31. Poradzimy sobie.

Zacznij od początku

Pamiętam doskonale, że oboje siedzieliśmy na trzepaku i wyśmiewaliśmy się z innych dzieci, rzucając w nich kolorowym ryżem. Byliśmy wręcz okrutnymi dzieciakami. Podeszła do mnie jedna z opiekunek razem z młodą kobietą o przyjemnym wyrazie twarzy i nakazała pójść razem z nimi do gabinetu. Oczywiście przeciwstawiałem się, żeby tam nie iść, bo bałem się, że ktoś chce mnie adoptować. Nie chciałem tego za cholerę, zresztą po co ktoś ma adoptować szesnastolatka, nie lepiej wybrać sobie jakiegoś noworodka. Całą tą adopcję porównywałem do wybierania sobie psa ze schroniska. Niczym tak naprawdę się nie różniła, każdy zawsze wybierał te najładniejsze i najmłodsze dzieci, tak samo jak to ze zwierzętami. Jednak ugiąłem się i poszedłem razem z nimi. Strasznie zastanawiało mnie to kim jest ta kobieta i czemu ciągle mi się przygląda, ocierając łzy. Dosłownie opadła mi szczęka, gdy opiekunka powiedziała mi, że to moja matka. Myślałem, że się ze mnie nabija i chciałem stamtąd uciec, ale kiedy ta kobieta nazwała mnie synem i zaczęła się tłumaczyć, postanowiłem zostać i ją wysłuchać. Rozmawialiśmy kilka godzin, początkowo byłem tak cholernie wściekły, a kiedy wszystko mi wytłumaczyła, czułem, że jej wybaczam. Nie miała innego wyboru. Była bardzo młoda, gdy zaszła w ciążę z jakimś nieznanym gościem na jednej z zakrapianych imprez. Jej rodzice zmusili ją do oddania mnie, za co ich nienawidziłem, bo przez nich się tu znalazłem i miałem zniszczone życie.

- Chodźmy Harry - szepcze mojej mamy siostra. Mogę zauważyć, że jej wzrok utkwił na moich rękach.

Ból w klatce piersiowej, który odczuwam wcale nie ustępuje.

- Poradzimy sobie - próbuje dodać mi trochę otuchy, jak to starsza osoba. Delikatnie wyciąga materiał spod moich palców i odkłada go na łózko.

- Wszystko teraz będzie takie inne. Muszę znaleźć pracę, nie dam rady płacić za to mieszkania, pewnie będę musiał się po prostu wyprowadzić i je sprzedać. A co z tymi wszystkimi rzeczami mamy, co ja z nimi zrobię? Czy mam je wyrzucić? - pytam łamiącym się głosem, nie wiem co mam zrobić w takiej sytuacji. Wiem, że teraz to wszystko będzie tak cholernie trudne i nie chodzi mi tu tylko o utrzymanie się.

- Wiem, że finansowo nie jest najlepiej, ale damy radę - ściska moją dłoń, a ja prawie powstrzymuję śmiech.

Damy radę? Wiążemy ledwo koniec z końcem, a ona mówi że damy radę?! Matka harowała jak wół i to za marne grosze, tylko po to by wrzucić coś do garnka i spłacić rachunki. Wydawała jak najmniej, by tylko resztę pieniędzy oddać na jakieś moje głupie zachcianki.

- Nie kłam! Dobrze wiesz, że gówno sobie damy radę - unoszę swój głos i wstaję z krzesła. Na ogół jestem opanowany i nigdy nie wybucham złością w stosunku do ciotki. Jednak ta sytuacja jest dla mnie nowa i nie radzę sobie z nią.

- Harry nie rozmawiajmy o tym tutaj, to nie jest czas i miejsce na takie rozmowy - prosi mnie.

- Nie obchodzi mnie to - warczę, a moje ciało się spina. Nigdy wcześniej się tak nie zachowywałem.

