Włożyłem torbę starszej pani do bagażnika i niepewnie zająłem siedzenie kierowcy. Obawiam się tej podróży. A co jeśli ten piekielny kot nagle wyskoczy z torby i wydrapie mi oczy? No co, nie śmiejcie się ze mnie.
Uruchomiłem samochód i wyjechałem z parkingu.
-Więc, od jak dawna jesteś z moją wnuczką? - spytała podejrzliwie.
Na kolanach trzymała swoje zwierzę, głaszcząc je po tej złowrogiej głowie.
Odchrząknąłem.
-Cóż, znamy się jakieś półtora roku. A jesteśmy razem od... - tutaj się zawahałem, bo nie wiedziałem, od kiedy mam liczyć.
Wtedy, gdy zobaczyłem ją po raz pierwszy, już wiedziałem, że ta dziewczyna nie będzie mi obojętna. Możecie uznać mnie za wariata, ale to było niczym...przebłysk. Próbowałem jakoś zdusić to w sobie, bo twierdziłem, że nie wyjdzie z tego nic dobrego.
Ale potem ona przyszła do mojego pokoju, żeby znakeźć ten kolczyk i ja naprawdę nie mogłem się powtrzymać. A dalej wszystko samo się jakoś potoczyło.
-Od roku, jeśli się nie mylę - zdecydowałem, że wezmę pod uwagę ten dzień, w którym zobaczyliśmy się na ulicy. Ona stała pomiędzy ludźmi, z włosami potarganymi przez wiatr i rozmazanym makijażem. Wtedy ostatecznie uświadomiłem sobie, że jestem beznadziejnie, nieodwracalnie zakochany w niej. Niespodziewanie kot przeraźliwie miałknął i skoczył przed siebie, lądując na mnie. Z zaskoczenia straciłem panowanie nad kierownicą i samochód zjechał na sąsiedni pas ruchu, ku mojemu przerażeniu, prostu na spotkanie wielkiemu tirowi. Usłyszeliśmy głośne trąbienie, a moje życie przeleciało mi przed oczami. W ostatnim momencie udało mi się wykonać manewr pomiędzy autami i ostatecznie skończyliśmy w rowie. Moje palce wciąz były kurczowo zaciśnięte na kierownicy.
-O mój Boże - wykrzyknęła kobieta.
Ja pierdole.
Wysiadłem z samochodu i oparłem się plecami o drzwi.
Kurwa, mogliśmy zginąć. Przez pieprzonego kota.
Zimny wiatr chłodził moją skórę.
Wziąłem uspokajający oddech i wróciłem do auta.
Spojrzałem na starszą panią.
-Wszystko jest z panią dobrze?
-Tak. Tak, wszystko dobrze - odparła, pocierając twarz dłońmi - Wellington nigdy czegoś takiego nie robił, coś musiało go zdenerwować - dodała, powoli odzyskując ten irytujący ton głosu.
-Taaa, oczywiście - westchnąłem.
W kieszeni mojej bluzy zadzwonił telefon. Wyciągnąłem go i spojrzałem na wyświetlacz. Melody.
-Hej słońce - odebrałem, siląc się na spokojny i szczęśliwy ton. Jeśli chcecie znać moje zdanie, toraczej słabo mi to wyszło.
-Hej Niall. Jak babcia? Jedziecie już? - w jej głosie wyczułem troskę.
-Um, tak jesteśmy w drodze - zaśmiałem się nerwowo.
Oczyma wyobraźni widziałem jak marszczy brwi na moje zachowanie.
-Wszysto w porządku? - spytała podejrzliwie.
Rozejrzałem się dookoła. Tkwimy w rowie przy drodze, przed chwilą uniknęliśmy poważnego wypadu, a ja nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten kot spogląda na mnie złowrogo.
-Oczywiście kochanie, w jak najlepszym.

