Rozdział IV: Tajemniczy Doktor Kraken

22 1 0
                                        

Miałem miejsce w pierwszym rzędzie na całe do widowisko, bo Doktor Kraken zatrzymał się w lewym rogu od okienek z żarciem. Dopiero po chwili zdałem sobie sprawę z tego, że ciężko oddycha, jakby uciekał już od dłuższego czasu. Podczas gdy czerwone światło nadal się świeciło i syreny nadal wyły, on wyciągnął z kieszeni jakiegoś pilota. Nagle drzwi do kantyny zamknęły się z hukiem i zapadła grobowa cisza. Jeden ze strażników próbował uruchomić obręcz, kierując podręcznego pilota w stronę uciekiniera, ale wtedy Doktor Kraken uśmiechnął się szeroko i pokazał mu swoje gołe dłonie.

- Naprawdę myślałeś, że to coś da, chłopcze? – Jego głos był spokojny, prawie syczący. Sprawił, że przeszły mnie ciarki i zacząłem się obawiać o bezpieczeństwo pechowego strażnika, swoje i wszystkich obecnych w ogóle.

- W-w-w-więzień 3763 – zaczął, wyciągając zza pazuchy pałkę – w-w-w-wracajcie do swojej c-c-celi!

To samo zrobili pozostali strażnicy, a Doktor Kraken tylko się zaśmiał.

- To nawet urocze, że myślicie, że to wystarczy.

Nagle przestał się uśmiechać. Kilkoma machnięciami macek powalił większość z nich. Jedni uderzyli o ściany, inni padli na plecy, tak czy inaczej wszyscy byli poobijani i podnosili się z trudem.

- Ale w przeciwieństwie do wachmanów z poziomu U – ciągnął Doktor Kraken – jesteście potwornie nieprzygotowani. Ale cóż, lepiej, żeby wasi więźniowie odebrali wam pałki, niż broń palną.

Znów spojrzał z góry na więźniów, którzy przyglądali mu się w napięciu,. Czekali na jego kolejny ruch.

- Bracia, posłuchajcie mnie! – w końcu przemówił do nas rozglądając się po całej kantynie. – Przybyłem, aby dać wam wolność! Nie musimy przebywać w tych klatkach! Wiem z dobrego źródła, że dzisiaj wylatują statki towarowe na Ziemię. Wystarczy, że się na nie przedostaniemy, a będziemy mogli odlecieć!

- Tak jak mogliśmy odlecieć w Sylwestra, kiedy administracja miała być nachlana w trzy dupy? – zapytał więzień z wyjątkowo brzydkim tatuażem na twarzy.

- Albo kiedy wybuchła epidemia grypy? – dorzucił się inny, ze szramą na policzku.

- Tak, przyznaję, że te plany nie wyszły mi zbyt dobrze – odparł Doktor Kraken z uprzejmym uśmiechem, który, o dziwo, nawet nie wydał mi się upiorny. – Jednakże pamiętajcie, że kiedy wy śpicie, mój mózg pracuje na pełnych obrotach i czeka na okazje do ucieczki. A teraz oferuję wam możliwość odzyskania wolności! Kto z was będzie na tyle odważny, aby odpowiedzieć na moje wezwanie?!

Jakaś część mnie chciała się odezwać i uważała perspektywę ucieczki za dość kuszącą... ale zagłuszał ją zdrowy rozsądek. Ostatecznie nie miałem pewności, że ten plan wypali.

Tymczasem w kantynie nadal panowała cisza. Nikt nie chciał się zgłosić, a ponadto wielu z nich wróciło, tak po prostu, do jedzenia. To z kolei najwyraźniej zdołowało Doktora Krakena, który jednak spróbował przemówić do nich jeszcze raz:

- Czy naprawdę chcecie tak żyć?! Jak zwierzęta?! Zapomniani przez społeczeństwo jak bezwartościowe śmieci?! Chodźcie ze mną, a...!

Nagle rozległy się rytmiczne huki, dochodzące od strony drzwi. Ktoś próbował się do nas dobić. Na twarzy Doktora Krakena pojawiło się zdenerwowanie.

- Posłuchajcie mnie, bracia!

Huk.

- Musimy trzymać się razem! Razem na pewno uda nam się pokonać ich wszystkich!

Huk!

- To nasza jedyna szansa!

HUK! Drzwi puściły z posad i weszła przezeń Sellers wraz z całymi zastępami strażników uzbrojonych w karabiny i zbroje. Światło wróciło do normy, a i syreny przestały wyć. Od razu na żółtym kombinezonie Doktora Krakena pojawiły się czerwone światełka celowników. On sam jednak tylko westchnął i spojrzał w stronę administratorki. Wydawał się być spokojny i opanowany.

Projekt Tartar: Więzienie dla niezwykłych złoczyńcówOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz