~Rozdział 2~

654 43 84
                                        

Pov: Lucyfer

Myślałem, że może w tym stanie jakim ten rudzielec się znalazł, nie będzie mieć ochoty na pyskowanie.

Odetchnąłem próbując się uspokoić. Pomyślałem że wyjaśnię mu to jeszcze raz, tym razem spokojniej.

- Ja wiem, że to dla ciebie trochę dziwne - Lucyfer co to gadasz, to jest kosmos co ty robisz. Może jeszcze jest szansa żeby uciec.. - ..ale ponieważ mam jeszcze jakieś serce, to ci trochę pomogę się ogarnąć. O i zanim zaczniesz prawić swoje morały, to mam w tym interes taki, żeby moja córka była szczęśliwa. A ty masz taki interes w tym, żebyś dał radę za niedługo w miarę normalnie egzystować. - Powiedziałem o dziwo bardzo spokojnie.

Dumny z siebie spojrzałem na ścianę i coś sobie przypomniałem.
JAK JA MAM STĄD WYJŚĆ?
W końcu po korytarzu teraz się kręci tyle osób...Jak wyjdę jak gdyby nigdy nic z pokoju tego jelenia, to zaczną się pytania.

Spojrzałem trochę spanikowany na wyższego. Wyglądał jakby za raz znowu miał paść.

- To ja pójdę, yyy, jakoś.. Przyniosę ci jakieś jedzenie i picie do końca dnia. W nocy tu wrócę, okej? - powiedziałem w końcu niechętnie. Radiowy demon tylko szerzej się uśmiechnął, co uznałem za zgodę.

Podszedłem do drzwi, uchyliłem je lekko i wyjrzałem czy nikogo nie ma.
Jak na złość korytarz był zapełniony po korek.
Na początku nie chciałem używać swoich mocy, bo to tylko mnie osłabi..ale no trudno.
Użyłem teleportacji i znalazłem się w moim pokoju padając na ziemię.

Po jakimś czasie się ogarnąłem. Wymieniłem opatrunki na ranach i się przebrałem bo tamten strój został ubrudzony przez krew, zarówno moja jak i jego.

Wyszedłem z pokoju i windą pojechałem na dół.
Kiedy wyszedłem na parterze, moim oczom ukazała się dosyć dziwna scena.

Bo jeden z gości biegał po piętrze krzycząc w niebo głosy, a za nim leciała całą armią karaluchów z małą cyklopką na czele.
Za raz też usłyszałem jak dziewczyna mojej córki.. Vanessa? Vanny? Może Vagina? Nie wiem...

- Niffty zostaw go! Wracaj tu natychmiast! On nie jest żadnym szczurem! - krzyczała wyraźnie zdenerwowana.
Co tu się dzieje?

Ukradkiem podszedłem do baru, przy którym był kot w kapeluszu i ta taka dziewczyna od bomb.
Na mój widok kot się do mnie odezwał:

- Witam króla, jakiś drink? - powiedział znudzonym głosem, tak jakby nic się nie działo.

- aaammm, nie dzięki.. Co tu się dzieje? - przeszedłem od razu do sedna.
Na moją odpowiedź dziewczyna z kucykiem parsknęła śmiechem i wypiła łyk swojego drinka.

- Baxter nazwał tamtego matoła "gigantycznym szczurem" i się zaczęło. Niffty sobie coś wkręciła, a teraz lata z tymi małymi jebańcami próbując go ubić. - odpowiedziała mi ledwo powstrzymując śmiech.

Mi za to szczena opadła. Ona tak na serio? Spojrzałem na barmana szukając potwierdzenia, ale on z wyraźną uciechą w oczach obserwował jakby nigdy nic, to co się działo.

Postanowiłem, że nie ma sensu tu siedzieć i poszedłem do kuchni po obiecane jedzenie.
O dziwo tam już nie było takiego tłumu jak w pozostałych częściach hotelu.
Pomyślałem, że co ja będę się starał o jakieś super jedzenie dla tego idioty, to wezmę mu po prostu jakieś gotowe przekąski.

Ostatecznie zabrałem z szafek butelkę wody i yyy, jakieś sushi. (Proszę nie pytać co u nas w szafce robiło sushi).
Położyłem wszystko na stole i się odwróciłem do tyłu i-

- KURWA CO JEST! - Podskoczyłem aż zaskoczony i wystraszony.
Bo nagle przed moimi oczami pojawiła się moja kochana córeczka.

Przez mój nagły wybuch, poczułem poraz kolejny jak ból się nasila, szczególnie w okolicach brzucha. Jednak przed moją gwiazdeczką musiałem przecież chociaż grać twardego.

