-Dziękuję, że mogłem usłyszeć jeszcze od ciebie, jak to wyglądało-kiwnął głową Johnson, przez co zsunęły mu się z nosa jego ukochane okulary od Tommy'ego Hilfigera.

-Cieszę się, że mogłam pomóc-wstałam i zasunęłam za sobą krzesło-do widzenia.

Rozmowa z dyrektorem nie zajęła dużo czasu, przypominała jedynie potwierdzenie wcześniej założonej już przez niego wersji wydarzeń.

Gdy weszłam do głównego pomieszczenia lekarzy, zastałam tam nikogo innego, jak Hemmingsa. Bawiącego się swoim pierścieniem na małym palcu i w dalszym ciągu z nieopatrzoną raną. Skrzyżowałam ręce i odparłam, kręcąc głową niezadowolenie:

-Wyglądasz, jakbyś wrócił z wojny. Masz całe czoło we krwi, zachęcająca reklama dla pacjentów.

Blondyn jedynie wzruszył ramionami.

Owszem, byłam na niego zła. Osoba rozważna załagodziłaby konflikt, a nie swoim niewyparzonym językiem go jeszcze podsycała. Nie sądziłam, że ten ,,uroczy, dbający o dobro innych, potrzebujących ludzi" chłopak jest zdolny do takich rzeczy i to w publicznym miejscu. Ordynator oddziału powinien dawać swoim podwładnym przykład, być ich autorytetem, a nie się z nimi tłuc!

-Matko, opatrzę ci to, bo nie mogę na ciebie patrzeć-dodałam, po czym wyjęłam gazę, wodę utlenioną i plastry z apteczki.

Skropiłam wacik środkiem dezynfekującym i przemyłam ranę chłopaka, na co cicho syknął z bólu.

-Trzeba było się nie bić-przewróciłam oczami.

-Wiem-bąknął-kiedyś i tak wygarnąłbym mu to samo, więc im wcześniej, tym lepiej.

-A nie pomyślałeś o konsekwencjach?

-Jakich konsekwencjach?-zaczął chichotać, co za chwilę zmieniło się w syk przez ponowne przyłożenie gazika do rozcięcia-Gary stwierdził, że to wina Jenkinsa i mogę spokojnie wracać do pracy.

-Naprawdę? Ani słowem nie skrytykował twojego zachowania?-uniosłam zdumiona brwi.

-Ani słowem. Za to Dominica przeniósł na oddział ratunkowy, i tak cud, że go zostawił-ponownie zachichotał.

-W moim poprzednim szpitalu zostałbyś albo czasowo zawieszony z Jenkinsem, albo przestałbyś być ordynatorem, albo przenieśliby cię, albo musiałbyś słuchać srogiego kazania dyrektora.

-Ale to nie Paryż, Sophie-odparł uśmiechnięty.

-Możesz przestać tak natrętnie mi się przyglądać?-rzuciłam.

-Czemu jesteś dla mnie taka niemiła?

-Ugh, bo to ja się zachowałam jak pięcioletnie dziecko-bąknęłam, przemywając biały nalot na ranie wodą.

Luke tylko westchnął.

-Nie sądzisz, że Dominicowi chodziło o inne osiągnięcia, niż zawodowe?-spytałam niepewnie.

-Co?-spojrzał zaskoczony.

-Nie oszukujmy się, Luke-oderwałam się od opatrzania rany-do twojego gabinetu przychodzą dziwni goście, którzy mówią o narkotykach. James dziwnie się do mnie uśmiecha w sklepie, kiedy nawet nie wiedziałam, kim jest, a byłam wtedy z tobą. Przychodzicie na wyścigi. W dodatku bierzecie w nich udział. Ty każesz mi się chować i twierdzisz, że znasz autora liścików. Tak, wiem, że zostawiłeś mnie samą na pastwę losu między tymi kamienicami, aby pogratulować twojemu kumplowi. Calum opiera się o jakieś auto wyścigowe, widocznie zadowolony swoją obecnością tam. Potem Ashton pędzi przez pół miasta na tlenku azotu i gada mi o waszych strategiach zgubienia policji. Czy to twoim zdaniem jest normalne? Czy wytłumaczysz mi to wszystko?

head of surgery | lrhPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!