~Prolog~

1.2K 76 183
                                        

Pov: Lucyfer

Minął już tydzień od pokonania tego cholernego telewizora. Nawet nie pamiętam jak miał na imię, ale to i tak już nieważne.

Od tej całej afery Charlie chodzi cała w skowronkach. Ten widok mi sprawia gigantyczną przyjemność, nawet na chwilę potrafię dzięki temu zapomnieć o ciągłym bólu jaki mi towarzyszy odkąd zamknęli mnie w tym strasznym pudle.

Próbowałam jakoś leczyć te rany, choć z marnym skutkiem. Jedyną czynnością która przynosi mi aktualnie ulgę to sen.
Szkoda tylko, że przez nawał tych popapranców do hotelu mojej małej księżniczki, czytaj grzeszników, muszę być dosyć długo na nogach.

Właśnie leżałem w swoim łóżku patrząc się tępo w sufit, otoczony kaczkami.
Ach..przynajmniej wy mnie rozumiecie - pomyślałem przytulając się do poduszki.

Było już grubo po północy, a ja dalej nie mogłem zasnąć. Rany jakoś spokój minka chwilę dały, oczywiście nie całkowicie, jednak mogłem przynajmniej się obrócić z boku na bok bez powstrzymywania przekleństw które PODOBNO, mają zmniejszać w jakimś stopniu ból.

Po kolejnych 20 minutach, stwierdziłem, że mam dość i wstałem z łóżka.
Podszedłem do lustra i obejrzałem swoje rany jeszcze raz. Nic się nie działo, więc postanowiłem pójść po jakieś kakao do kuchni.

Wyszedłem z pokoju i skierowałem się na niższe piętra. Nie wiem co mnie podkusiło, ale postanowiłem się przejść obok każdego pokoju osób jakich tu znałem.
Minąłem pokój Charlie i jej dziewczyny, Husk'a (jakimś cudem zapamiętałem), Cher..Chri.. Bomb..chyba..? Potem tej małej sprzątaczki, tego białego na An-coś tam i w końcu doszedłem do pokoju tego rudzielca.
Zatrzymałem się na chwilę i wystawiłem język do drzwi kiedy spostrzegłem...że drzwi były uchylone. Nie chciałem tam zaglądać, ale ciekawość wygrała.
Może będzie chrapał i będzie z czego się śmiać albo go wkurzyć?

Bezszelestnie wysunąłem głowę przez szparę, lekko drzwi popychając do przodu i znieruchomiałem.

Na podłodze było mnóstwo czerwonej krwi, prowadzącej pod ścianę o którą opierał się Alastor próbujący chyba się podnieść z ziemi.
Dosłownie lała się z niego krew jak strumyk z prawie każdej części ciała.
Rąk, brzucha, klatki piersiowej, nóg...

Zacząłem gorączkowo myśleć, CO JA MAM DO CHOLERY ZROBIĆ?
Pomóc mu? Przecież nie mogę go tu tak zostawić! Jeszcze zdechnie i Charlie będzie przykro ...Tak, to chyba wystarczający powód żeby coś z tym zrobić.

Nie myśląc zbyt dużo, pobiegłem najszybciej i najciszej jak się da do swojego pokoju. Zabrałam swoją apteczkę i wróciłem się w mgnieniu oka pod te same drzwi.
Wślizgnąłem się do środka i zamknąłem drzwi.
Bambi wyglądał nawet gorzej niż przed moim przyjściem i chyba nawet nie wiedział, że ktoś mu wbił do pokoju. Choć szczerze ja w takim stanie kontaktował bym podobnie.

Zaczęłam podchodzić do niego powoli, starając się nie wdepnąć w za bardzo w jego krew, bo byłem w samych skarpetkach! A do tego moich ulubiony!!!!

Kiedy byłem już tak na odległość dwóch metrów, nagle głową uszatego się jakoś podniosła i spojrzał na mnie. W jego oczach było widać prawdziwy ból i..strach?
Mimo że na twarzy nadal miał uśmiech, to widać było gołym okiem, że przeżywa katusze.
Za to na mój widok w jego oczach błysnęła panika. Postanowiłem jakoś się odezwać żeby może przypadkiem mnie nie walnął czymś, kiedy będę mu pomagać. Nie wierzę, że to zdanie padło ode mnie..

