Zdjęłam z wieszaka różową bluzę, jakoś umknął mi fakt, że na jej kapturze były doczepione uszy i przedstawiony wizerunek kotka (dostałam ją na święta od Ashley, to chyba wszystko wyjaśnia). Wsunąłem stopy w białe buty Air Force stojące przy drzwiach i odwróciłam się do Pattie, która patrzyła zaciekawiona na moje poczynania.

-Muszę wyjść, to bardzo ważne - z roztargnieniem zaczęłam szukać kluczyków od samochodu - będziesz miała oko na dziewczynki? - w końcu zdjęłam je z półki w kuchni - a gdyby Niall wrócił, a mnie jeszcze nie było...zadzwoń do mnie - nie miałam pojęcia, czego Justin ode mnie chce, więc nie wiedziałam też ile czasu mi to zajmie i kiedy wrócę do domu.

Otworzyłam drzwi wejściowe i szybkim krokiem przemierzyłam podjazd.

Miałam naprawdę złe przeczucie i chciałam jak najszybciej dowiedzieć się o co chodzi, bo denerwowałam się niemiłosiernie.

Było po dwudziestej pierwszej, zważając, że mamy sobotę, na ulicach panował umiarkowany ruch.

Odtwarzałam w myślach drogę do domu Justina, żeby czasem nie skręcić gdzieś źle i po dziesięciu okropnie długich minutach byłam na miejscu.

Furtka była otwarta, weszłam na podwórko idąc ścieżką usypaną z małych kamyków prosto do drzwi.

Zadzwoniłam dzwonkiem, ale chyba nikt nie miał zamiaru mi otworzyć i po chwili czekania pociągnęłam za klamkę.

Otwarte.

Niepewnie pchnęłam drzwi i weszłam do środka.

-Justin? - rozejrzałam się po dużym salonie, ale w pomieszczeniu niego nie było - drzwi były otwarte - dodałam po chwili, ale czułam się, jakbym mówiła sama do siebie.

Prawie wszystkie światła były pogaszone, więc dookoła panował półmrok.

Chyba nie mógł nigdzie sobie pójść, skoro prosił, żebym przyszła. Poza tym, zostawił otwarte drzwi.

Wtedy zobaczyłam małe światło w korytarzy, które przedostawało się przez szczelinę między drzwiami.

Weszłam głębię do domu i stanęłam przed pomieszczeniem, które było źródłem światła.

-Justin? - delikatnie zapukałam we framugę drzwi, ale w odpowiedzi dostałam tylko jakiś pomruk - mam...mam wejść? - spytałam cicho, a że nie usłyszałam słowa protestu po prostu otworzyłam drzwi, lekko przestraszona tą sytuacją.

To co zobaczyłam...to...Boże.

Chłopak siedział albo raczej na wpół leżał, opierając się o ścianę z przymkniętymi powiekami. Obok jego prawej dłoni leżały rozsypane jakiś pigułki i telefon.

A jego lewa ręka... Zbladłam na widok krwi spływającej powoli po jego nadgarstku.

Uklękłam przy nim, podnosząc palcami jego brodę, żeby na mnie spojrzał.

Oczywiście, ledwie przytomny wzrok, płytki oddech, pogryzione prawie do krwi usta.

-Przyszłaś - szepnął patrząc na mnie smutno.

-Justin - wyciągnęłam telefon z kieszeni i zadzwoniłam po pogotowie, nie spuszczałam z niego oczu nawet na sekundę, przez cały czas mieliśmy kontakt wzrokowy.

W końcu odłożyłam telefon na podłogę obok mnie i skupiłam uwagę na nim.

To była jedna z najgorszych rzeczy, na jakie musiałam patrzeć.

Przysunęłam się jeszcze bliżej niego, tak, że nasze klatki piersiowe praktycznie się stykały.

Poczułam łzy na policzkach, których po prostu nie potrafiłam opanować.

forever together // horan ✔Przeczytaj tę opowieść za DARMO!