Untitled Part 12

172 7 3

12

Rodzina.

Dobrze wychodzi się z nią tylko na zdjęciach.


Obudziłam się w sobotni poranek, oszołomiona wszystkim co wczoraj nastąpiło. Odetchnęłam z ulgą, że jednak dotrzymał po części obietnicy. Leżałam rozmarzona, wyciągnęłam ręce i rozkoszowałam się dotykiem pościeli na nagim ciele. Miałam wczoraj trzy orgazmy i żaden nie były moja zasługą. Nie byłam nadal pewna czy to dobry pomysł, że zaczęłam romans z moim szefem. Ale powiedźcie same, czy nie żyje się tylko raz. Kim byłam, że odmawiać sobie przyjemności. Chciałam zaznać tej namiętności choć na chwilę. Na zamartwianie przyjdzie później jeszcze czas. Poza tym jego zachowanie zaskoczyło mnie bardzo pozytywnie. Uśmiechnęłam się szeroko. Wczorajszy wieczór skończył się cudownie. Nawet niestraszne były mi dzisiejsze zakupy i spotkanie z wiecznie oceniającą mnie matką.

Postanowiłam wstawać, było już wprawdzie po dziewiątej. Z wygody postanowiłam na mikołajkowe zakupy pójść do Galerii Kazimierz. Z podgórza jest tam dosłownie tylko kilka kroków. Przesadzam, ale to około 7 minut na nóżkach. Taki poranny trening.


Szybko wstałam, unikając mojej podświadomości, która szeptała mi, żeby jeszcze poleżeć w cieplutkim łóżku. Zjadłam porządne śniadanie, pieczony bekon, dwa sadzone jajka, pieczoną pieczarkę z bułeczką. Po tych delicjach, ubrałam się w czarne spodnie i długi sweter oraz na płaskim obcasie kozaki. Zarzuciłam sportową kurtkę i ruszyłam. Pogoda dziś była zastanawiająco słoneczna. Po kilku krokach odpięłam kurtkę, a na moście ją zdjęłam. Kto by pomyślał, że 6 grudnia, może panować taki upał. Niedawno mróz i wiatr, teraz upał jak w ciepłą jesień. W policzki uderzał mnie cieplutki wiaterek. Halny lubi namieszać w krakowskim powietrzu. Podobno tak zatrutym, że nie powinno się wdychać go bez maseczki.


No nic, jestem może nienormalna, ale kocham miasto, jego paskudny duszny zapach. Świeże powietrze na wsi czy w lesie, raczej mi szkodzi. Jestem miejską istotą. Kocham szpilki, sukieneczki, to że wszędzie są betonowe chodniki, ludzie, samochody i sklepy. Nie ma błota, brudu, krów i owiec.


Wiem pewnie myślisz, że jestem zarozumiałą mieszczką. Ale ja nie neguję wsi, może i tam jest ładnie, jeśli ktoś lubi łąki, lasy i spacery. Mieszkają tam wspaniali, gościnni ludzie. Ja po prostu lubię zwartą zabudowę. Możliwość chodzenia w 14 centymetrowych szpilkach. Spróbuj chodzić w nich po trawie, czy piasku. Ubierz się w żółta sukienkę. A zaraz obsiądzie cię stado muszek. Skąd mam awersje do wsi? Moje dzieciństwo, matka wysyłałam mnie poza miasto do ciotki. Zimna woda w kranie, mycie w misce, jedzenie chleba z mlekiem. Błoto, brak możliwości chodzenia do kina, sklepu, parku. Za to huśtawka zawieszona na drzewie, wspinaczki po czereśni i skakanie na sianie w stodole. Wredni kuzyni, którzy mi dokuczali, bo kręciłam nosem na zabawy w piasku, atakujący inwentarz domowy. Kury i kaczki chodzące po całym podwórzu, a najgorsze były koguty i indory. Cały czas na mnie polowały i ganiały zawzięcie, kilka razy byłam cała podziobana i podrapana. Ten zwierzyniec to jakieś szaleństwo. A najgorsze z tego wszystkiego było to, że ciotka wmuszała we mnie takie ciepłe mleko prosto po wydojeniu. Ciągle kombinowałam jak je zręcznie wylać, aby tego nie pić. Ciotka powtarzała to takie pyszne, cieplutkie i zdrowe. Ohydztwo, do dziś na sama myśl jest mi niedobrze. Nie ważne, było minęło.


Szybko znalazłam się w galerii i zakupiłam świece oraz ładny koszyczek na moje ciasteczka. Matce kupiłam zestaw kosmetyków, ojcu wodę toaletową. Zastanawiałam się co kupić bratu. Z baraku pomysłów wybrałam dla niego elegancki szalik i rękawiczki. Jego wiecznie naburmuszonej żonie, wyszukałam nie za drogą książkę, jakiś romans niech się wyluzuje trochę. Zostały tylko dzieciaki. Małej zakupiłam koedukacyjnego pieska, a bratankowi zestaw klocków Lego. Moje konto pustoszeje. No tak zakupy dla niewdzięcznej rodzinki swoja drogą, ale kupiłam dla siebie niczego sobie krótkie kozaczki na obcasie, sweter, sukienkę i śliczne kolczyki. Wiem jestem zakupoholiczką. Czasami się zastanawiam kiedy pani w sklepie przetnie moja kartę na pół jak w tym filmie. Na moje szczęście czy nieszczęście nigdy tego nie robi. A na moi saldzie trwa wieczna burza.

Julia na tropie Wielkiego OPrzeczytaj tę opowieść za DARMO!