Part 1

296 5 3

Siedziałem, wpatrując się w pusty ekran telewizora, nie będąc pewnym, co właściwie powinienem ze sobą zrobić.

W domu panowała niemiłosierna cisza, zakłócało ją jedynie równomierne tykanie zegara w przedpokoju. Chciałem powiedzieć, cholernie denerwujące tykanie zegara w przedpokoju.
Nie wiem dlaczego mama nigdy nie zdecydowała się wyrzucić tego grata z domu. Był upiorny i przeraźliwie stary, kolokwialnie mówiąc- po prostu brzydki. Jestem pewien, że swoje palce musiała maczać w tym Gemma, najbardziej sentymentalna osoba w tym domu.

Mimo tego, że byłem sam, nie mogłem zebrać myśli. Próbowałem zająć się nauką, ale za każdym razem gdy otwierałem książkę z chęcią przeczytania choć jednego zdania, mój mózg samorzutnie się wyłączał, lub co gorsza- cofał do wydarzeń sprzed kilku godzin. To było frustrujące, a ja nie mogłem tego powstrzymać.

To nie tak, że żałowałem tego co zrobiłem, ale na pewno nie zrobiłbym tego ponownie znając konsekwencje. Teraz nie pozostało mi już nic, jedynie czekać na dalszy rozwój wydarzeń.

Te nie zapowiadały się niestety tak kolorowo.

- Harry Edward Styles! - Usłyszałem w przedpokoju głos rodzicielki i ze znużeniem wstałem, odczuwając pewnego rodzaju deja-vu.

Ile to razy właśnie tak zaczynały się nasze rozmowy? Ciężko by zliczyć.

- Możesz mi wyjaśnić co to wszystko ma znaczyć?! - Mama wparowała do pokoju, trzaskając za sobą drzwiami, by zaakcentować swój gniew. Rozbawiła mnie ta niema manifestacja, ale w obecnej sytuacji nie wypadało mi się zaśmiać. A już na pewno nie przy niej.

- Mamo, to nic takiego... - Zacząłem, jednak nie pozwoliła mi skończyć.

- Nic takiego? Nic takiego?! Harry, chcą cię wywalić ze szkoły! Zdajesz sobie sprawę co to oznacza? - Krzyknęła, wyrzucając dłonie w powietrze. Mama zwykle wyolbrzymiała pewne sprawy, jednak teraz zdawała się być śmiertelnie poważna. Nie byłem zbytnio zszokowany, dyrektor wspominał coś podobnego podczas naszej ostatniej rozmowy. Coś w stylu "Jeszcze jeden taki wybryk a wylatujesz z tej szkoły, Styles. W naszej placówce nie tolerujemy takiego zachowania". Prawdopodobnie przejąłbym się tym bardziej, gdyby nie powtarzał tego średnio raz w miesiącu. To beznadziejne, że wybrał sobie akurat taki moment, by pokazać jak wysoko stoi nade mną. Miałem o wiele więcej problemów na głowie, by móc przejmować się piskami jakiegoś podstarzałego gościa z tłuszczem wylewającym się zza spodni.
Nie zrozumcie mnie źle. Nie byłem ignorantem, zależało mi na wykształceniu, ponadto dostrzegałem swój błąd. Po prostu znajdowałem się na takim etapie mojego życia, że było mi dosłownie wszystko jedno.

Nawet teraz. Starałem się wyglądać na zmartwionego i dogłębnie poruszonego sytuacją, jednak mógłbym przysiąc, że na mojej twarzy znajduje się właśnie jeden z tych idiotycznych grymasów. Coś pomiędzy znudzeniem a pobłażliwym rozbawieniem.

- Bawi cię to? - Syknęła, stukając we mnie palcem. Czułem się zobowiązany, by zaprzeczyć. Praktycznie wymusiła we mnie taką reakcje, patrząc na mnie z błyskiem mordu w oczach. Nie znam osoby która w takiej chwili potrafiłaby jej odmówić, ja sam nie chciałem jej prowokować do dalszych wywodów. Ta kobieta czasami naprawdę potrafi być upierdliwa, niczym taki mały wrzód na tyłku, którego nijak możesz się pozbyć.

