych stopni prowadzących z tarasu na równo przystrzyżoną trawę czekała już na nią Eve, ubrana w spodnie dresowe i biały top, z dłońmi przerzuconymi przez długą, nietypową broń, którą wsparła na karku.

— Tego jeszcze nie było — zauważyła Alea tonem, w którym zaciekawienie mieszało się z niechęcią. Eve uśmiechnęła się wyzywająco, zaraz jednak jej uśmiech zbladł nieco.

— Po ostatnich wydarzeniach rozsądnie z naszej strony będzie nauczyć cię walczyć. A przynajmniej bronić.

Alea skrzywiła się.

— Chcecie, żebym z tego strzelała? — zapyta bez przekonania, wskazując na broń przerzuconą przez barki kobiety.

— Chcemy, żebyś była bezpieczna — odparła Eve, jak zwykle starając się wszystko przedstawić w dobrym świetle.

Alea posłała jej spojrzenie, które jasno mówiło, że nie ujmują ją piękne słowa i mogłaby przysiąc, że kącik ust Eve drgnął zawadiacko na ten widok.

— Wydarzenia w Sonorze uświadomiły nam, jak łatwo możemy cię stracić. To jest przerażające - budować cały plan na jednej młodej dziewczynie. Jeden głupi błąd i stracimy wszystko. Musisz mieć świadomość, że to nas wszystkich przeraża.

Słowa Eve były szczere i miały w sobie tyle prawdy, że Alea natychmiast zaczęła podejrzewać, że trening nie jest jedyną niespodzianką. Żyła wśród rewolucjonistów wystarczająco długo by pojąć, że mówią prawdę tylko wtedy, kiedy czegoś chcą.

— I dlatego każecie mi uczyć się walczyć? — zapytała podejrzliwie. Ostatnio w miejsce zagubionej, posłusznej Alei pojawiała się zdystansowana, podejrzliwa dziewczyna i zastanawiało ją, czy Eve to zauważyła. Być może tak, sądząc po tym, jak uniosła brwi do góry.

— Tak, ale także dlatego będziesz od dzisiaj miała ochroniarza.

Ach, więc o to chodziło. Okej. Nie ma mowy.

— Przecież ty, Chayana i Martin zapewniacie mi bezpieczeństwo — Alea zauważyła natychmiast.

— Ale niewystarczające — oznajmiła Eve. — Nie jest sekretem, że nasza rasa ma najmniej korzystnych atutów od pozostałych, kiedy dochodzi do otwartej walki. Po za tym każde z nas ma własne obowiązki i nie możemy być przy tobie non-stop.

— Więc tak to ma wyglądać? — Alea jawnie już zdradzała irytację, bo Martin znów zachowywał się nie fair. — Ktoś będzie za mną łaził do łazienki i patrzył jak śpię? Nie ma mowy!

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!