[24] Chapter Twenty-Fourth (First Season)

2.3K 168 8

Siedziała na parapecie i wpatrywała się uważnie w samochody, jeżdżące w tę i z powrotem. W Manhattanie najbardziej podobało jej się to, że one nigdy nie znikały z ulic. Uwielbiała patrzeć na nie, kiedy była zdenerwowana, smutna, wesoła, szczęśliwa czy po prostu czuła pustkę w sobie - tak, jak teraz. Już nic nie wiedziała. Czy powinna kontynuować tę całą szopkę, zrezygnować, a może po prostu położyć się, usnąć i już nigdy więcej się nie obudzić? Chociaż to ostatnie rozwiązanie zdecydowanie nie było w jej stylu. Przecież ona się nie poddawała.

Wiedziała jedno. Jeżeli osobiście nie zabije Malika, to nigdy nie uzyska pewności, że mężczyzna nie zaczerpnie a nie jednego oddechu więcej. Nie może w tej sprawie ufać nikomu, a już szczególnie policji. Po ostatnich wydarzeniach upewniła się w tym przekonaniu i stała się jednocześnie jeszcze bardziej zdeterminowana w tym, aby dotrzeć do postawionego sobie wcześniej celu.

Z cichym westchnieniem zeszła z parapetu i wolnym krokiem udała się do przedpokoju, gdzie zaświeciła światło i zaczęła ubierać czarne trampki. Doskonale zdawała sobie sprawę z tego, że powinna odpoczywać, dopóki ma jeszcze ku temu jakiekolwiek możliwości, ale wiedziała również, że na pewno nie uda jej się chociażby zmrużyć oka. Była za bardzo pobudzona, a księżyc w pełni również nie ułatwiał kobiecie zaśnięcia. Zarzuciła na ramiona skórzaną kurtkę i nie wkładając rąk do rękawów, wyszła z mieszkania, od razu zamykając za sobą wejście. Zbiegła po schodach, nie zwracając uwagi na to, że robi dość spory hałas jak na późną godzinę. Jej jedynym celem w tamtym momencie było świeże powietrze. Może ono zdoła odciągnąć myśli brązowowłosej od wszystkiego, o czym za wszelką cenę chciała przestać rozmyślać.

Kiedy wyszła z klatki schodowej, ciało Cass od razu zostało owiane przez chłodny, nieprzyjemny wiatr. Skrzyżowała ręce na klatce piersiowej, rozglądając się dookoła. Grupka zupełnie pijanych ludzi szła chwiejnym krokiem, chodnikiem naprzeciwko, śmiejąc się głośno z tylko sobie znanego powodu. Szatynka przechyliła głowę, nie przestając uważnie im się przyglądać. Dwie dziewczyny, ubrane w skąpe sukienki, które niebezpiecznie podwijały im się z każdym kolejnym krokiem oraz pięciu chłopaków, wręcz pożerających je wzrokiem. Doskonale wiedziała, gdzie chce teraz pójść. Nocny klub był zdecydowanie najlepszym miejscem, do którego mogła się udać, żeby chociaż na chwilę przestać myśleć.

Natychmiast ruszyła przed siebie, kierując swoje kroki do północnej części Manhattanu. Coraz mocniej wiejący wiatr rozwiewał jej włosy, przez co musiała co chwilę odgarniać je z oczu, żeby nie potknąć się o coś. Nie miała zbyt długiej drogi do pokonania, wiec postanowiła przejść ją na piechotę. To prawda - wręcz kochała jeździć samochodami, ale w chwilach takich jak ta raczej stawiała na spacery. Nie chciała spowodować jakiegoś poważnego wypadku, albo w najlepszym przypadku, stłuczki.

Zatrzymała się przed szklanym wejściem nad którym wisiał wielki, świecący neonowymi kolorami napis, układający się w słowo „Dominicana". Nie zważając na długą kolejkę osób oczekujących na swoją kolej, uśmiechnęła się do jednego z ochroniarzy i ku oburzeniu tłumu, weszła bez problemu do środka. Była dość częstym gościem w tym klubie. Zawsze z chłopakami oblewali wszystkie sukcesy właśnie tutaj.

Wewnątrz od razu przywitały ją błyski kolorowych świateł, przecinające ciemność, która panowała dookoła. Lasery oświetlały zarówno tych tańczących na parkiecie, jak i zajmujących miejsce przy stołach. Najbardziej lubiła to miejsce za to, że w pomieszczeniach nie unosił się smród papierosów, pomieszany z potem i alkoholem. Klimatyzacja działa bez zarzutów, dzięki czemu można było zaciągnąć się powietrzem bez obawy o to, że za chwilę poczuje się silne mdłości i chęć zwrócenia całej treści żołądkowej.

The Queen Wears Black | Zayn Malik FanFictionPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!