26. Świąteczne sekrety

17.5K 1.5K 1K

— Nie ma mowy — Alea po raz pierwszy od dawna była prawdziwie zirytowana. — Nie zgadzam się na niego.

— „On" nazywa się Nick — poinformowała ją usłużnie Eve, zupełnie ignorując sedno sprawy, usadowiona na kanapie gdzieś z tyłu.

— W takim razie nie zgadzam się na Nicka — obwieściła zgryźliwie Alea, przenosząc wzrok na Martina. — Obiecałeś — przypomniała mu z wyrzutem.

Czuła złość. Niecały tydzień temu dowiedziała się, że Martin pozwoli jej wrócić na Święta do domu i dobry humor nie opuszczał dziewczyny aż do dziś. W jakimś stopniu zawsze była pewna, że tak to się właśnie skończy. Nie wyobrażała sobie, w tym, ani żadnym następnym życiu znaleźć wymówki wystarczająco dobrej, żeby jej matka nie rozpętała piekła na ziemi z powodu nieobecności córki. Otrzymanie jednak oficjalnego pozwolenia zrzuciło kamień z jej serca i przegoniło bezsenne noce, a także, co może najważniejsze, utwierdziło dziewczynę w przekonaniu, że jej izolacja nie wynika do końca z kwestii bezpieczeństwa. To był kolejny wątek do przeanalizowania, ale operację „co się tu dzieje" była skłonna odłożyć do czasu Świąt. Cały więc tydzień uśmiechała się jak głupia, upojona wizją, że oto miała choćby na chwilę wrócić do swojego starego, spokojnego życia. Tak było aż do dziś...

Z samego rana zawołali ją do salonu i teraz stała twarzą w twarz z Martinem i Chayaną, którzy pojawili się w towarzystwie młodego chłopaka. Ewe siedziała nieopodal, na kanapie, dość leniwie wtrącając się od czasu do czasu do dyskusji, zupełnie jednak nieprzejęta.

— Obiecałem, że wrócisz do domu na Święta — obwieścił spokojnie Martin. To był pierwszy raz od tygodni, kiedy Alea miała przyjemność go zobaczyć — i nic się nie zmieniło. Nie możemy cię jednak puścić samej. To zbyt niebezpieczne.

— Jestem czarną panterą — zauważyła wciąż rozgniewana dziewczyna, nadal ignorując przedstawianego jej chłopaka. Oczywiście, do niego samego nie miała żadnych zastrzeżeń. Nawet go nie znała! Ale przyprowadzono go tutaj, żeby robił za jej niańkę i to było denerwujące, upokarzające wręcz. Trudno jej było więc w tym momencie go lubić.

— Pazury i kły na nic ci się nie zdadzą w starciu z prawdziwym zagrożeniem. Umiesz tak mało, że pewnie nie pokonałabyś nawet zwykłego Zmiennokształtnego — zauważyła bezlitośnie Chayana. — Ciesz się, że pozwalamy ci pojechać i nie utrudniaj sprawy, Aleo.

Dziewczyna westchnęła głośno, wypuszczając gniewnie powietrze i przełknęła chęć tupnięcia nogą. Kobieta miała rację. Musi brać co jej dają, póki jej dają. Jeśli obcy nastolatek przy świątecznym stole ma być ceną, którą przyjdzie jej zapłacić, może nie było to najgorsze rozwiązanie...

Zmusiła się wreszcie, żeby spojrzeć na chłopaka uważniej. Był bez wątpienia Czarodziejem – podręcznikowym przykładem swojej rasy. Miał intensywnie fioletowe oczy i bladą cerę. Uwagę przyciągały też krótko ścięte włosy, nie białe, ale jasnoszare. Dziewczyna była pewna, że to naturalny kolor, tak to już z Czarodziejami bywało. Wyglądał na rok, może dwa lata od niej starszego, stał rozluźniony i uśmiechał się życzliwie, żując dość ostentacyjnie gumę balonową, której zapach Alea była wstanie wyczuć nawet stojąc kilka kroków dalej. Robił dobre pierwsze wrażenie, wrażenie osoby spokojnej i kulturalnej, a jednak w jego fioletowych oczach błyszczało jakieś odrobinę alarmujące rozbawienie. Teraz zdała sobie sprawę, że to on mignął jej dziś rano na korytarzu, znikając w gabinecie Martina. Jak długo rozmawiali? I o czym?

— Nicholas Whelan — przedstawił się chłopak wyłapując moment, w którym dziewczyna poświęciła mu uwagę. Wyciągnął w jej stronę pewnie dłoń i Alea uścisnęła ją, już nie rozzłoszczona, ale wciąż nieufna.

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!