                                                                                         ***
-Zgubiliśmy się - powtórzyła kobieta po raz setny.
Naprawdę byłoby mi prościej bez jej bezustannego ględzenia.
Ale miała rację. Zgubiliśmy się. To niemożliwe, przecież już raz jechałem tą drogą, jakieś trzy godziny temu.
-Spokojnie, na pewno jesteśmy gdzieś w okolicy i lada moment będziemy na miejscu - wymamrotałem, powstrzymując się, żeby nie nadać mojemu głosowi niegrzecznego tonu.
Najlepsze jest to, że zaczęło padać i praktycznie nie mogę widzieć przez ten deszcz.
-Nie uważasz, że powinieneś zapytać kogoś o drogę?
Zacisnąłem zęby i wziąłem głęboki oddech, w głowie licząc od dziesięcu w dół.
-A czy widzi tu pani kogoś, kogo mógłbym o to zapytać?
Byłem już serio poirytowany, bo od dwudziestu minut kręciliśmy się w tym samym miejscu, a ona wcale nie pomagała. Wcale.
To było jakieś cholerne pustkowie, zero znaków, droga nie była oświetlona.
Mój telefon zadzwonił po raz kolejny. Kobieta, widząc, że mam zamiar odebrać, wtrąciła:
-Nie powinieneś rozmawiać przez telefon podczas jazdy samochodem.
Kompletnie ją ignorując, odebrałem.
-Możesz mi powiedzieć, gdzie do cholery jesteście? - Melody była teraz już naprawdę zdenerowana.
Kiedy zadzwoniła pół godziny temu, powiedziałem, że na ulicach są korki i będziemy odrobinę później. Najwyraźniej "odrobinę później" według niej minęło.
Nie potrafiłem się przyznać, że się zgubiłem i potrzebuję pomocy.
-Uh, nie martw się, wszystko okay.
-Niall, powinniście być tutaj godzinę temu. Co się dzieje? - zignorowała moje zapewnienie.
-Trochę pomyliłem drogę, ale jestem pewiem, że jedziemy już w dobrym kierunku - usłyszałem sarkastyczne mruknięcie dochodzące z siedzenia obok.
Tak naprawdę nie miałem pojęcia gdzie jesteśmy i w jakim kierunku jedziemy. Za dnia to wszystko wyglądało inaczej, a w dodatku ten deszcz.
-Niall! Zgubiliście się!
Westchnąłem.
-Dobrze, zgubiliśmy się. Ale nie martw się, dam radę - ostatnią rzeczą jakiej w tej chwili chciałem, to żeby ona była zmartwiona przez to.
-Nie wiesz gdzie jesteś, jak niby... - nagle moja towarzyszka poklepała mnie po ramieniu.
-Popatrz, tam jest jakiś zajazd. Możemy zapytać o drogę - pokazała dłonią na znak, który wskazywał miejsce, w którym trzeba było zjechać z drogi, żeby dostać się do budynku. Z daleka było widać neonowy szyld, który głosił "Motel". Tyle że "t" już nie świeciło.
-Wszystko jest pod kontrolą, nie denerwuj się. Kocham cię - powiedziałem do słuchawki i rozłączyłem się, zanim Melody zdążyła zaprotestować.
Cóż, absolutnie uważam, że to nie jest dobry pomysł, bo czy to nie tak wygląda w tych tanich horrorach? Bohaterowie zgubili drogę na pustkowiu, na zewnątrz trwa burza, a oni mają zamiar zatrzymać się w jakimś starym motelu. Nie zmienia to faktu, że aktualnie nie mam żadnego lepszego pomysłu.
Zjechałem z drogi i chwilę później staliśmy na małym, prowizorycznym parkingu, który tak naprawdę był po prostu kawałkiem ogrodzonej ziemi.
-To jak, idziemy razem? - spytałem.
-Jesteś dużym chłopcem, chyba poradzisz sobie sam? - zakpiła.
Postanowiłem, że lepiej będzie, jeśli już pójdę, bo jeszcze chwila i szlag mnie trafi.
Założyłem na głowę kaptur bluzy i wysiadłem z auta.
Biegiem pokonałem dystans dzielący mnie od wejścia, dookoła panowała cisza, przerywana jedynie dźwiękiem moich vansów ślizgających się na rozmokłej ziemi. Tak dokładniej, błocie.
Pchnąłem drzwi i wszedłem, rozglądając się dookoła.
Ściany były pokryte bordową farbą, a wystrój przetrwał chyba pierwszą wojnę. W pomieszczeniu panował zaduch, w powietrzu unosiły się drobinki kurzu. Za wysoką ladą stała wysoka i szczupła kobieta, wyglądała jak Morticia Addams.*
-Witaj młody człowieku - jej głos był pełen zaskoczenia - w czym mogę pomóc?
Wtedy zza kotary wyszedł niski, siwowłosy mężczyzna. Był zgarbiony, a na twarzy miał uśmiech szaleńca.
To jakiś żart, prawda?
-Właściwie, to chciałem spytać o drogę - wymamrotałem.
Skinęła głową, dając znać, że słucha.
-Jak stąd dostać się na autostradę?
Kiedy udzieliła mi wskazówek, podziękowałem i chciałem jak najszybciej się ulotnić.
-Może jednak zostaniesz? Tak dawno nie mieliśmy tu gości - zaproponował starszy pan.
Szybko odmówiłem i żegnając się, wyszedłem.

Hejka! Dzisiaj tak wcześnie, lol. Mam nadzieję, że się Wam podoba i przepraszam, jeśli ten rozdział nie jest zbyt wiarygodny, ale chciałam, żeby wyglądał właśnie w ten sposób. Chciałabym prosić, żebyście zostawili komentarze/głosy i jednocześnie podziękować za wszystkie, które zostawiliście tu do tej pory xx
*Gdyby ktoś nie wiedział. Morticia Addams - bohaterka filmów/seriali/komiksów z udziałem rodziny Addamsów. Ja osobiście uwielbiam filmy i jeśli nie oglądaliście, polecam xd

forever together // horan ✔Przeczytaj tę opowieść za DARMO!