~Rozdział 4~

680 52 75
                                        

Pov: Alastor

Idealny moment sobie wybrała. Ja myśl o tym, że miałbym przed nią teraz stanąć, robiło mi się niedobrze. Ba! Na samą myśl, żebym miał się stąd ruszyć robiło mi się słabo.
Wpatrywałem się więc w sufit mając nadzieję, że może kobieta odpuści i zostawi mnie w spokoju.
Jednak ta jak na złość waliła w te drzwi coraz mocniej.

- ALASTOR DO JASNEJ CHOLERY! WIEM ŻE RAM JESTEŚ! JESZCZE CHWILA, A WEJDĘ BEZ ZAPROSZENIA! - Krzyczała wyraźnie poddenerwowana już Vaggi.

Spojrzałem na Lucyfera, wyglądał jakby miał zaraz zejść na zawał.
Wyraźnie nie wiedział co zrobić, więc musiałem wziąć sprawy w swoje ręce.

Odczekałem dobre pięć sekund i kolejne pukanie do drzwi aż spróbowałem wstać.
Myślałem że mnie coś rozrywa na strzępy, ból był najprościej rzecz biorąc, nie do okiełznania.
Kiedy udało mi się usiąść, mój obraz zaczął się rozmazywać, a do tego spostrzegłem, że prawie cały garnitur mam umazany krwią i do tego na klatce piersiowej mam rozpięta koszule ukazująca opatrunki.

Zacząłem próbować zapinać to jakoś, jednak było to coraz trudniejsze ze względu na coraz gorszą widoczność i dokuczające rany.
PIERDOL SIĘ VOX! - Krzyczałem na tego debila myślach.

A z resztą..ADAM TY TEŻ! - Dodałem sobie jeszcze. Gdyby nie ci dwaj, myślący swoim przyrodzeniem zamiast głowy, nie musiałbym teraz tracić godności w obecności fanatyka kaczek.

W pewnym momencie zauważyłem kątem oka, jak Lucyfer podchodzi do mnie i pomaga mi zapinać koszulę. Najwyraźniej też uznał to za jedyne wyjście.

- Nie powinieneś- Ale już na wstępie mi przerwałem, bo jego ton wskazywał że zaraz się rozbeczy. A już szczególnie jak nam tu koleżanka z jednym okiem wbije.

- M-uszę..idioto. - I chwiejnym krokiem zacząłem jakoś iść. Zabrałem sobie laskę żeby jakoś się podtrzymywać aż dotarłem do drzwi...

Otworzyłem drzwi a przede mną stała Vagina, której już para z uszu leciała.
Uroczo.

- No nareszcie! Ile można?! Charlie już się zaczynała martwić! - powiedziała mi oskarżycielsko na wstępie.
Uśmiechnąłem się do niej szerzej i lekko przekręciłem głowę w lewo. Co było dosyć słabym pomysłem, ponieważ poczułem kolejna falę bólu.

- Cóż mogę rzec moja droga - odpowiedziałem jej sarkastycznie zaciskając zęby. To chyba tylko ją bardziej zdenerwowało bo tupnęła nogą zniecierpliwiona.

Nie zemdlej. Nie zemdlej. Nie zemdlej. NIE ZEMDLEJ.

Manifestowałem w myślach, bo mroczki stawały się coraz bardziej upierdliwe.

- Husk siedzi i wali głową w ścianę, a nic do niego nie dociera, pomożesz?

- Raczysz żartować? - wypaliłem bez większego namysłu.
To musi być jakiś żart! Zmusza mnie do rozmowy z nią, tylko dlatego, że ten kot się najpewniej upił? Wolne żarty.

- Nie. Poszłabym do Lucyfera ale nie mogłam go znaleźć, a możesz ty wiesz co się z nim dzieje co? Albo to ty doprowadziłem Husk'a do takiego stanu?! - Wyglądała jakby mnie miała uderzyć. Szkoda tylko że ledwo mi do ramienia dosięgała.

- oj, moja droga...Ja się takimi głupotami nie zajmuję. W...-Na chwilę głos mi odmówił posłuszeństwa. JESZCZE CHWILA I NAPRAWDĘ NIE WYTRZYMAM. Okolice brzucha i klatki piersiowej chyba chciały żebym nie dotrwał do końca tej rozmowy.

Nie powstrzymałam syknięcia z bóli i automatycznego ruchu ręki w stronę źródła czegoś takiego.
W połowie ruchu jednak zdążyłem to opanować.

~POD MASKĄ~ (radioapple)Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz