18. Odmienne perspektywy

25.5K 1.7K 1.1K

Mazatlán leżało nad Oceanem Spokojnym i jeśli z czegoś już miałoby słynąć, to zapewne z pięknych Meksykańskich plaż. Dworek, w którym się zatrzymali znajdował się właściwie poza granicami miasta, w odludnym zakątku, ukryty przed ciekawskimi oczyma za zielonymi drzewami. Zanim znalazły się w centrum, czarna terenówka musiała pokonać pyliste, piaszczyste ścieżki, proste, asfaltowe drogi, aż wreszcie wąskie uliczki nadmorskiego miasta. Dopiero te ostatnie zmusiły Chayanę do zaparkowania dużego samochodu. Eve i Alea ruszyły w stronę morza, rozglądając się z zaciekawieniem na boki, podczas gdy kobieta szła za nimi jak cień, niezadowolona i spięta. Był środek dnia, słońce stało wysoko i świecąc intensywnie, poprawiało znacznie humor Alei. W Meksyku nadal było lato, może nie w teorii, ale w praktyce. O ile w Mallaroy niektóre dni były tak chłodne, że Erin dostawała gęsiej skórki, o tyle tutaj, bliżej równika ostatki ciepłej, słonecznej pogody nadal wypędzały ludzi z domów, na ulice. Nadmorskie miasta, jeśli trafi się do ich właściwej części, charakteryzuje jakaś sielska, leniwa atmosfera. Przebłyskujące gdzieś na horyzoncie, między budynkami morze i szumiący w tle odgłos fal kojarzył się z wakacjami, spokojem i odpoczynkiem, przynajmniej tym, którzy odwiedzali miasto przejazdem. Alea chciała przejść się po plaży, ruszyły więc szeroką, słoneczną promenadą prosto w dół, w stronę widocznego w oddali błękitu, otoczone licznymi budkami z jedzeniem i sklepikami z pamiątkami.

— Tam — Eve, idąca ramię w ramię z Aleą, szturchnęła ją lekko i skinęła głową w kierunku nadchodzącej z naprzeciwka pary. Mężczyzna w średnim wieku w dawno już niemodnym, słomkowym kapeluszu i flanelowej koszuli wręczał właśnie drepczącej obok niego małej dziewczynce loda, podczas gdy idąca z nimi kobieta szperała we własnej torebce. Była wysoka, chuda i nieco blada jak na życie pod meksykańskim słońcem, a jej ciemne okulary przeciwsłoneczne kontrastowały z niesamowicie jasnymi włosami.— To Czarodziejka.

Alea na te słowa natychmiast przeniosła wzrok na przechodniów i zapominając się, zaczęła wiercić w kobiecie dziurę wzrokiem. Póki co miała przyjemność poznać jedynie Zmiennokształtnych, którzy w niczym prawie nie różnili się od ludzi. Nie trudno więc zgadnąć, że natknięcie się na Czarodziejkę natychmiast ją podekscytowało. Rodzina minęła je, nieświadoma sensacji, którą wywołała, ale szatynka długo jeszcze wykręcała szyję, żeby odprowadzić ich wzrokiem.

— Skąd wiesz? — Alea zapytała szeptem Eve, jakby jasnowłosa kobieta nadal mogła je usłyszeć. Dziewczyna uśmiechnęła się z zadowoleniem.

— Jasne włosy, blada skóra, założę się, że miała także fioletowe oczy. Jak wiesz czego wypatrywać, to odróżnienie ich wcale nie jest takie trudne. Oczywiście nie każdy Czarodziej jest podręcznikowym przykładem swojej rasy, ale wystarczy że poznasz dobrze jednego albo dwóch i nagle zaczynasz to po prostu wyłapywać, intuicyjnie.

— Jeśli się nie ukrywają — zauważyła Chayana, nawet na nie nie patrząc. Rozglądała się z uwagą po szyldach sklepów, jakby czegoś szukała. — Tak czy inaczej, nie ma co marnować czasu. Może i jesteśmy w mieście, ale na naukę zawsze jest dobra pora.

Po tych słowach kobieta skinęła na Eve i zamilkła na dobre. Dziewczyna westchnęła cicho i wymieniła z Aleą porozumiewawcze spojrzenie, tłumiąc śmiech. Nie oponowała jednak. Bystrym wzrokiem zaczęła przyglądać się mijającym je osobom i po chwili znów szturchnęła swoją uczennicę.

— W prawo — Eve dyskretnie wskazała siedzącego na ławce mężczyznę. Miał czarne włosy, ciemne jak węgiel oczy, a na jego obojczyku widać było czarny ślad, który przypomniał fragment świeżo zrobionego tatuażu, ginącego pod bluzką. — Łowca.

Alea z zafascynowaniem obracała głowę to w jedną, to w drugą stronę, gdy tylko Eve wskazywała jej innego nieznajomego. Czuła się, jakby prowadziły jakąś dziecinną zabawę, grały w „zgadnij kto to". Jednak to było prawdziwe. Po raz pierwszy tak silnie odczuła obecność drugiego, senturalnego świata. Nie był on odizolowany, zamknięty w czterech ścianach pokoiku hotelowego czy ukryty w starym dworku, ale żywy, wmieszany w dobrze jej znaną rzeczywistość. Uderzyło ją nagle, że nie raz odprowadzała nieznajomych spojrzeniem, zastanawiając się gdzie się spieszą, albo gdzie kupili tą ładną bluzkę. Ile, wśród tysięcy osób, które minęła w swoim życiu, było Czarodziejów? Łowców, Wampirów, Zmiennokształtnych? Jej myśli zahaczyły się o to ostatnie słowo. Były już coraz bliżej plaży, ale Chayana kazała im skręcić w bok i znalazły się na węższej, zacienionej uliczce z mniejszą ilością spacerowiczów i sklepików.

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!