Elektroniczny zegarek w samochodzie wskazał godzinę trzecią w nocy. Chłodny wiatr otulił twarz chłopaka, zaraz po tym, jak wysiadł z wnętrza pojazdu. Nienawidził zimna, chociaż właśnie takie miał uczucia. Każdego innego dnia, byłby obojętny na cały otaczający go świat, ale nie wtedy. Po raz drugi w całym swoim dwudziestopięcioletnim życiu miał ochotę usiąść na najbliższym krawężniku i rozpłakać się, niczym małe dziecko, pozbawione zabawki. Nie mógł poradzić sobie z kolejną stratą. To było jak zderzenie ze ścianą. Nawet nie zdążył się pożegnać. Stało się, i tyle. Wiedział, że nie powinien przeżywać, a zamiast tego dalej zajmować się własnym życiem. Ale czy ono nadal miało sens? Bez przyjaciół? Rodziny? Stracił cząstkę siebie, którą ulokował w drugim człowieku. I chociaż łączyła ich zaledwie przyjaźń, ból był nie do zniesienia. Chłopak miał ochotę krzyczeć w głuchą przestrzeń, by pozbyć się tych cholernych wspomnień, które jak nigdy, uderzyły w niego niczym meteoryt.

Palcami przeczesał swoje i tak rozczochrane włosy w odcieniu miodu. Dłonie trzęsły mu się tak bardzo, że z trudem wcisnął kluczki do zamka, a potem schował je głęboko w kieszeni zdartych dżinsów. Rzucił przelotne spojrzenie w odbicie szyby, które przedstawiało go w całej okazałości. Kosmyki włosów odstawały na każdą możliwą stronę, brązowe tęczówki straciły dawny blask i stały się nijakie, usta wygięte były w grymasie smutku, a wokół oczu widniały sińce, świadczące o nieprzespanej nocy i zmęczeniu. Spodnie zwisały mu z tyłka, bowiem z reguły zapominał o istnieniu czegoś takiego jak pasek. Materiał białej koszulki w serek wystawał spod czarnej, skórzanej kurtki. Wystraszył się samego siebie. Nie potrafił odnaleźć w swoim obecnym wyglądzie, dawnego chłopaka, którym był, chociażby dzień wcześniej.

Potrząsnął głową. Nie miał czasu, ani ochoty na refleksje. Szurając ciężkimi butami po asfalcie, ruszył w kierunku wysokiego budynku, znajdującego się tuż przed nim. Z przyzwyczajenia wystukał na domofonie odpowiedni numer i zadzwonił, znalazłszy się pod klatką. Chyba wciąż tkwiła w nim naiwna nadzieja, że to tylko zły sen. Dopiero po kilku, długich sygnałach, zrozumiał, że tak naprawdę, nikt mu nie otworzy. Wciągnął lodowate powietrze do płuc, wpisał ciąg cyfr, stanowiący kod i pociągnął za klamkę. Znalazł się na drugim piętrze w ciągu niecałej minuty, przeskakując schody, co dwa stopnie.

Zatrzymał się pod drzwiami z numerem 7 i otworzył je, za pomocną zapasowych kluczy. Wszedł niepewnie, rozglądając się uważnie na bok. Nic się nie zmieniło. Każdy przedmiot czy mebel stał na swoim dawnym miejscu. Brakowało tylko jednej osoby. Bez niego to mieszkanie wydawało się puste, nawet, jeśli Justin wypełniłby je najdroższymi wynalazkami technologii. Wokół panowała taka cisza, że szatyn doskonale słyszał swój oddech i spokojnie bijące serce. Przechadzając się po poszczególnych pokojach, czuł się, jakby zwiedzał je na nowo. Jakby nigdy wcześniej jego noga tu nie postała, choć w rzeczywistości spędzał tu większość swojego czasu, przez ostatnie trzy lata. Wszystko wyglądało na zostawione w pośpiechu i Justin miał wrażenie, że za chwilę ujrzy w drzwiach znajomą i utęsknioną sylwetkę.

Usiadł na skraju łóżka, chowając zmęczoną twarz w dłoniach. Miał dość. A na nadmiar złego wspomnienia wczorajszego wieczoru, zaatakowały jego umysł.


Okręcał w dłoniach szklankę, podziwiając jak złoty trunek obijał się o jej boki. Był po prostu znudzony. Potrzebował chwili dla samego siebie. Pragnął odetchnąć po kolejnym ciężkim dniu, w ciągu, którego musiał oglądać tyle cierpienia. Coraz częściej zastanawiał się, dlaczego wybrał właśnie taki los. Powątpiewał, ale zaraz po tym uświadamiał sobie, że Bóg musiał mieć dla niego jakiś specjalny plan.

Westchnąwszy, upił łyk trunku i uśmiechnął się, rozkoszując się jego smakiem w przełyku. Przymknął oczy, jednak błoga nicość nie potrwała zbyt długo, bowiem w pomieszczeniu rozniósł się irytujący dźwięk. Szybko poderwał się z miejsca, szukając zgubionego telefonu. Odnalazłszy go, przelotnie spojrzał na ekran, a widząc, kto próbuje się z nim skontaktować, odebrał bez wahania.

Opiekun | J.BPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!