9. Po drugiej stronie lustra

20.8K 1.7K 496

Julie była nadal w łazience, pod prysznicem, a Erin leżała w łóżku, bawiąc się telefonem. Zazdrościła im tej beztroski i tęskniła do czasów, kiedy sama ją miała, tak mocno, że wywoływało to prawie fizyczny ból. Dziewczyna zadrżała lekko z zimna, owinęła się ciaśniej wielkim swetrem narzuconym na piżamę i zadarła głowę do góry. Na tarasie było ciemno i cicho, nie licząc wiatru, który buszował w posadzonych na końcu ogrodu choinkach. Patrzyła krótką chwilę w jaśniejące na niebie punkty próbując wyczytać z nich jakąś wskazówkę kiedy nagle zorientowała się, że szmery poruszanych gałęzi są jakby głośniejsze i mniej naturalne. Całe jej ciało drgnęło. Wolno, z wymuszonym spokojem osoby, która już wie, że czeka ją coś niedobrego, przeniosła wzrok w głąb ogrodu. Przy drzewach, ledwo widoczny w mroku, stał wysoki mężczyzna w ciemnym płaszczu i wpatrywał się w nią intensywnie. Nabrała głośno powietrza w płuca i zrobiła dwa gwałtowne kroki do tyłu, a potem zamarła, niepewna co będzie dalej. Intruz stracił nią zainteresowanie i zaczął grzebać po kieszeniach, aż w końcu znalazł paczkę papierosów i wyciągnął jednego. Dało się usłyszeć charakterystyczne pstryknięcie zapalniczki i na chwile rozbłysło wokół niego światło. Odpalił papierosa i dopiero wtedy znów spojrzał na dziewczynę, a potem wykonał kilka kroków w jej stronę. Chód miał niedbały, trochę leniwy, jakby wybierał się po gazetę do kiosku.

— Alea Laneford? — zapytał w momencie, kiedy znajdował się na tyle blisko, że mogła dojrzeć jego rysy. Miał nieco pociągłą twarz, ciemne włosy i brodę zostawione w lekkim nieładzie, również ciemne oczy o przenikliwym spojrzeniu i wyraźne, nieco krzaczaste brwi.

Dziewczyna tym razem przestraszyła się nie na żarty. Już miała odwrócić się i wbiec do domu, kiedy nieznajomy znów się odezwał.

— Spokojnie, nic ci nie zrobię. Chciałem tylko pogadać o Mallaroy.

To był ten moment, kiedy w filmach uderza piorun, żeby podkreślić szokujące słowa. Sytuacja robiła się dziwniejsza i dziwniejsza i teraz Alea nie mogła tego tak po prostu zostawić. Poczuła drażniący zapach dymu i odsunęła się kawałek, nadal podejrzliwie patrząc na intruza.

— Kim pan jest i skąd pan zna moje imię? — zapytała głosem, który stanowił żałosne połączenie drżenia i stanowczości. Szukała gorączkowo jakiegoś racjonalnego wytłumaczenia dla całej sytuacji, ale takie nie istniało. Czekała więc, poddenerwowana, gotowa by w każdej chwili rzucić się do biegu.

— Nazywam się Martin Gallagher i jestem Zmiennokształtnym, tak jak ty — powiedział, wypuszczając uprzednio w powietrze smużkę dymu. Było w nim coś melancholijnego, jakby każdy ruch wykonywał wolniej, niż wszyscy inni. — Znam twoje imię, bo ciebie szukałem. Dostałaś niedawno zaproszenie do szkoły, czyż nie? Na twoim miejscu bym tam nie szedł.

Alea słuchała z uwagą, ale też niepewnością. Jakiś obcy facet doskonale znał nowości z jej życia, nowości ściśle tajne, o których nikomu nie mówiła i na dodatek nachodził ją w domu przyjaciółki w środku nocy. Nadal rozmawiała zamiast zadzwonić na policję tylko dla tego... Tylko dlatego, że nie była człowiekiem i on także nim nie był. Och, jak bardzo nienormalne stało się jej życie!

— Czemu mówisz mi coś takiego? — zapytała, próbując zrozumieć. Jego bezpośredniość sprawiła, że porzuciła grzeczne „pan". To nie był czas na bawienie się w takie rzeczy, musiała dowiedzieć się jak najwięcej, jak najszybciej. — Poza tym nie robię tego przecież z własnej woli. List mówił jasno, że nie mam wyboru!

Wiatr wył w jakimś uchylonym oknie, jej ciało drżało z zimna, a papieros nieznajomego żarzył się coraz słabiej, docierając do filtra.

— Nie mam wiele czasu, pozwól więc, że będę się streszczał. Możesz pójść do tej szkoły i poświęcić cztery lata życia na kłamanie i ukrywanie prawdy przed wszystkimi, których znasz. Albo możesz pójść z nami, na tydzień, góra dwa. Nauczymy cię, jak być Zmiennokształtnym, a później wrócisz do domu. Zajmiemy się Łowcami, których naśle na ciebie szkoła za niestawienie się na rozpoczęciu roku i po tych kilkunastu dniach będziesz mogła wrócić do swojego życia, bez oszustw i wykrętów — upuścił niedopałek na trawę i wcisnął go podeszwą dużego buta w ziemię, po czym wcisnął ręce do kieszeni. — Decyzja należy do ciebie, będziemy czekać jutro na dworcu, o szóstej rano.

MallaroyPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!