Rozdział 13 - Lustra milczenia

155 18 0
                                        

Pov.Harry


Dziwny to był dzień. Cisza nie była już przywilejem – stała się czymś gęstym, niemal dotykalnym. Od rana nie było żadnych zajęć, żadnych zaklęć, żadnych poleceń od mentorów. Część uczniów — jak Tonks i Cedrick — rzuciła się na wolny czas, jakby to była najcenniejsza mikstura. Inni, tacy jak ja i Fred, unikali pustki — zbyt łatwo mogła przypomnieć, co kryje się pod powierzchnią.

Z Fredem snuliśmy się po salach, zahaczając o bibliotekę, balkon, dolny dziedziniec. I chociaż śmiech w jego głosie wciąż brzmiał głośno i żywo, wiedziałem, że też rozważał wszystko, co działo się przez ostatnie dni. Wiedziałem, bo robiłem to samo.

Postanowiliśmy odwiedzić kilku nauczycieli, tak po prostu. Bez książek, bez ćwiczeń. Żeby ich poznać jako ludzi.


Znaleźliśmy ich znów razem — tym razem w oranżerii, z herbatą i jakąś starą księgą rozłożoną między nimi. Snape coś notował, a Syriusz... Syriusz milczał.

— Nie przeszkadzamy? — zapytałem.

Syriusz odchylił się na krześle. — A, Szczeniaku. Ty i twój wiecznie wścibski cień — rzucił w stronę Freda, który przytaknął teatralnym ukłonem.

Snape spojrzał tylko przelotnie, jakby obecność ludzi nie była dla niego niczym nowym... ale też niczym ważnym.

Usiedliśmy. Znowu. Tylko że tym razem nie jako uczniowie i nauczyciele, ale... czterech ludzi, z których każdy nosił swoją wersję bólu.

Przypomniałem sobie tamto jedno zdanie z poprzedniego dnia: „obaj kochaliśmy tę samą kobietę". To zdanie nie dawało mi spokoju. Wreszcie zapytałem:

— To była... mama, prawda? Lily?

Zapanowała cisza.

Snape zamarł. Syriusz westchnął i utkwił wzrok w filiżance.

— Tak — powiedział w końcu Snape. — I to nie jest coś, z czego jestem dumny. Kochałem ją... ale zniszczyłem tę miłość przez to, kim byłem.

— I przez to, z kim byłeś — dodał Syriusz cicho. — A ja... ja nigdy nie widziałem jej jako kogoś więcej niż siostrę, ale... zazdrościłem ci. I nienawidziłem, że ją skrzywdziłeś.

Snape skinął głową. — I ja nienawidziłem siebie za to.

Nie wiedziałem, co powiedzieć. Mama... była światłem dla nich obu, choć w zupełnie różny sposób. To nie była historia o rywalizacji. To była historia o stracie.

— Dziękuję, że mi powiedzieliście — wyszeptałem.

Snape wstał pierwszy. — Pamiętaj tylko, Potter. Nie każde uczucie rodzi dobro. Ale każde dobro wymaga odwagi.


Po rozmowie długo chodziłem sam po korytarzach. Myślałem o rozmowie ze Śmiercią. Jej słowa były jak zaklęcia rzucone zbyt cicho, by zrozumieć od razu, a zbyt wyraźnie, by je zignorować.

„Nie była złem. Ale została jego naczyniem. A kto wypełnił to naczynie?"

„Dumbledore znał więcej, niż przyznał..."

Dumbledore. Człowiek, któremu ufałem. Który mnie prowadził. Czy naprawdę wiedział coś więcej o Nagini? Czy to on uczynił ją tym, czym była... lub nie powstrzymał, gdy mógł?

Czułem, jak zaczyna się we mnie rodzić niepokój, który trudno było nazwać. Strach nie przed tym, co jeszcze nadejdzie — ale przed tym, co już się wydarzyło, a co mogłem dopiero odkryć.


Fred czekał na mnie na dachu. Siedział, huśtając nogami nad przepaścią, z paczką czekoladowych żab w dłoni.

— Wiedziałem, że tu przyjdziesz — rzucił z uśmiechem. — Co ci powiedziała Śmierć?

Usiadłem obok niego.

— Nie wszystko... Ale tyle, że boję się tego, co mogę jeszcze odkryć.

Opowiedziałem mu. O tym, co powiedziała o Nagini. O Dumbledorze. O cieniu, który zaczynał rzucać na jego wspomnienie pytania, których nigdy nie odważyłem się zadać.

Fred nie mówił nic przez dłuższą chwilę. Potem podał mi żabę.

— Myślisz, że ona naprawdę była ofiarą?

— Nie wiem. Ale chyba musimy się przygotować na to, że nie wszystko jest tak czarno-białe, jak myśleliśmy.

— Ja zawsze wiedziałem, że są też odcienie Weasleyowego pomarańczu.

Parsknąłem śmiechem. I wtedy zrozumiałem: nawet w mroku można znaleźć światło. A czasem jest ono rude i sarkastyczne.

Harry Potter Echo CieniOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz