24.

1.2K 129 2

  - Au - jęknął Ian, gdy oderwałam ręce od jego twarzy. Bolały mnie oczy, więc natychmiast je zamknęłam. - To miało być bezbolesne!

 

  - Niby dlaaa kogoo? - Próbowałam zebrać myśli, ale przez ten wyciek energii, byłam kompletnie padnięta i miałam ochotę położyć się spać. Niestety musieliśmy jeszcze dostać się do Bramy, która, jak się okazało, znajdowała się w Centralnym mieście Hrabstwa Wampirów i była dość... chroniona. Szczególnie po naszym ataku na Brooks Street. - Mnieee tooo z-zawsze booli.

  Szliśmy już od dwóch godzin, ale dopiero teraz pozwoliłam sobie na pomoc Ianowi. Po tym, jak nastawiłam nos mojego chłopaka, nie miałam w ogóle sił, by pomóc bratu. Czułam się jakby moja "zdolność" wyparowała, a na jej miejsce wstawiono zmęczenie.

  Ian prychnął.

  - Przykro mi - nie było mu przykro. - Ale nie mam już rany na twarzy?

  - Jesteś cały zakrwawiony - oznajmił mu Blake, przyciągając mnie do siebie. Oparłam się o niego i mogłam teraz w spokoju iść, nie myśląc o tym, że mogę się wypieprzyć na pierwszej lepszej nierówności. - Musisz chyba umyć sobie twarz.

  Po jakimś czasie zdołałam otworzyć oczy i iść sama, więc od razu odsunęłam się od Blake'a i pognałam do Cane'a, który szedł przodem, nie zwracając na nas uwagi. Zazdrośnik.

  Wpadłam na niego i objęłam go w pasie.

  - Heej - spojrzał na mnie, a ja uśmiechnęłam się do niego promiennie. - Gdzie tak biegniesz?

  - Nie biegnę - burknął, ale na szczęście pozwolił mi się obejmować.

  Szliśmy przez jakiś mały lasek, który już powoli się kończył, bo widziałam między drzewami jakieś ogromne pole. Puściłam Cane'a i spojrzałam za siebie. Violet (dla mnie zawsze pozostanie Violet) stanęła i schyliła się w stronę jakichś krzaków. Przez chwilę, ani ja, ani Ian, ani Blake, ani Cane, który też spojrzał w tę stronę, nie wiedzieliśmy, o co jej chodzi.

  - Emmo - zaczął Ian. - To zły pomysł.

  - A właśnie, że dobry - powiedziała i uśmiechnęła się do niego... zalotnie. O fu.

  Cane ruszył w jej stronę.

  - Co znalazłaś?

  Pognałam za nim.

  - Trujące grzyby - spojrzała na mojego chłopaka i zerwała jeden z małych grzybków. Grzyby miały białe trzony i dość spory, granatowy kapelusz, w białe i srebrne kropki. Często widywałam je na targach w stolicy, ale nigdy nie myślałam, że są trujące. Przecież kupował je każdy normalny elf! - Dla nas, elfów i pół elfów, są nieszkodliwe. Ale dla was? To jest lepsze niż jakakolwiek, inna trucizna. Nawet woda święcona nie zabija was tak szybko. Mogą się przydać.

  Objęłam się ramionami i ukucnęłam obok niej. Spojrzałam na grzyby.

  - Skąd wiesz?

  - Mój ojciec był tutejszym zielarzem. Do momentu, gdy nie poznał mojej mamy - Violet wychyliła się i zerwała cztery grzyby. Chłopcy, którzy stali za nami, już zaczęli ze sobą dyskutować - Ian i Cane chyba już zaczęli się kłócić - i przestali zwracać na nas uwagę. - Wtedy zaczął łamać prawo i przychodzić do niej w dzień.

  - To w dzień nie mogą...?

  - Nie - powiedział Cane. - Wszystko dlatego, by nie wydało się kim jesteśmy.

  No tak... to wszystko miało sens. Ale czy to oznacza, że...

  - Tak, mój ojciec łamał prawo i spotykał się z moją matką w dzień.

  Zacisnęłam usta i z powrotem spojrzałam na Vi. Nie mogłam sobie nie wyobrażać matki Cane'a w ramionach Bena... który później całował się ze mną. O matko.

  - Mama miała wtedy siedemnaście lat - ciągnęła Violet - i strasznie się jej podobał. No... a później zaszła z nim w ciążę i urodziła mnie. Zamieszkali razem, ale gdy mama się dowiedziała kim jest... wywaliła go na zbity pysk - takie słowa w ustach Violet, brzmiały naprawdę smutno. - Miałam wtedy sześć lat.

  - I co się z nim stało? - Zapytał Blake, który znów zaczął się nam przysłuchiwać. - Żyje?

  Kiwnęła głową.

  - Tak, żyje. Gdy mama go porzuciła, znalazł sobie nową dziewczynę i teraz ma z nią dwóch synów. Żaden z nich nie widzi, ani wampirów, ani wilkołaków, ani elfów. Nic nie widzą.

  - Więc masz dwóch braci - skwitował Ian. - Ja chciałem mieć braci.

  Spiorunowałam go wzrokiem, a on tylko uśmiechnął się złośliwie.

  Violet kiwnęła głową i dodała:

  - I młodszą siostrę. Mama też ma chłopaka.

  O matko. Jej rodzina była... koszmarna. Nie wyobrażałam sobie żyć w takiej sytuacji. Mama miała nowego faceta, tata nową kobietę, miałeś trójkę rodzeństwa, z którym dzieliłeś tylko połowę DNA... Spojrzałam na Cane'a, który przecież najlepiej rozumiał sytuację Vi. Tylko on. Ani ja, ani Ian, nie wiedzieliśmy nic o takim życiu, bo przecież nasi rodzice byli bardzo zgodni i na pewno się nie zdradzali. Blake też nie miał o niczym takim pojęcia: jego rodzice mieli wiele ze sobą wspólnego i bardzo odpowiadało im życie ze sobą. Tylko Cane ją rozumiał, bo sam był bękartem.

  Wstałam i podeszłam do Cane'a, który miał zamyśloną minę. Może znów sobie uświadomił, jak mało nas łączy.

--------------------------------------------------------------

Hej! Sorry za tak krótki rozdział, ale taki musiał być ;) Przynajmniej tak mam w swoich notatkach.

Ilość słów: 758 :)


ZłudzeniePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!