- Nie zachowuj się jak dziecko - kolejny raz mnie prosi, a jej głos jest zmęczony i przygnębiony. Wiem, że jest już tym wszystkim po prostu zmęczona.

Nie odpowiadam jej, nie wiem co mógłbym powiedzieć.

- Chodź już, proszę. Nie chcę wykorzystywać pielęgniarek – jej ostatnie słowa trochę mnie przekonały, żeby opuścić pokój.

Jednak nadal z trudem robię kroki do przodu. Nie chcę opuszczać szpitala, nadal mam tą głupią nadzieję, że to tylko głupi koszmar, z którego zaraz się wybudzę. Dostrzegam, że ciotka kieruje się w stronę drzwi, wykorzystuję ten moment i odwracam się na chwilę by spojrzeć za siebie na małe łózko. Szpitalna biało-niebieska koszula mojej matki leży na nim złożona w kostkę. Czuję jak gula w moim gardle robi się coraz cięższa. Patrzę się jeszcze przez chwile, dopóki kobieta nie otwiera drzwi. W moich oczach znów wzbierają się łzy, lecz odwracam wzrok w stronę drzwi i z trudem opuszczamy razem pomieszczenie.

Jasne światło, które świeci na korytarzu drażni moje oczy. Widzę jak starsza kobieta w niebieskim uniformie otacza ramieniem Hayley, mówiąc coś do niej. Pielęgniarka, kiedy zauważa nas, od razu rzuca mi współczujące spojrzenie. Ciocia podchodzi do nich i uprzejmie jej dziękuje. Kobieta jeszcze przez chwilę stoi i rozmawia z pielęgniarką, a ja pozostaję cicho i patrzę na zapłakaną Hay, która idzie podchodzi do mnie i przytula się, zanosząc się płaczem i ciężko oddychając. Na pewno jest bardzo zmęczona, muszę jej okazać wsparcie mimo że powinno być na odwrót, bo to nie jej mama zmarła tylko moja. Starsza kobieta o intensywnie niebieskich tęczówkach i paroma zmarszczkami pod oczami, rzuca nam ostatnie współczujące spojrzenie i odchodzi w stronę recepcji. Słyszę jak ciotka Helen lekko wzdycha i spogląda na mnie.

- Idziemy? - pyta, widzę jak bardzo jest wyczerpana.

- Taa - mamroczę i mocno zagryzam wargi by uspokoić moje emocje.

Odsuwam od siebie Ley i prowadzę w stronę wyjścia, klepiąc ciotkę delikatnie w plecy, żeby okazać wsparcie. Chcę chociaż trochę jej pomóc, bo wiem, że właśnie tego by chciała mama. Mam nadzieję, że tam po drugiej stronie jest jej lepiej i ma beztroskie życie, którego tutaj nie zaznała. Chcę wierzyć w to, że gdzieś tam, gdziekolwiek teraz jest ,jej dusza zaznała spokoju i szczęścia. Tylko to się teraz dla mnie liczy. W trójkę opuszczamy szpital i kierujemy się do starego samochodu mamy, którym przyjechaliśmy. Otwieram drzwi tylnego siedzenia i pomagam Hayley wsiąść, następnie dosiadając się do niej. Zamykam drzwiczki, które wydają z siebie głośny, piskliwy odgłos. Kiedy ciotka siada za kierownicą, powoli wypuszczam powietrze z moich rozchylonych warg. To wszystko mnie frustruje, a smutek który teraz czuję jest nie do opisania. Po chwili odjeżdżamy z tego smutnego miejsca.

Co teraz będzie? Jak my będziemy żyć? I dlaczego nie mogę dostać odpowiedzi na te pytania?

Kurwa, jestem tak cholernie zły na to wszystko. Chcę mieć chociaż raz z górki, a nie pod górkę. Dlaczego życie tak bardzo mi dokopuje?

Właśnie życie... Czym ono było? Było zwykłą dziwką i tyle.

The Victim || H. S.Przeczytaj tę opowieść za DARMO!