- Nie, skądże. - Rzuciłem niewinnie, nie mogąc już powstrzymywać dłużej uśmiechu. Moje wargi co rusz drgały, unosząc się niebezpiecznie w górę. Anne była typem kobiety o złotym sercu, otwartym szeroko na każdego. Metka złego gliniarza praktycznie gryzła się z jej wizerunkiem idealnej matki, dlatego gdy starała się brzmieć stanowczo i surowo, automatycznie wzbierał we mnie śmiech, bo to nie była prawdziwa ona. Nawet jeśli chciała budzić respekt, nie wychodziło jej to zbyt dobrze. Przyznajmy szczerze, ciężko jest bać się kobiety z metr sześćdziesiąt wzrostu, o wadze piórkowej. Jak już wspomniałem, Anne nie była straszna. Była tylko ciut irytująca.
- Harry, nie możesz się tak zachowywać, to nie w porządku wobec mnie, derektora, tego chłopaka...Twoi przyjaciele też na to nie zasługują. Pomyślałeś chociaż przez chwilę o innych? Nie możesz zachowywać się wiecznie...- Przestąpiłem z nogi na nogę, zawieszając wzrok na widoku zza okna. Na pewno nie można było odmówić jej gadatliwości. Miałem wrażenie, że jej kazanie ciągnie się w nieskończoność.
Chciałem udawać, że to wszystko rozumiem, i jej słowa trafiają do mnie w stu procentach, a potem w spokoju móc iść, więc potakiwałem metodycznie głową, zgadzając się z wszystkim co mówiła. W pewnym momencie po prostu się wyłączyłem. Dałem się ponieść fantazji, rozmyślając, jakby to było znaleźć się na jakimś wielkim statku i płynąć nieskończenie w dal, z dala od problemów. Całkiem sam, przez wzburzone morze...
- Harry! - Krzyknęła, załamując ręce. Minęło chwile, nim doszło do mnie, gdzie jestem i co się dzieje. Chyba trochę za daleko odpłynąłem moim statkiem. Ze zdziwieniem odnotowałem, że zacząłem się nawet delikatnie bujać. Ciekawe czy z jej perspektywy wyglądało to równie zabawnie jak z mojej. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz?!
- Daj spokój, mamo. Kiedy ostatni raz groźby pana Edwardsa się ziściły? - Spytałem retorycznie, jawnie ignorując jej zarzuty. Nie było potrzeby się nad tym roztkliwiać. I tak oboje wiedzieliśmy, że nie. Nieco zuchwale zacząłem więc kierować kroki w stronę wyjścia. To coś, tą rozmowę, trzeba było zakończyć jak najszybciej. Musiałem się stąd jakoś wydostać, inaczej zrobię coś sobie lub jej. - Sama widzisz. Ten prostak powie wszystko, by przypodobać się nauczycielom. Inaczej straci szacunek wśród rady, a takim idiotom jak on zależy tylko i wyłącznie na poparciu wśród innych. - Kontynuowałem, widząc jej niepewną minę. W między czasie przemierzyłem już połowę salonu, a od upragnionej wolności w postaci drzwi dzielił mnie niecały metr. - Będę się zbierał mamo. Mam dużo lekcji do odrobienia. - Rzuciłem zwięźle, niemalże czując posmak zwycięstwa na ustach. Oparłem plecy o framugę drzwi, czując jak powoli odpływa ze mnie cały ciężar. Mama nadal stała skołowana na środku salonu, a to w jakiś irracjonalny sposób nie pozwalało mi opuścić tego cholernego pokoju. Wyglądała, jakby nadal przetwarzała moje słowa. Widziałem w jej oczach wahanie. Mogła to ciągnąć dalej, lub po prostu mi odpuścić. To drugie wiązało się z tym, że musiała mi zaufać i pozwolić załatwić to wszystko po swojemu. Znałem ją zbyt dobrze, by wiedzieć, że to już koniec. Na pewno będzie nawiązywać do tego tematu jeszcze pierdyriald razy dziennie, przez następny miesiąc, jak nie dłużej. Miałem po prostu nadzieje, że na dziś da sobie spokój i każde z nas zajmie się sobą. Patrząc w jej zmęczone oczy, zaczynałem nabierać pewności, że zaraz mnie stąd odprawi.
Myśl, że już za chwilę będę mógł iść do siebie i odtańczyć taniec triumfu na łóżku w swoim pokoju była chyba jedyną przyjemną rzeczą, jaka mnie dziś spotkała.
- Jesteś zawieszony w prawach ucznia Harry, więc cały ten, jak i przyszły tydzień spędzisz w domu. - Westchnęła, rozmasowując sobie skronie. Milczałem, wpatrując się w drewniane panele w pokoju. Kiedy ostatni raz ktoś tu w ogóle mył podłogę?
- Mogę już iść? - Spytałem w końcu, starając się tamować zniecierpliwienie w moim głosie. Wszystko to, co mówiła było dla mnie jasne i oczywiste. Nie musi mi tłumaczyć najprostszych spraw, nie jestem imbecylem. Miałem wrażenie, że tylko celowo przedłuża tą rozmowę. Zawieszenie w takiej sytuacji to rutyna, nawet nie wiem na co ona liczyła. Chyba nie na to, że się tym w ogóle przejmę.

Learn to LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!