Pov: Alastor
Lucyfer wstał, po czym zaczął gdzieś iść. Śledziłem go wzrokiem jak tylko było możliwe.
A gdy tylko na chwilę przestałem go obserwować... usłyszałam huk. Jakby ktoś upadł na ziemię.
W ciągu dwóch sekund się podniosłem do siadu, choć dużo czasu nie minęło abym tego pożałował.
Jednak jakoś wytrzymałem, bo zauważyłem króla kaczek na podłodze. Nieprzytomnego.
Oblał mnie zimny pot a żołądek się zacisnął w supeł.
Nie miałem pojęcia dlaczego tak reaguje, lecz to w tamtej chwili znaczenia nie miało.
Spróbowałem się wstać.
Wyswobodziłem się spod kołdry, po czym postawiłem nogi na ziemi.
Momentalnie poczułem ogromny ból i zwroty głowy, ale miałem to głęboko.
Jakoś się dowlokłem do niego.
A kiedy znalazłem się wystarczająco blisko, złapałem go za ręce, próbując podnieść.
Jakoś mi się udało, choć było ciężej niż przypuszczałem.
On, był cięższy niż przypuszczałem.
Jednak udało się! Udało mi się usadowić go na łóżku. Gdy to się stało, momentalnie to ja osunąłem się na ziemię koło łóżka, dysząc niemiłosiernie, jakbym przeszedł co najmniej pięć pięter schodów.
Po chwili się ogarnąłem, więc spróbowałem ustalić co było takiego obrotu spraw przyczyną.
Zacząłem "oględziny", podczas których sobie przypomniałem, że Lucyfer też miał od groma denerwujących ran.
Rozpiąłem jego koszule, a moim oczom ukazało się wiele, dawno już przesiąkniętych krwią opatrunków.
Oj, nie było dobrze. Nie miałem bladego pojęcia gdzie ten kretyn trzymał opatrunki i cały ten szajs!
Wstyd się przyznać ale... naprawdę panika zajrzała mi w oczy.
Zacząłem się panicznie rozglądać po całym pokoju. Aż w końcu mój wzrok padł na zbiorowisko rzeczy, najpewniej należących do karzełka.
Nadal ignorując ból i uczucie rozrywające mi klatkę piersiową, czego będę pewnie żałował, zacząłem się wlec w stronę tej pułki.
Po jakimś czasie w końcu do niej dotarłem, więc natychmiast zacząłem ją przeszukiwać.
Po chwili, cud, jest apteczka!
Od razu ją wziąłem, kierując się do tego idioty.
Gdy zostały mi może zaledwie dwa kroki, ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Zgiąłem się w pół z kolejną wiązanką przekleństw na ustach.
Musiałem jednak się ogarnąć.
Jakoś udało mi się dotrzeć do łóżka i zabrałem się za pierwszą pomoc.
Musiałem wymienić chyba wszystkie opatrunki na każdej ranie z klatki piersiowej i brzucha. Do tego jeszcze trzeba było opatrzeć mu głowę, ponieważ rypnął porządnie.
A na koniec zostało zabranie go do swojego łóżka i pokoju...co wydawało mi się wręcz niemożliwe.
No trudno... muszę poczekać aż się obudzi... Przykryłem go kołdrą po czym sam się położyłem starając się jakoś uspokoić.
Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje.
Lucyfer niby mi... pomoga. A do tego, zasnął tutaj, bez żadnych oporów. Ja jakbym był w takiej sytuacji, to bym nawet oka nie zmrużył.
Choć, jakoś, jak tak teraz o tym myślę, to po prostu...nie potrafię się tym nie przejmować! Nie potrafię mieć go gdzieś! Nie potrafię nawet przekonać samego siebie, że on NIC MNIE NIE OBCHODZI!
To wszystko nie ma sensu...
