Rosemary

Opuszczam jubilera i zamykam wszystko. Poprawiam torebkę i idę w kierunku domu. Jest cicho, ciemno, ponieważ to zima.

Śnieg prószy, ale na szczęście nie ma wiatru. Pokonuję kolejne ulicę dzielące mnie od mojego mieszkania. Jestem naprawdę padnięta po całym dniu.

Na dodatek mam szpilki i ciężko iść. Jest ślisko, a mnie bolą nogi. Przechodzę kolejną ulicę, kiedy ruch w zaułku przykuwa moją uwagę.

Zatrzymuję się i próbuję dostrzec coś więcej. Z tej odległości jest to jednak niemożliwe więc robię parę kroków do przodu.

Widze chyba trzech mężczyzn. Szarpią się i... jeden wyciąga broń. O Boże! Cofam się, ale Staję krzywo i chwilę później tracę równowagę. Upadam na chodnik jeczac z bólu.

Dokładnie w tym samym momencie słyszę strzał. Chcę stać i szybko zawołać pomoc, ale dwie postacie ruszają w moim kierunku.

O Jezu. Podnoszę się z ziemii i próbuję się podnieść, ale przecież nie zdążę uciec.

Mój obcas natrafia na lód i poślizguje się znowu lądując na tyłku.

- Nie... - mówię cicho.

Przede mną staje wysoki brunet w ciemnym płaszczu. Ten drugi stoi parę metrów dalej. Mężczyzna wyciąga dłoń w moim kierunku.

Przerażona nie wiem co mam zrobić. Ale podaję mu rękę, żeby tylko nie wyjął broni. Pomaga mi wstać. Złamałam obcas.

- Chyba nieco się poobijałaś.. - słyszę zachrypnięty głos.

- Tylko przechodziłam - mój wzrok pada na ciało leżące za jego plecami. Przechodzi mnie dreszcz. Czemu nikt tedy nie przechodzi?

- W takie dni nie powinno się wychodzić z domu. To dosyć niebezpieczne - mówi zniżonym głosem.

- Wracam z pracy - krzywię się, bo nie mogę stać przez zniszczoną szpilkę. Krzywię się, bo nie mogę krzyknąć. Krzywię się, bo się boje.

- Jak ci na imię ? - pyta uśmiechając się podejrzanie. Orientuję się, że nadal trzyma moją dłoń w swojej.

- Rosemary. Proszę, chcę już iść - Błagam. Właśnie rozmawiam z mordercą.

- Chyba rozumiesz, że w zaistniałej sytuacji... - patrzy przez ramię na swojego towarzysza. -... to nie zbyt możliwe.

Drugi mężczyzna podchodzi bliżej. Staje za plecami bruneta i cicho mówi mu coś do ucha.

Pierwszy kiwa głową po namyśle.

- Mam nadzieję, że nie jesteś głupia. - mówi w moją stronę. - Sklep jubilerski... mogą być duże straty, pamiętaj o tym proszę.

Otwieram szeroko oczy. Sklep... No tak. Boże. Kiwam głową zbyt przerażona by coś powiedzieć.

Wystarczyło moje imię, a oni wiedzą o moim sklepie.

- Więc kotku? Rozumiesz co mam na myśli?

- Tak - odpowiadam cicho. Drugi brunet mówi coś krótko i podchodzi do mnie. Łapie moją rękę i podsuwa rękaw płaszcza. Patrzę na niego, nie umiejąc się poruszyć. Wyciąga nóż z kieszeni. - Obyś zapamiętała, że z tak malutkiej sprawy może stać się większa i wszystko od ciebie zależy - mówi wolno, przejeżdżając końcem noża po mojej skórze. Rana jest niewielka i przypomina literę S. Piecze, ale ból jest do zniesienia.

Zagryzam mocno wargę wbijając wzrok w to miejsce. Tak bardzo chcę już być w domu. Bezpieczna...

Obydwaj mężczyźni odchodzą. Zdejmuje Buty i patrze na ciało. Powinnam wezwać policję, ale to się źle. Skończy. Wycofuje się i wracam do domu. Będę chora.

Teraz jednakże kompletnie się tym nie przejmuję. Przed oczami mam scenę sprzed kilku minut. Chyba, sama nie wiem ile to wszystko trwało.

W nocy nie mogę zasnąć. Przez kilka dni zostaję w domu zanim odwazam się wyjść.

Może ci dwaj mówili prawdę? Może jeśli będę siedzieć cicho i udawać, że niczego nie widziałam to nigdy więcej ich nie spotkam...

Mam taką nadzieję. Po prostu nie chcę myśleć o tamtej nocy. O tym co widziałam. Muszę zacząć funkcjonować. Zbieram się w sobie i jadę do pracy.

Otwieram sklep i doprowadzam cały lokal do porządku po kilku dniowej nieobecności.

Mam sporo klientów zazwyczaj. Dobrze jest być swoim szefem. Przejęłam biznes po mamie.

Lubię to co robię. Fajnie jest widzieć zakochanych przychodzących po obrączki. Albo mężczyzn denerwujących się oświadczynami. Moja praca jest naprawdę życiowa.

Już od jedenastej pojawiają się dwie osoby. Zazwyczaj przychodzą w tych godzinach, a potem popołudniu, gdy kończą prace.

Jest trochę po piątej, czyli godzina przed zamknięciem gdy dzwoneczek nad drzwiami znów wydaję swój charakterystyczny dźwięk. Wsuwam pierścionki do gabloty i podnoszę głowę. Cholera. A jednak nie może być tak łatwo. Do środka właśnie wchodzi mężczyzna w czarnym płaszczu. Odnajduję mój wzrok swoim i uśmiecha się w sposób wywołujący u mnie dreszcze.

- Zamykam - odzywam się niepewnie. Trudno. Chcę stąd wyjść. Przecież nie poszłam na policje.nkc nie zrobiłam.

- Dokładnie ta samo chciałem powiedzieć. - kiwa głową.

- Nic nie zrobiłam.

- Powiedziałem coś takiego? - wzrusza ramionami i podchodzi do lady.

- Przecież mówiłeś, że nie będę mieć problemów, jeśli nic nie powiem - robię krok w tył

- Żadnych problemów - kręci głową. Wbija we mnie swoje zielone oczy i odzywa się miękko. - Pójdziesz ze mną kotku.

- Nie... - mówię cicho.


EverlastingPrzeczytaj t臋 opowie艣膰 za DARMO!