- yyy, dobry dzień - powiedziałem chowając apteczkę za plecami i debilnie się uśmiechając. Dopiero po chwili do mnie dotarło co padło z moich ust. - To znaczy witam-

- w-wynoch-cha... - Ledwo wydusił z siebie demon w garniaku.

Postanowiłem przybrać najbardziej surową minę jaką potrafię i zrobiłem krok do przodu.
Chyba był to jednak zły pomysł...Alastor w panice przycisnął się jeszcze mocniej do ściany, a przez jego gwałtowny ruch z jego rany na klatce piersiowej, którą najbardziej miał na widoku, trysnęła kolejna strużka krwi.

- Ej spokojnie! Tak tylko pogorszysz swoją sytuację! Chcę ci tylko pomóc.. - nici z mojej surowej miny ,która w ciągu sekundy zmieniła się w spanikowaną jak tylko zobaczyłem do czego doprowadziłem. Ton miałem też zdenerwowany, nawet bardzo.

Za to radiowy demon oddychał płytko i dosyć ciężko bo dosyć dobrze było to słychać. Widziałem że jeszcze tylko chwila, dzieli go od stracenia przytomności.
Jednak nadal jakimś cudem zdołał wypowiedzieć całe zdanie.

- n-nie..potrzebuję...t-twojej...pomocy... - Po tych słowach jego ciało opadło, jeśli było to możliwe, jeszcze bardziej na podłogę.
W połowie już był nieprzytomny, więc postanowiłem działać.

Podszedłem do niego jak najszybciej i kucnąłem przy nim dając apteczkę obok siebie. Ten próbował mnie jeszcze chyba jakoś odepchnąć łapiąc mnie słabo za ramię, już nie mając siły na powodzenie czegokolwiek. Ale miał na tyle mało siły że w sumie to nic nie poczułem.

Nie wiem, czy działałem w jakimś amoku czy coś, ale złapałem jego dłoń, która za pół sekundy by spadła z mojego ramienia.
Ścisnąłem ją lekko co chyba zaskoczyło rannego rudzielca bo na dwie sekundy jego oczy stały się wyraźniejsze.

Zacząłem używać całej swojej wiedzy dotyczącej pierwszej pomocy, żeby zatamować krwawienie u najpoważniejszych ran.
Już nawet nie spotkałem się z protestem, widocznie nie było to zbyt przyjemne dla niego bo co chwilę zaciskał mocniej rękę, którą, niewiadomo po co, nadal trzymałem.

Jakimś cudem opatrzyłem te najgorszej rany za pomocą jednej ręki.
Mimo tego, że oprócz ściśniętej przez Alastora jednej ręki, co chwilę słyszałem syki z bóli w jego wykonaniu.

Nie wiem ile minęło..10 minut, godzina czy pięć..ale kiedy na chwilę się troszkę odsunąłem żeby spojrzeć jak to wygląda.
Wzrok mojego wroga był utkwiony w podłodze, tylko, że nie w jednym punkcie. Latał oczami po całym pokoju z coraz większą paniką i strachem zdając sobie sprawę po części co się działo.

Jednak był za słaby. Widziałem to.
Postanowiłem więc powoli się podnieść i spróbowałem wziąć go pod ramię.
Kiedy przełożyłem jego rękę przez moje ramiona, jego palce od razu się zacisnęły na jednym ramieniu.

Próbował jeszcze jakoś protestować, ale już miałem to w dupie.
Czy tego chciał czy nie, dowlekłem go do łóżka i zmusiłem, żeby się położył.

Teraz to już chyba na serio nie widział co się dzieje, bo miał wzrok, tępo wbity we mnie.

Przykryłem go kołdrą, co brzmi dla mnie jakbym miał coś z głową i rozejrzałem się po pomieszczeniu, oddychając z ulgą.
Udało się! Teraz tylko co ja mam z nim zrobić..? Na pewno już nie zasnę...

------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------

Hejkaa!
Jeśli przeczytaliście do końca, to chyba was troszkę zainteresowałam, hmm?😏

Mam nadzieję że ma to jakiś sens bo nie czytam nawet tego drugi raz😅

Widzimy się w następnych rozdziałach!!
Miłego dnia/nocy gwiazdeczki<3

1063 słowa

~POD MASKĄ~ (radioapple)Opowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz