Kiedy dotarł do hotelu Paul leżał na kanapie czytając gazetę.

- I co zabawiłeś się? - Zapytał spoglądając znad czasopisma.

- Taa. A ty?

- No było miło. A teraz chodź tu do mnie bo się za tobą stęskniłem.

John ułożył się obok mężczyzny, wydajać pomruki stęsknionego kociaka, których nauczył się właśnie od Paula.

- No i co Johny? Nadal myślisz, że ja bym zrobił coś co by naraziło nasz związek? - Zapytał obejmując go ramieniem.

- Ty nie ale ona tak.

- Była w porządku, nic nie kombinowała.

- Wiem. -Ugryzł się w język, ale wtopa. - To znaczy, wierzę ci.

Paul spojrzał na niego podejrzliwie.

- To wiesz, czy mi wierzysz? Bo jest różnica. Gdybym się dowiedział, że w jakiś sposób mnie kontrolujesz...

- To co? - Zapytał niepewnie John.

- To by znaczyło, że mi nie ufasz a ja nie jestem pewien czy na tym można budować związek, bo zaufanie to podstawa.

Lennon przełknął ślinę, zrobiło mu się gorąco i strasznie niewygodnie. Wtulił się bardziej w swojego chłopaka.

- Tobie ufam. Nie ufam ludziom z którymi wychodzisz. - Musiał szybko zmienić temat. - Idziemy na kolacje misiu?

- Ooo kolacja, super pomysł. - Serce McCartneya na jedzenie zdobyć było można bardzo łatwo.

- Zabiorę cię naaaaa.... spaghetti.

Paul spojrzał na kochanka, pacnął się ręką w czoło, przewrócił oczami i zaczął śmiać jakby właśnie usłyszał najśmieszniejszy żart na świecie.

- Jak oryginalnie, Francja, spaghetti , Włochy, spaghetti. - Skomentował rozbawiony.

- Tu na pewno mają lepsze. - Poczochrał go po głowie w tając z kanapy.

Poszli do najlepszej czynnej restauracji. Do takiej, do której wpuszczają tylko pod krawatem, co Lennonowi niezbyt się podobało. Gdy miał krawat czuł się jak na szubienicy. Paul wprost przeciwnie. Przecież krawat dodawał męskiego wyglądu i plasował człowieka o dwie pozycje w drabinie społecznej wyżej. Tak pysznego jedzenia jeszcze nie smakowali. Niebiański bal dla podniebienia. W tej chwili nie potrzebowali już niczego więcej. Niemniej jednak John zdawał się być czymś strapiony. Cały czas wahał się przed samym sobą. Powinien przyznać się, że poszedł do tego baru? Obiecali nie mieć przed sobą żadnych tajemnic. Wiedział, że Paul bardzo się wkurzy ale miał nadzieję, że doceni to, że zdecydował się powiedzieć prawdę.

- Słuchaj... ja... muszę ci się do czegoś przyznać.

Paul wzrokiem nakazał mu kontynuować. Przerwał spożywanie posiłku i przyglądał mu się uważnie.

- Bo jak ty wyszedłeś, to poszedłem za tobą. Wpuścili mnie do tego baru no bo w końcu jestem beatlesem. Usiadłem w rogu i cie obserwowałem.

Paul poczuł się oszukany, nagle stracił tak dobry, dopiero co odzyskany humor. Nie zamierza krzyczeć na Johna. On właśnie tego oczekuje, że ten na niego nawrzeszczy a on sam będzie mógł poczuć się rozgrzeszony. Tym razem będzie inaczej. Załatwi go swoim spokojem.

- Miło wiedzieć, że mi nie ufasz i, że myślisz, że przy pierwszej okazji puszcze cię w trąbę.

John nie był na to przygotowany. Spodziewał się krzyków, tego, że Paul wyjdzie bez słowa ale jego reakcja zaskoczyła go jak nigdy. Nie wiedział co powinien powiedzieć.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!