饾枙饾枟饾枖饾枒饾枖饾枌

538 98 42
                                    




𝕮𝖆𝖎𝖓

    Zatrzasnąłem drzwi od niewielkiego biura, które podarowałem Thiago, gdy tylko zatrudniłem go w wydawnictwie. Oszklone pomieszczenie znajdowało się niedaleko mojego gabinetu, do którego i tak musiał biegać kilkanaście razy dziennie. Szybko awansował na głównego grafika, przez którego musiały przechodzić wszystkie wykonywane grafiki.

    — Coś ważnego, skoro sam się do mnie pofatygowałeś — parsknął, gdy tylko przekroczyłem próg. Jak zawsze rozwalił się na skórzanym, obrotowym krześle. Nie prezentował sobą ani odrobiny profesjonalizmu. Znałem go od dziecka i doskonale widziałem na co się piszę, zatrudniając własnego siostrzeńca.

    — To jest ważne, Thiago — odparłem chłodno, nienawidząc tego w jaki sposób zwracał się do mnie w pracy. Miał szczęście, że byliśmy sami w pomieszczeniu. — Będziesz dzielił biurko z nową, młodą redaktorką. Nie mam innych wolnych biurek, a to, które jest tutaj traktujesz jak śmietnik.

    Brunet zmarszczył zdekoncentrowany brwi i spojrzał na obładowany papierami mebel. Pogniecione kartki z propozycjami okładek, stare dokumenty i bardzo dużo papierowych kubków po kawie. Wszystko trzeba było wyrzucić, zamiast kolekcjonować i blokować mi wolne miejsce.

    — Da się zrobić — westchnął rozbawiony.

    Zacisnąłem szczękę, kiedy beztrosko wzruszył ramionami i powrócił do projektowania grafiki. Nic go nie interesowało.

    — Nie będziesz już pracował tu sam — sarknąłem, wsuwając dłonie do kieszeni jeansów. Zaczynało robić mi się gorąco.

    — W porządku — mruknął, wciąż niezainteresowany. — Nie będę się tutaj już tak nudził.

    — Przychodzisz tu, żeby pracować, Thiago — niemalże warknąłem, mierząc młodego wzrokiem. — Nowa redaktorka nie będzie twoją kurwa rozrywką. Musisz zmienić swoje podejście do pracy, bo w innym wypadku...

    — Ciocia Meredith dowie się o Carmel?

    I to był moment kiedy zamarłem. Za każdym razem, gdy tylko o niej wspominał.

    Miałem tylko jeden czuły punkt, którym była najpiękniejsza kobieta stąpająca po ziemi — Carmel Soriano. Wysoka szatynka o ciemnych jak noc tęczówkach.

    Była moją tajemnicą. Moją inspiracją. Moją obsesją.

    — Thiago.

    — To można zaliczyć chyba pod zdradę — mruknął, wyraźnie z siebie zadowolony. — Śledziłeś ją jeszcze jak zaczęliście być razem.

    Zacisnąłem dłonie w pięści, zastanawiając się czy lepiej mu przyłożyć, czy wylać z roboty. Był głupim szczeniakiem, nie rozumiejącym jeszcze, jak działa świat. Może i obserwowałem Carmel, ale nigdy jej fizycznie nie miałem. Ani razu nie dotknąłem jej jedwabistej skóry. Nigdy nie pokusiłem się nawet o przypadkowe otarcie, gdy się mijaliśmy. Zawsze trzymałem odpowiedni dystans, bym nigdy nie przykuł na siebie uwagi.

    W końcu była dla mnie za młoda. Zbyt nieosiągalna.

    Córka gliniarza i pani prokurator. Ułożona dziewczyna z zaplanowaną przez rodziców przyszłością. Mogła być jedynie moim odległym marzeniem.

    — Nigdy nie zdradziłem Meredith.

    — W takim razie niech przeczyta Hidden Beauty. W końcu nie napisałeś go o Carmel, prawda?

    Poczułem jak bielały mi knykcie. Byłem na granicy wytrzymałości.

    — Wracaj do pracy.

    — Postaraj się przy wyborze mojej współlokatorki, wujku — rzucił, gdy opuszczałem biuro. Zarozumiały gówniarz.

    Zdenerwowany ruszyłem do biura, gdzie czekała na mnie gorąca kawa i kandydatka na redaktorkę. Miała ogromnego pecha, że Thiago zdążył doprowadzić mnie do takiego stanu. Krew we mnie aż wrzała.

    Nie powinien zaczynać tematu Carmel. Od czterech miesięcy jestem czysty. Ani razu nie poszedłem pod jej dom, ani nie szukałem jej pod uczelnią. Choć do końca się z niej nie wyleczyłem, miałem już skończony materiał. Książka była w trakcie przygotowań, więc mogłem sobie odpuścić dalsze tropienie Carmel.

    Musiałem poczekać, by móc spróbować się do niej zbliżyć. Miała zaledwie dwadzieścia-jeden lat. Pięć lat nie było tak ogromną ceną, jaką musiałem za nią zapłacić. Byłem cierpliwym mężczyzną. W międzyczasie przy moim boku znajdowała się Meredith. Urocza, trzydziestoletnia blondynka o ogromnym sercu. Nie wiedziała, że jest jedynie czymś przechodnim. Miała zająć mi czas, dopóki Carmel nie będzie na mnie gotowa.

    Zacisnąłem palce na uchwycie białego kubka i upiłem łyk kawy. W tym samym momencie do gabinetu weszła kandydatka na redaktorkę. Leniwie uniosłem spojrzenie i gdy tylko zrozumiałem, kto właśnie przede mną stoi, wyplułem kawę z powrotem do kubka.

    Carmel Soriano we własnej osobie.

    W moim pierdolonym biurze.

    — Dzień doby. — Przywitała się, poprawiając na ramieniu pasek torebki. — Byłam z panem umówiona odnośnie podjęcia współpracy jako redaktorka. Nie mam jeszcze skończonych...

    — Usiądź — rzuciłem, przerywając jej wypowiedź. Byłem jak w pierdolonym transie, wpatrzony w moją dziewczynkę.

    Speszona skinęła głową i podeszła do krzesła na przeciwko mnie. Miała na sobie krótką spódniczkę, która kończyła się w połowie jej ud. Do tego czarna, idealnie wyprasowana koszula, do której założyła złotą biżuterię. Jej włosy jak zawsze opadały falami na ramiona i plecy. W ciągu czterech miesięcy ani trochę się nie zmieniła. Wciąż idealna.

    I znowu moja.

Zapraszam do komentowania na Twitterze pod #mymusemyobsession

my muse my obsessionOpowie艣ci t臋tni膮ce 偶yciem. Odkryj je teraz