- Hejka tato! Wybacz, nie chciałam cię przestraszyć. - Przywitała się ze mną od razu przepraszając lekko zmieszana.

- A tam, nic się nie stało. Co tam kochanie?- odpowiedziałem jednocześnie robiąc jej "pat pat".

Kochałem swoją córkę, jednak w aktualnej sytuacji wolałbym żeby nikt mnie nie widział już dziś. ALE DOBRA! LUCYFER OGARNIJ SIĘ I DAJ SIĘ CÓRECZCE PODZIELIĆ SWOJĄ RADOŚCIĄ Z TOBĄ! DASZ RADĘ!

- Wiem, że się nie lubicie, ale może widziałeś gdzieś Alastora? Nie widziałam go od dwóch dni a by mi było bardzo potrzebny... - O nie. Tylko nie to. I co ja mam teraz...? Kłamać..?

- Yyy, tego jelenia..? Nieee. Pewnie zaba-lował..czy coś.. - wyjąkałem w końcu. Miałem nadzieję że to wystarczy, tylko, że moja córka nie była taka głupia. Zmarszczyła brwi i spojrzała na mnie z takim: "Ja wiem że coś kręcisz".
Choć o dziwo, nie dopytywała.

Zamiast tego, wzięła mnie za rękę i zaprowadziła do salonu. Oczywiście zabrałem od razu te rzeczy dla Alastora, żeby nie zapomnieć.
Jak już się znaleźliśmy, jak się okazało, w salonie, Charlie zabrała głos.

- Kochani, czas na pierwszą grę integracyjnąą! - ogłosiła melodyjnie. Za raz po tym kontynuowała - Już nie trzymam was w niepewności.... - wymieniłem porozumiewawcze spojrzenia z dziewczyną Charlie, która się tu pojawiła.- ZAGRAMY W KALAMBURYYYY!!

Wow, tego się nie spodziewałem. Wszyscy inni chyba też. Ale no cóż, jak moja mała dziewczynka zaprasza mnie do gry, to lepiej skorzystać.

Nawet nie wiem ile graliśmy, bo każdemu się bardzo podobało, w tym o dziwo mi też. Było naprawdę zabawnie i, uwagaaa muszę się pochwalić.. zapamiętałem imiona białego pająka i dziewczyny od bomb!
Ten pierwszy to Anton a druga to Betty..!
Nie, coś znowu pokręciłem..

W pewnym momencie jeden z gości się odezwał:

- Która godzina? - zdębiałem. Wiedziałem, że zaczęliśmy gdzieś przed 14..

- O kuźwa, już prawie dwudziestadruga. - odpowiedział mu Husk. (Nadal pamiętam jego imię!)

Za raz...O KURWA MAĆ!
ALASTOR

Natychmiast strzeliłem wszystkim jakieś kłamstwo i w tempie światła, razem z butelką wody dla niego.
O i może zapomniałem wspomnieć, że wszystko co miałem zabrać dla demona.. sami zjedliśmy...

Po drodze do jego pokoju, zacząłem się naprawdę bać.
Bo co jeśli przeze mnie wykituje?!
A do tego miał w końcu wcześniej obfity krwotok, więc powinienem mu co chyba dwie godziny zmieniać te opatrunki...

W końcu dotarłem pod drzwi, już nawet jego starałem się być cicho. Zatrzasnąłem drzwi i obróciłem się aby zobaczyć czy Alastor jest nadal ja łóżku czy może już nie.

Był na łóżku! Podbiegłem do niego i zacząłem zdenerwowany coś paplać.

- Przepraszam cię! Miałem iść ale tu kalambury i jedzenie brak a do t-

Znieruchomiałem. Teraz zauważyłem, że był nieprzytomny.
Jednak to co mnie zaniepokoiło, to krew lecąca z jego ust.
Odkryłem w panice kołdrę żeby zobaczyć jak źle jest i... Było okropnie. Ubrania na brzuchu miał całe przesiąknięte krwią.
Szybko zabrałem się za pierwszą pomoc, a jak się nad nim nachyliła to coś sobie uświadomiłem...

ON. NIE. ODDYCHAŁ.

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Drugi rozdział tego samego dnia..Czemu nie!

Mam nadzieję że na początku nie było aż tak nudno, bo i tak streściłam ten wątek początkowy, żeby nie było tak nudno haha

Także miłego dnia/nocy gwiazdeczki<33

1089 słów

~POD MASKĄ~ (radioapple)Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz