-Jesteście całkiem przemoknięci - jeknęła Melody, gdy ja, pani babcia druga i Wellington przekroczyliśmy próg domu.
Cóż, wydawało mi się, że skoro wiem już, którędy mam jechać, obędzie się bez większych problemów. Niestety, 10 kilometrów później Wellington KONIECZNIE musiał załatwić swoje potrzeby i byłem zmuszony do zatrzymania się gdzieś przy drodze. Teoretycznie, to nie powinno być dla mnie nic tragicznego, bo przecież to nie ja musiałem wysiąść na deszcz, żeby go pilnować. Jednak to ja musiałem szukać go w krzakach, kiedy zdecydował się na małą, niekontrolowaną przechadzkę, czytaj - ucieczkę.
Melody stanęła na palcach i wyjęła z moich włosów kawałek liścia.
-Jak się czujesz, babciu? - przeniosła swoje spojrzenie na kobietę. Ona tylko wzruszyła ramionami.
-Mogłoby być lepiej, kochana. Gdzie inni?
-Tata razem z babcią są w kuchni, a Michael i Jake na górze.
Posłała wnuczce spojrzenie dodające otuchy i oznajmiła, że uda się do kuchni.
Melly popatrzyła za nią, aż w końcu odwróciła się do mnie. Po jej twarzy przemknął cień uśmiechu.
-Co się działo podczas waszej wycieczki krajoznawczej? - mogłem wyczuć nutę rozbawiebia w jej głosie.
-Więc, najpierw kot dostał ataku paniki, potem wypychaliśmy samochód z rowu, zgubiliśmy drogę, poznałem Morticię Addams, Wellingtonowi zachciało się siku i uciekł w krzaki, więc musiałem go wyciągać.
Uniosła brwi, a ja próbowałem się na zasmiać.
-Z jakiego rowu? Morticia Addams? Czy wy coś braliście?
Pochyliłem się do niej i tuż nad jej uchem wyszeptałem:
-Ty jesteś moim jedynym narkotykiem.
W tym samym momencie drzwi się otworzyły i do środka wszedł Michael.
-O, Niall. Już jesteście. Co tak długo wam zeszło? - spytał.
Melody i ja wymieniliśmy spojrzenia i parsknąłem śmiechem.
-Co jest? Mam coś na twarzy? - patrzył na nas zdezorientowany.
-Babcia jest w kuchni, powinieneś pójść się z nią przywitać - odpowiedziała, pomijając jego wcześniejsze pytanie.
-Dooobra? - wzruszył ramionami i wyszedł.
Melody odwróciła się do mnie.
-A ty powinieneś się umyć i przebrać, zanim do nich dołączymy. Masz liście w kapturze i pachniesz mokrym kotem.
Wzruszyłem ramionami.
-Być może.
Splotła nasze palce i wyszliśmy z przedpokoju.
-Pamiętasz, kiedy rozmawialiśmy, że chciałabyś  mieć zwierzątko domowe? - zagadnąłem, kiedy wchodziliśmy do pokoju, który zajmowaliśmy podczas pobytu tutaj.
Skinęła głową.
-NIGDY nie zgodzę się na kota.
W odpowiedzi zostałem popchnięty na ścianę, a moje usta zostały zamknięte pocałunkiem.
                                ***
Już za drzwiami słyszeliśmy toczącą się w kuchni rozmowę. Niepewnie spojrzałem na Melody.
-Może powinienem was zostawić samych?
Ale ona pokręciła głową.
-Nie mamy nic do ukrycia. A poza tym, twoja obecność tam będzie mi potrzebna.
Wzruszyłem ramionami.
Weszliśmy do pomieszczenia, przy stole siedzieli wszyscy.
-Jesteśmy - poinformowała Mels.
-W końcu, co tak długo? - Michael wywrócił oczami.
Przygryzłem wargę.
Cóż, zdążyłem wziąć prysznic i...może coś jeszcze. Taaa.
-Nie sądzę, by wiele nas ominęło - odparła.
Usiedliśmy przy długim, drewnianym stole.
-Skończyliśmy na tym, że trzeba powiadomić wszystkich o dacie pogrzebu - wyjaśnił John.
-W porządku, mogę się tym zająć jutro, Niall mi pomoże - odpowiedziała Melody, spoglądając na mnie, jakby pytając o zgodę.
Pokiwałem twierdząco głową.
-Oczywiście.
-Miejsce w restauracji jest już załatwione, trzeba tylko doprecyzować ilość osób - ciągnął John.
Westchnął, chowając twarz w dłoniach.
-Nie wiem, jak ja sobie bez niej poradzę.
Tym razem to pani babcia westchnęła.
-Nie było jej z nami już od dawna - położyła my dłoń na ramieniu - zdążyliśmy się do tego przyzwyczaić. Teraz musimy zapewnić jej godny wieczny spoczynek.
Może to co powiedziała było okrutne, ale wydaje mi się, że mało co w tej rodzinie, jest tak, jak w każdej przeciętnej rodzinie, więc nie powinno się oceniać ich podejścia do śmierci Mary Morgan.
-Babcia ma rację - wymamrotał niepewnie Michael.
-Sama już nie wiem, co mam myśleć - odburknęła Melody.
-Cóż, chyba nie pozostaje nam nic innego, jak pogodzić się z tym, co się stało - wtrąciła druga bacia, właścicielka piekielnego kota, głosem,oczywiście, przepełnionym poczuciem wyższości.
-Po raz pierwszys się z tobą zgadzam, moja droga - poparła ją pierwsza babcia.
Zapadła ciężka cisza.
-Może zrobię jeszcze herbaty? - zaproponowała Melody.
Wszyscy uznali to za dobry pomysł, więc dziewczyna poprosiła mnie, żebym jej towarzyszył i potem pomogł przynieść tutaj filiżanki z herbatą, przeszliśmy do kuchni.
Wyciągnęła z szafki opakowanie z herbatą i nastawiła wodę.
-W tej nawyższej szafce są filiżanki, sięgniesz po nie? - spytała, nawet na mnie nie patrząc. Jej wzrok był utkwiony w czymś za oknem a wyraz twarzy nieodgadniony.
Wykonałem jej prośbę, wyciągając siedem filiżanek z szafki i ustawiając je na blacie kuchennym.
-O czym myślisz? - zagadnąłem.
Po chwili milczenia, odparła:
-O przyszłości.
Rzuciła mi przelotne spojrzenie, a ja uniosłem brwi.
-O naszej przyszłości - doprecyzowała - wszystko jest takie kruche, Niall. Boję się. Boję się, że sobie nie poradzimy.
Westchnąłem.
To nie tak, że ja nigdy się nad tym nie zastanawiałem, że nie dręczyło mnie czasami poczucie, że możemy nie dać aobie rady. Ale potem patrzyłem na nią i to dawało mi pewnego rodzaju nadzieję, że wszystko może być dobrze.
-Daj spokój, chyba nie będziesz się tym zamartwiać. Prawda?
Wzruszyła ramionami.
-Tak tylko nasunęło mi się to na myśł. Nic ważnego, zapomnij.
Po raz kolejny westchnąłem.
Podszedłem do niej i złapałem jej dłonie w swoje.
-Nie. Właśnie, że ważne.
Przygryzła wargę.
-Po prostu, kiedy patrzę na mojego ojca, na to, w jakim jest stanie, ja...boję się, że...kiedyś mnie zostawisz, że odejdziesz i będę sama - w jej oczach zabłyszczały łzy.
-Hej, nie mów tak. Nigdy cię nie zostawię.
Objąłem jej twarz dłońmi i wytarłem jedną z łez, która znaczyła mokry ślad na policzku.
Teraz wiedziałem, że tylko Mels stara się być silna, dla rodziny. A tak naprawdę, to wszystko ją rozbija. Mimo wszystko, cała ta sytuacja, dała mi pewność, że ona nie ukrywa przede mną swoich słabości i chce, żebym akceptował ją taką, jaka jest. I to jest właśnie to, co zamierzam robić.
-Obiecujesz?
W jej spojrzeniu wyraźnie widoczna była desperacja, potrzeba pewności, zapewnienia.
-Obiecuję.
                                                                                           ***
Siedzieliśmy tu już przez jakieś pół godziny. Babcie wspominały historie z dzieciństwa swoich wnuków, sprawiając, że ich policzki co chwilę pokrywały się rumieńcem. Skończyły właśnie z opowieściami z ich wczesnych lat i obecnie relacjonowały ucieczkę z domu w wykonaniu Michaela.
-Wszyacy cię szukaliśmy - opowiadały - byliśmy dosłownie wszędzie i jednego wieczoru, kiedy nikt nie miał już pomysłów, gdzie możesz być, tak po prostu wróciłeś. I nie byłeś sam - spojrzenia wszystkich skierowały się na Jake'a.
-Naprawdę się cieszę, że jesteście szczęśliwi - kobieta zatrzymała swoje spojrzenie na mnie i Melody - to samo tyczy się was. I jeśli kiedykolwiek sprawisz, że moja wnuczka będzie ciepieć - wskazała na mnie palcem - przysięgam, że ja i Mason cię znajdziemy - szczeniak siedzący przy nogach właścicielki zaszczekał, słysząc swoje imię. Wszyscy zaśmiali się łagodnie.

Okej, jest. Udało mi się w końcu napisać ten rozdział, chociać nie powiem, było ciężko. Zwłasza, że kiedy miałam już prawie całośc, coś się popsuło i połowa się nie zapisała, więc musiałam pisać od nowa. Nie wiedziałam, kiedy dodam, ale jednocześnie źle się czuła, będąc z tym tak spóźniona. Mam nadzieję, że mimo wszystko jest znośny i poświęcicie chwilę, by zostawić komentarz xx

                          

forever together // horan ✔Przeczytaj tę opowieść za DARMO!