19. Nie kocha, nie lubi, nie szanuje

17.8K 1.5K 748

Tym razem kiedy Erin wślizgnęła się do bractwa Wampirów, nikt jej nie zatrzymał. Prawdopodobnie miało to coś wspólnego z faktem, że było cholernie wcześnie. Śniadanie zaczynało się dopiero za godzinę, połowa uczniów jeszcze spała, druga połowa oblegała łazienki i nikogo nie obchodziła drobna dziewczyna przemykająca korytarzem, pośród czarnych ścian. Nie była przygotowana na spotkanie z Michaelem, ale jakby się głębiej nad tym zastanowić, to nigdy jeszcze nie była. Na wspomnienie wczorajszego wybuchu jej usta natychmiast wyginał grymas pełen goryczy. Nienawidziła tego, jak łatwo traciła kontrolę przy tym aroganckim chłopaku. Zawsze zazdrościła Alei opanowania i dojrzałości. Jej siostra potrafiła trzymać swoje emocje w ryzach, podczas gdy ona stale zapominała ugryźć się w język. Nie żałowała jednak tego tak kolosalnie, jak mogłoby się wydawać. Michael zachowywał się jak książę i nawet jeśli wszyscy inni skakali dookoła niego z uwielbieniem, ona nie zamierzała. Jeśli już się wstydziła, to samego wybuchu, nie słów które padły. Erin była szczera – zawsze i do bólu. A przynajmniej kiedyś tak właśnie było, teraz bowiem, choć w relacjach ze znajomymi pozostawała bezpośrednia i otwarta, trudno było mówić o szczerości, kiedy nosiła imię siostry i podawała się za Zmiennokształtną...

Na całe szczęście dotarła do właściwych drzwi zanim takie myśli zdołały wepchnąć ją w ciemne, nieprzyjemne miejsce w głębi jej umysłu. Nie zapukała, tylko natychmiast nacisnęła klamkę, a ta, o dziwo, ustąpiła. Erin stanęła więc w szeroko otwartych drzwiach i... zamarła. Z walką o klucze, pożarem, karą, kłótniami i cała resztą wrażeń, jakie fundowało jej Mallaroy kilka spraw umknęło jej zupełnie. Jedną z nich była problematyczna właściwość Wampirów, które ponoć miały pociągać ludzi, jako drapieżniki. Póki co Erin doświadczyła tego jedynie przelotnie. W zetknięciu z normalnym Wampirem działanie było właściwie nieodczuwalne, wystarczyło wiedzieć, że istnieje, by czar prysł. Jednak Michael, za sprawą tej swojej cholernej Królewskiej Krwi zdawał się działać na nią silniej od reszty i w jego przypadku Erin nie była w stanie pozbyć się niepokojącego ucisku w żołądku. Dotychczas była zbyt zajęta kłóceniem się z liderem, żeby poświęcić temu uczuciu choć chwilę uwagi i za tą ignorancję musiała teraz słono zapłacić, bo oddziaływanie uderzyło w nią ze zdwojoną siłą.

Michael stał na środku pokoju w ciemnych, dobrze dopasowanych do wysokiej sylwetki spodniach. Był boso, nie miał na sobie żadnej bluzki czy koszulki, zakrył za to włosy ręcznikiem i obecnie pocierał je niedbale, susząc w mało efektywny sposób. Erin przyszła tu mówić, a nie się gapić, a jednak stała w otwartych drzwiach i nie potrafiła się ruszyć z miejsca. Chłopak był... był cholernie przystojny, niezależnie od tego, jak bardzo ją irytował, musiała to teraz przyznać. Nawet kiedy tak zwyczajnie stał, jego sylwetka zdradzała pewność siebie. W porannym świetle spadającym przez okno sygnet rodziny Castalawów na jego prawej dłoni pobłyskiwał lekko, na nadgarstku lewej pulsował ciemną czerwienią łańcuch Mallaroy. Odsłonięty tors był naznaczony liniami wyćwiczonych mięśni i przez chwilę Erin zdała się rozumieć, czemu w szkole znajdowało się tyle dziewczyn gotowych wpaść w te silne ramiona. Wydawało się, że utknęła w drzwiach na dobre, ale wtedy właśnie chłopak podniósł głowę i przeszył ją spojrzeniem niebieskich jak lód oczu. Wyraz jego twarzy świadczył, że miał właśnie warknąć jakieś niekulturalne pytanie związane z tym, że ktoś pakuje mu się do pokoju tak wcześnie rano, ale kiedy zdał sobie sprawę, z kim ma do czynienia, zmienił zdanie.

— Laneford — westchnął i wywrócił oczyma. — Oczywiście, że to ty — dodał już bardziej do siebie. Raz jeszcze przetarł ręcznikiem włosy, po czym odrzucił go na stojącą z prawej strony kanapę.

— Wiesz, co to pukanie? — zapytał zgryźliwie, zupełnie nieskrępowany obecnością dziewczyny. Rzucił jej przelotne spojrzenie, odwrócił się i podszedł do szafy, skąd wyciągnął jasną koszulę i zaczął ją bez pośpiechu zakładać. Swoboda, z jaką przyjął jej pojawienie się była znamienna. Jakby zostało w nim coś z pijanego Michaela, który z anielską cierpliwością tolerował wybryki Erin. I może faktycznie coś w tym było. W końcu Michael nie spędzał każdej minuty swojego życia na wściekaniu się. Był arogancki i samolubny, owszem, ale zazwyczaj pozostawał jednak opanowany i spokojny. Wychowany został na dziedzica najstarszego rodu Wampirów, a taką osobę obowiązywały pewne zasady! Do furii doprowadzały go tylko konkretne przypadki – gdy ktoś uraził jego dumę, upokorzył go lub pozwolił sobie na za dużo. I wtedy wybuchał gorzej, niż przeciętna osoba. Szatynka była zdecydowanie utalentowana, jeśli chodziło o wyprowadzanie go z równowagi, ale znał ją już miesiąc i zaczynał się do niej przyzwyczajać. Wiedział, czego się może spodziewać, był przygotowany, a co za tym szło, czuł na powrót przewagę i to pozwalało mu się odprężyć. Jak długo był nadal postrzegany jako ten najlepszy i najważniejszy, tak długo mógł z lekceważącym machnięciem ręki tolerować najróżniejsze wybryki innych, również jej. A ponieważ byli sami i nic nie mogło zagrozić jego opinii publicznej, nie widział większego powodu, by się nią przejmować.

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!