11. Wróg mojego wroga

20.5K 1.7K 625

Erin już tu była. Spędziła tydzień za tymi murami, ale ciągle prześladowało ją nieodparte wrażenie, że oto wchodzi do internatu po raz pierwszy. Nawet gotująca się w jej środku złość na impertynenckiego Wampira nie była w stanie przyćmić tego uczucia.

Drzwi, które właśnie przekraczała były niesamowicie wysokie. Zrobione z ciemnego drewna, zostały wstawione w brudno-beżowe ściany budynku i strzegł ich wykuty w kamiennej płycie wizerunek pięciogłowej hydry zawieszony nad nimi od zewnętrznej strony. Była przekonana, że wisiał tam cały czas, nigdy jednak nie zwróciła a niego uwagi. Zdała sobie nagle sprawę, że prawie w ogóle nie rozglądała się dookoła. Spędziła tu pełne kilka dni, ale myśli miała stale zaprzątniętą siostrą.

Dotychczasowy pobyt w Mallaroy objawiał się w jej głowie jakby zasnuty jakąś mgłą. Cokolwiek wybierała albo mówiła, robiła to za Aleę. Na każdym kroku powstrzymywała się, jak tylko mogła, od wszystkiego. Chciała zostawić bliźniaczce pustą kartę, na której będzie mogła samodzielnie zapisać pierwsze doświadczenia w nowym etapie życia. Ale ta kartka została zmięta, podarta i wrzucona do kosza. Ktoś miał inną wizje ich losów i narzucił im ją w sposób najbardziej paskudny z możliwych.

Jednak kiedy teraz Erin wspinała się po ogromnych, spiralnych, kamiennych schodach, które majestatycznie pięły się w górę na środku holu, poczuła ulgę. Było to zupełnie niespodziewane i trudne do wytłumaczenia. Rozglądała się na boki znów na nowo odkrywając otoczenie (dotarło do niej właśnie, jak olbrzymi jest ten budynek) i rozpierała ją nowa siła. Na jej zmęczonej twarzy pojawił się nagle łobuzerski uśmiech, kroki stały się bardziej sprężyste, podbródek powędrował do góry. Była sobą. S o b ą!

Aż do tego momentu nie zdawała sobie sprawy, jak obciążające okazało się uwzględnianie charakteru siostry w każdym słowie i geście, dbanie żeby do nikogo za mocno się nie zbliżyć i odkryć jak najmniej. Teraz jednak wszystko to zniknęło i poczuła się lekka. Zachciało jej się wręcz śmiać. Oto wstąpiła w progi szalonej szkoły i skazała siebie na życie między dziwnymi, niebezpiecznymi istotami, poświęciła dom i znajomych, plany i marzenia. A mimo tego szczerzyła się jak głupia, wypełniona nieokreśloną determinacją.

Poczuła, że odzyskała siebie i cokolwiek stanie teraz na jej drodze, będzie musiało zmierzyć się z prawdziwą Erin Laneford. Nie będzie się kłaniać przed żadnymi Wampirami, nie będzie unikać osobistych tematów przy śniadaniu! W tym irracjonalnym, szaleńczym uniesieniu przeszło jej nawet przez myśl, że życie wśród nadprzyrodzonych istot może być ekscytujące.

Od początku żywiła mniejszą urazę do nowej rzeczywistości, niż Alea, a teraz mogła przed samą sobą szczerze przyznać, że nie jest źle. Nie było Wampirów zalanych krwią na korytarzu, Wilkołaków z wielkimi pazurami wyjących do księżyca, szalonych Czarnoksiężników, którzy co krok stają w płomieniach. Jeśli przymruży lekko oczy, pominie mur i zignoruje nienaturalnie ogromny rozmiar i wyraźnie kosztowne wyposażenie całego budynku szkoła wyglądała na całkiem przeciętną. To był przełom. Po raz pierwszy w głowie drobnej szatynki pojawiły się prawdziwie optymistyczne myśli.

— Dasz radę dziewczyno — odezwała się sama do siebie i znów uśmiechnęła się szeroko.

Oczywiście, gdzieś w głębi umysłu na te wszystkie myśli padał cień realizmu. Nie zapomniała o problemach, które ją goniły i nie pogodziła się jeszcze do końca z utratą szkoły w Indianapolis. Była jednak zmęczona, fizycznie i psychicznie, serią niefortunnych zdarzeń, krzykami, rozpaczami i złością.

Erin miała ten niezwykły dar, spotykany zawsze u bardzo konkretnej grupy ludzi. Kiedy ktoś jest w jego posiadaniu, natychmiast się to zauważa. Nawet w autobusie, wśród zupełnie obcych osób da się wskazać palcem szczęśliwców, którzy zostali obdarowani tą umiejętnością. Czym jest? Najprościej chyba będzie to nazwać wewnętrzną siłą. Tacy ludzie potrafią rozpoznać, kiedy znajdują się w sytuacji z dwoma rozwiązaniami: utonąć, albo płynąć. I choćby był to kraniec wodospadu, biorą głęboki oddech, poruszają rękoma i zaczynają brnąć do przodu. Tak też było z Erin. W obecnym momencie parcie przed siebie stanowiło jej jedyny plan, a że odrobiła już swój limit w rozpaczaniu, mogła robić to z uśmiechem na ustach. Prawda, w tym momencie był to uśmiech szaleńca, ale któż miał prawo ją za to sądzić?

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!