Pewien śmiertelny filozof orzekł niegdyś, że bóg umarł.
Mężczyzna w znakomicie skrojonym garniturze barwy nocnego nieba sięgnął po kieliszek porto, rozglądając się po sali, w której trwało kameralne przyjęcie. Upił łyk wina, delektując się jego smakiem, i uśmiechnął się lekko. O tak, wielu bogów umarło – a niejeden z jego ręki – lecz zdecydowanie nie wszyscy. Ci, którzy pozostali, mieli dwa wyjścia: dać się zapomnieć, czyli właściwie zabić, albo przetrwać, dopasowując się do czasów, które nadeszły. Dziś nikt już nie potrzebował bowiem bóstw tkwiących w niebiosach i ciskających gromy, gdy śmiertelni działali nie po ich myśli, czy przelewających krew z byle powodu. Nie mogli żyć potęgą raz im daną. Musieli działać – zejść między śmiertelników, sięgnąć po ich życie, po ich sprawy, serca i umysły, by w rzeczywistości mieć władzę większą niż kiedykolwiek. Gdy już udało się to osiągnąć, droga była wolna. Owszem, miała wyboje i zakręty, wymagała poświęceń i ofiar, ale tam, gdzie biegła prosto, życie potrafiło być zaskakująco przyjemne.
– Czy życzy sobie pan jeszcze wina?
Młody kelner ukłonił się uprzejmie, trzymając w dłoniach butelkę owiniętą serwetą, której róg wyraźnie drżał. Mężczyzna zmierzył go surowym spojrzeniem.
– Lepiej to odłóż – odparł. – Wino jest starsze niż ty. Zapewne również o wiele cenniejsze.
Kelner pobladł lekko, ale przywołał na twarz skrępowany uśmiech, wykonał polecenie i odszedł. Jego miejsce niemal od razu zajęła kobieta w długiej sukni koktajlowej o barwie miodu, przetykanej złotą nicią. Jej kreacja, kupiona specjalnie na ten wieczór, prawdopodobnie także była więcej warta od życia kelnera, ale przynajmniej robiła dobre wrażenie. Kolor stylowo podkreślał odcień skóry, opalonej po niedawnym rejsie po Karaibach, podobnie zresztą jak komplet biżuterii, zaprojektowany przez paryskiego złotnika specjalnie dla tej kobiety.
– Zdaje się, że kogoś wystraszyłeś, Zeusie – stwierdziła, przysiadając na oparciu chesterfielda obitego naturalną skórą o barwie czekolady.
– To jego problem. Swoją drogą, wiesz, kto to jest? Pierwszy raz go widzę.
Kobieta odszukała wzrokiem młodego kelnera i przyjrzała mu się uważniej.
– Ja też – odparła, upijając łyk szampana ze swojego kieliszka. – Widać zatrudnili kogoś nowego. Całkiem... przyjemny dla oka wybór.
– Mamy pod dostatkiem takich, na których można patrzeć z przyjemnością. On ma swoje zadanie, ale jeśli tak drżą mu ręce, nie powinien podawać czegokolwiek. – Z tymi słowy mężczyzna zakręcił kieliszkiem. – Tak znakomitego wina byłoby mi żal.
– Zdaje się, że nigdy nie piłeś innego wina niż znakomite.
– Istotnie, Dionizos by do tego nie dopuścił. Chociaż może, w dawnych czasach...
– Aż chciałoby się powiedzieć „w dawnych i dobrych".
Mężczyzna prychnął.
– Dobrych? Hero, moja droga, nie istnieje rzecz, która przekonałaby mnie do powrotu do tamtych parszywych, pogańskich czasów.
Pogładził ją po dłoni.
– To teraz jesteśmy naprawdę wielcy – dodał. – Czy jest tu cokolwiek, co chciałabyś oddać?
Kobieta powiodła wzrokiem po przytulnej sali – a on razem z nią. Pod ścianami stały eleganckie meble w stylu kolonialnym, a ściany zdobiły zielone draperie. Okrągłe stoliki uginały się od wykwintnych przekąsek, które miały być nie tylko smaczne, ale i wyjątkowo podane. Otaczali ich roześmiani goście, zaledwie dwadzieścia wiernych osób, które znali od wieków niepojętych dla śmiertelników. Wreszcie Zeus spojrzał na żonę – tę, o którą tak długo się starał, której nie potrafił być wierny... ale od której jakoś nie potrafił odejść. Kochał ją za to rozpieszczać. Choć przez lata testowała jego cierpliwość, a jej apetyt jedynie rósł, niestrudzenie spełniał wszystkie żądania. Nie zawsze było to proste, ale oboje czuli, że odkąd powrócili w majestacie, po przysiędze złożonej najciemniejszą nocą na odludnych wzgórzach, wszystko było inaczej. Lepiej. Łatwiej. Czasem... może nawet za łatwo?
CZYTASZ
Hiacynt || JUŻ W KSIĘGARNIACH
RomanceTrzech mężczyzn. Dwa uczucia. Jedno fatum. W świecie, w którym nieśmiertelni rządzą korporacjami, a śmiertelnicy są jedynie paliwem dla ich mocy, Apollon, bóg sztuki, z dnia na dzień słabnie. Jeśli nie odzyska sił, straci nie tylko pozycję, ale i...
