01

80 6 7
                                    

Słońce dopiero wstawało, ale większość mieszkańców stolicy czuwało od dawna - jeszcze przed wschodem pierwsze grupy dziarsko ruszyły do świątyń. Niektórzy nieśli świece, inni szli z pustymi rękoma, a nieliczni nieśli drobne podarki. Stara broń, drobne zniszczone sztylety, starte siodła czy mleko i chleb — część miała znaleźć się przed mniejszymi posążkami, jednak większość była przygotowana do spoczęcia u stóp największej rzeźby Pani.

Freya również wcześnie opuściła swój dom, ale nie poszła do świątyni. Poniedziałkowy poranek spędziła na uboczu, skryta na targu i u Joalsa w barze, z rogu sali podsłuchując szepty. Wyniosła z rozmów miłośnika piwa i bijatyk równie wiele co rok wcześniej: wszyscy gdybali, czy tym razem księżniczka weźmie udział w obrzędach religijnych.

Oczywiście że nie, pomyślała po wyjściu ze spelunki, idąc w stronę królewskiej stajni. Księżniczka od skończenia trzynastu lat ani razu w trakcie Tygodnia Pani nie postawiła nogi na świętym placu miasta. Tego roku jednak zamierzała pójść o krok dalej i wydostać się za mury miasta.

Coś irytującego było w tych uniesionych ku słońcu głowach i twarzach objętych wyrazem czczego oddania. Część z tych ludzi zapewne nie była wierząca, ale mimo to stali tam, ciasno zbita ciżba, milcząca, oczekująca... Na co właściwie?

Wiedziała na co: że tego roku Pani nareszcie się odezwie.

Freya nie wierzyła w to od dawna, prawdopodobnie odkąd skończyła piętnaście lub czternaście lat. Może od pierwszego zamachu na swoje życie. Pani gdzieś tam czuwała, niewidoczna dla kogokolwiek, ale nie zamierzała słać słabym ludziom nawet jednego słowa.

Nie dlatego jednak uciekała z miasta aż do wieczora. To te twarze zwrócone ku kamiennemu obliczu Pani, która nie odpowiada na niczyje modły. Oni o tym wiedzieli, ale wciąż udawali pobożnych.

Do torby przy siodle spakowała suchy prowiant, trochę monet — dziwny nawyk — kredę i malutki posążek i odbywszy krótką rozmowę ze stajennym (Marius? Monet?) odjechała. Z wielką radością pożegnała miasto — główną drogę, pobielane mury, szpiczaste wieżyczki — i skierowała się do znajdującego się tuż za nim lasku.

Przyjemny chłód i cień rzucany przez rozłożyste korony drzew od razu w pewnym stopniu ją uspokoiły. W końcu miejsce dające jej dobre odczucia. Odrobina spokoju i wytchnienia, pomyślała z radością, przywiązując Brie do drzewa. Upewniła się, że zwierzę nie ucieknie i wyciągnęła potrzebne rzeczy.

Postawiła figurkę Pani i usiadła po turecku, wbijając wzrok w obojętne oblicze. Wyglądała jeszcze groźniej i poważniej niż jej znacznie okazalsza wersja na placu głównym przed świątynią. Wyciosane w drewnie ostre rysy wzbudzały respekt tak silny, jak gdyby naprawdę stała naprzeciwko. Jej poza — dłonie zaciśnięte na rękojeści miecza i delikatnie pochylona głowa – wywoływała jeszcze więcej respektu.

Szept Freyi dołączył do niepozornego śpiewu ptaków i szelestu liści.

— Oddaję ci ponownie swe serce, abyś zechciała mnie wysłuchać. Przepraszam za każdy występek, którym skaziłam to, co mi dałaś w wojnie światła i cieni — zaczęła, wbijając wzrok w kamienne oblicze. Proszę, daj mi znak. — Dziękuję za wysiłek, który wkładasz w utrzymywanie porządku i proszę o to samo, bym mogła dalej wiernie wypełniać swoje obowiązki.

Daj mi znak. Proszę.

Mówiła dalej, tak samo spokojnie jak na początku, choć z lekkim znużeniem. Niektóre słowa wychodziły z jej ust automatycznie, wyryte w pamięci przez wieloletnie ich powtarzanie.

Gdy była młodsza, starała się, aby modlitwa co roku brzmiała inaczej, z pasją i zaangażowaniem. Teraz nie widziała w tym sensu.

Daj mi znak, pomyślała po raz kolejny, już tonąc w milczeniu.

OKRUCHY MAGII ━ short storyOpowieści tętniące życiem. Odkryj je teraz