Pov: Narrator
Kiedy wszyscy skierowali się na półtorej godziny odpoczynku przed następnymi zajęciami zorganizowanymi przez Charlie i Vaggie, wspomniane dziewczyny udały się do pokoju Lucyfera. Chciały z nim porozmawiać, ze względu na to, co zauważyły podczas zabawy w gotowanie.
Każda zachodziła w głowę, co tu się dzieje? Bo to nie było normalne...
W połowie drogi do mieszkania króla piekła, nagle spotkały Baxtera, z dziwnym spojrzeniem wbitym w notes.
- O, cześć Baxter! Co tam robisz? - zapytała uśmiechając się księżniczka piekła.
Zatrzymały się, no dobrze, bardziej to Charlie zatrzymała Vaggie.
- Badam pewne podejrzane zachowania. Wątpię abyś mi mogła pomóc kobieto. - odpowiedział nawet nie odrywając wzorku od kartek Baxter.
- A co to za "podjerzane zachowania"? - zapytała od niechcenia niższa z dziewczyn, posyłając ukochanej spojrzenie mówiące: "Musimy..?".
Na co blondynka tylko energicznie pokiwała głową.
- Zauważyłem, że same się tym interesujecie, więc nie ma potrzeby marnowania mojego cennego czasu na tę rozmowę... - odpowiedział zamyślony chłopak.
Nie życzył sobie aby ktoś mu aktualnie przeszkadzał. Nie był najlepszy w badaniu ludzkich relacji, jednak to co miał aktualnie jako temat, nie było normalne w przypadku "obiektów", z jakimi miał aktualnie doczynienia.
Dziewczyny wymieniły ze sobą zdziwione spojrzenia.
O co mu chodziło? Chodzi o Alastora i Lucyfera? A może o coś zgoła innego?
Takie pytania się na zmianę pojawiały w ich głowach.
Baxter, widząc tęgą konsternacje na twarzach jego rozmówczyń, westchnął zirytowany i w końcu zamknął z trzaskiem zeszyt.
- Chodzi o upadłego anioła i radiowego demona! Dotarło?! - nie mógł powstrzymać politownia, jakie wpadło na jego twarz.
Charlie po usłyszeniu tego, aż się zakrztusiła powietrzem.
Jeszcze zanim nawet mniejszy zaczął zareagować, zabrała go i razem z Vaggie zaczęły biec do swojego pokoju.
- HEJ CO TO ZNACZYĆ! - Wykrzyczał zdziwiony Baxter. Próbował się wyrwać, jednak to na nic się zdało.
Zaś w pewnym momencie drogi, przeleciały koło pokoju Alastora i usłyszały jakby...huk...
Vaggi zatrzymała się mówiąc ukochanej, że za raz do niej przyjdzie, po czym zatrzymała się pod drzwiami jednego z osób które nie tak dawno, obserwowały...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Hejkaaaa!
Na wstępie, chciałabym przeprosić, że rozdział nie pojawił się wczoraj, jak mówiłam. Niestety nie miałam jak napisać wszystkiego wczoraj, bo miałam zawalony dzień 😭
Jednak już jestemm!!
Troszkę dziś poszłam w poetycką narrację od narrtatora, ale nie mogłam się powstrzymać bahah.
Mam nadzieję, że rozdział nie był katastrofą i dostarczył wam troszkę rozrywki:)
Życzę wam superowej soboty gwiazdeczki<33
MIŁEGO DNIA/NOCYY
(co nie ma teraz najmniejszego sensu ale zawsze musi tu być hehe)
877 słów
CZYTASZ
~POD MASKĄ~ (radioapple)
Fanfiction[Akcja dzieję się po drugim sezonie Hazbin hotel] Po ostatnich wydarzeniach Lucyfer jest na skraju wyczerpania. Nie czuję się najlepiej, choć powoli się regeneruje. Ani Charlie ani nikt inny nie martwi się o niego jakoś specjalnie, po części dlate...
