Pov: Narrator
Podczas gdy Alastor oraz Lucyfer jakoś próbowali sobie radzić, obserwowały ich wnikliwie 3 pary oczu.
Oczywiście nie przez cały czas, jednak co chwilę ktoś zerkał i okazywało się, że nie ma momentu w którym nikt nie patrzy.
Te pary oczu należały do:
Charlie, realizującej swój plan z Vaggi.
Martwiła się potwornie o nich obydwu, a obserwując sytuację, te obawy się tylko potwierdzały. Jej dziewczyna nie chciała się zgodzić na poważną rozmowę z nimi, głównie dlatego, że zdawała sobie sprawę z tego, iż żaden z nich się nie przyzna.
Wspomnianej już Vaggi, która miałam dużo bardziej dokładny wzrok od blondynki, tym samym zauważając stan Radiowego Demona. Choć jeszcze pewności nie miały stu procentowej. Tylko, że z Lucyferem było trochę gorzej. Nie był w tak poważnym stanie jak Alastor, przez co nie zdradzał się niczym.
Jednak oko Vaggi, wychwyciła koszula Lucyfera, na której zaczęły być widoczne, choć malutkie, ślady anielskiej krwi.
I dodatkowo Baxtera. Który był naprawdę ciekawy tego co się z nimi dzieje. Już od spaceru czujnie im się przyglądał, widział jak z każdą chwilą Radiowy czuję się coraz gorzej. Widział te nerwowe odruchy, podpieranie się czymkolwiek, zaciskanie dłoni przy kolejnych falach bólu i widział też to, jak Lucyfer na niego patrzy.
A z resztą, miał też powody myśleć, że upadły anioł może i jest w lepszym stanie, ale jest z nim nadal dosyć kiepsko. Mimo, że może normalnie się poruszać bez większych problemów to co jakiś czas musiał usiąść i odpocząć. Co nie było normalne w jego przypadku.
Jego uwadze, tak samo jak Vaggi, nie umknęła widoczna krew. Która nie mogła wziąć się z nikąd.
Minęło już pół godziny. Każda z par dogadywała się dosyć dobrze, nawet Husk się ożywił chociaż na chwilę.
Lucyferowi też szło naprawdę nieźle. Co jakiś czas pytał swojego towarzysza co do wyglądu czy dodatków.
O dziwo, Alastor był naprawdę zadowolony z tego, że nie siedzi bezczynnie zdany na łaskę niższego.
Było do tej pory takich momentów, w których krok piekła musiał przerwać, ze względu na pogarszający się stan wspomnianego demona.
Starał się mu wtedy jakoś ulżyć, próba rozśmieszania..szkoda tylko, że nie dawało to zbytniego skutku.
Aż w końcu, dobiła godzina...
Pov: Lucyfer
Skończyłem! Tak!
Zrobiłem parę zestawów wspaniałych pancake'ów! Do tego bardzo stylowych~
Zostało jeszcze z dwie minuty, więc poszedłem do tego jelenia aby sprawdzić czy nie zdechł już przypadkiem...
Choć szczerze, gdybym był nim, to na pewno już bym nie żył. Widać było jak rany mu robią na złość i jeśli nadal pójdzie tak jak do tej pory, to będzie tylko gorzej.
Muszę jakoś mi załatwić z miesiąc na ogarnięcie się...tylko jak?
Główny zainteresowany, czyli inaczej wysoki Bambi, siedział na tym stołku opierając łokcie na kolanach ze spuszczoną głową.
Kucnąłem przed nim tak, abym mógł zobaczyć jego twarz.
Zniżyłem się jeszcze troszkę, bo głowę miał naprawdę nisko, nawet jak dla mnie.
W końcu się udało, oczywiście nadal się uśmiechał, ale oprócz tego miał zaciśnięte powieki.
Dotknąłem go niepewnie palcem wskazującym w kolano, żeby zwrócić jego uwagę. Podziałało od razu, bo gwałtownie otworzył oczy, wbijając je we mnie.
- Żyjesz jeszcze jakoś? - praktycznie wyszeptałem mu to. Widać, że był zajechany. Kiwnął ledwo zauważalnie głową.
Może nie powinno...Ale na ten widok, coś mnie tknęło. Jakby serce się ścisnęło.
Bolał mnie ten widok i nie chciałem by...Niee, to głupie...
Nagle rozbrzmiało coś na wzór dzwonka.
W panice złapałem go za policzki każąc jednocześnie spojrzeć na mnie.
- Zostań tutaj i jak tylko będzie okazja, spieprzaj do swojego pokoju. Słyszysz? - Powiedziałem, wyraźnie zaskoczonemu Alastorowi.
Ja za to nie czekając na jego odpowiedź po prostu wstałem puszczając ostrożnie jego policzki i biorąc pancake'i, poleciałem do reszty.
Pov: Alastor
Nie zdążyłem nawet otworzyć ust, a tego już nie było.
Tego już nie mógł widzieć, ale zrobiłem się chyba prawie cały czerwony...
Nie spodziewałem się czegoś takiego, a jeszcze bardziej tego...że wcale mi Lucyfer nie przeszkadzał tak się zachowując..
Nie mam pojęcia co się ze mną dzieje.!
Ale no cóż, muszę się stąd zabrać, potem będę myśleć o tym bajzlu.
Wszyscy poszli w jedną stronę, każdy zachwycał się potrawami innych.
To był odpowiedni moment. A potwierdziła to Charlie, bo skupiła na sobie całą uwagę, coś tam ogłaszając.
Jakoś wstałem z tego cholernego stołka. I mimo tego jak bardzo mnie wykręcało, starałem się nie przeklinać aż tak dużo, ani nie wydawać zbyt wielu dźwięków.
Choć najchętniej bym się wydarł...
Jakimś cudem doszedłem do schodów. Mimo, że szedłem praktycznie zgięty w pół.
Schody były najgorsze. Jednak jakoś się doczołgałem.
Kiedy tylko dotarłem na górę, od razu skierowałem się do swojego pokoju.
Było tak blisko...jeden korytarz...
Ale jak na złość, na samym końcu, zaczęło mi się robić słabo...
Przyspieszyłem kroku, co tylko pogorszyło już i tak ograniczoną widoczność.
NARESZCIE!
Otworzyłem swoje drzwi wpadając do pokoju. Zamknąłem je zaraz po czym oparłem się o nie, osuwając się na ziemię.
Nie wiem ile tak siedziałem... Parę razy świadomość mi gdzieś uciekała a następnie nagle wracała.
Może spałem, albo mdlałem. Nie mam pojęcia.
Ale już mi się oczy zamykały, gdy usłyszałem ciche pukanie do drzwi...
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
HEJOOO
Jak widać na załączonym obrazku, zaczynają, jak to moja koleżanka mówi, "mieć się ku sobie":3
(Swoją drogą to ona wpadła na pomysł tego konkursu kulinarnego haha;)
Mam nadzieję że się jeszcze nie pogubiliście, bo znowu latałam po trzech kątach...czy to jest trójkąt.?? Nie idźmy w tą stronę 🤫
A podsumowując, mam nadzieję, że widzimy się jeszcze dziś, choć nic nie obiecuję 😘
MIŁEGO DNIA/NOCYYYY
CZYTASZ
~POD MASKĄ~ (radioapple)
Fanfiction[Akcja dzieję się po drugim sezonie Hazbin hotel] Po ostatnich wydarzeniach Lucyfer jest na skraju wyczerpania. Nie czuję się najlepiej, choć powoli się regeneruje. Ani Charlie ani nikt inny nie martwi się o niego jakoś specjalnie, po części dlate...
