Samolot wylądował na jednym z włoskich lotnisk a specjalnie wynajęta taksówka czekała aby zawieźć mężczyzn do najlepszego hotelu jaki Johnowi udało się zorganizować. Ten wyjazd musiał być być idealny. Lennon starał się dopiąć wszystko na ostatni guzik. Miał nadzieję, że Paul niczego nie zacznie się domyślać. Tak też istotnie było. Macca przeanalizował wszystkie możliwe scenariusze tego co John kombinuje ale nie miał najmniejszego pojęcia, który z nich może być prawdziwy.

- I jak słońce podoba ci się? - Zapytał siadając na hotelowym łóżku.

- Bardzo mi się podoba słońce ty moje.

- Cieszę się bardzo. No to co plażing?

- Jasne. Ale... na plaży nudystów. - Paulowi błysnęło w oku. To, że był z Johnem i kochał go najbardziej na świecie nie znaczyło, że nie lubił już pogapić się na panienki.

- Ta, żebyś mógł wywalać gały na te wszystkie babki. - Prychnął John, jemu wystarczył tylko Paul, nikt inny nawet go nie interesował. - W sumie, nie pozwalam ci się na nie gapić.

Paul objął chłopaka za szuję i potarł nosem o jego nos. Biedny John czuł się zagrożony...

- Nie bądź taki zazdrosny misiu. Jak tak sobie popatrzę to ciebie kocham jeszcze bardziej. - Okej, ta wypowiedź nie miała żadnego sensu, tak bardzo, że John zaśmiał się pod nosem.

- Dziwny jesteś.

Wybrali się na plażę, która oddalona była od hotelu dość spory kawałek. Polecono im ją z tego względu iż była niewielka i raczej nie kręciło się na niej zbyt wielu ludzi. Włochy były krajem, w którym czuli się niemal tak swobodnie jak w Paryżu. Fani nie oblegali ich z każdej strony z prośba o autograf. To nie to, że nie rozpoznawali dwóch Beatlesów, oni mieli inną mentalność. Cenili sobie prywatność. Zarówno swoją jak i obcych. Mężczyźni dotarli na plażę rozłożyli koc i zrzucili ciuchy. Najprzyjemniejsza część pobytu nad morzem? Smarowanie się kremem z filtrem. To czynności tej Paul McCartney podchodził bardzo poważnie. Dokładnie cal po calu nakładał krem na ciało swojego chłopaka zachwycając się jego budową i czasem łaskocząc delikatnie tu i ówdzie.

- No to co, pływamy czy siata? - Zapytał Paul.

- Siata, nie po to się smarowaliśmy żeby to teraz z nas spłynęło.

John chwycił piłkę i popędził w kierunku, o dziwo, wolnego boiska do siatkówki plażowej. Paul puścił się biegiem tuż za nim. Słońce prażyło wysoko na niebie a dwóch przystojnych mężczyzn napinało mięśnie ramion odbijając piłkę wysoko ponad siatką. Szerokie uśmiechy nie schodziły z ich ust. John mógł spędzić resztę dnia oglądając swojego faceta rzucającego się za piłką z powiewającymi, na delikatnym aczkolwiek orzeźwiającym wietrze, włosami. Wszystko było tak pięknie wręcz za pięknie. Coś musiało się wydarzyć. No i jak na zawołanie. Do McCartneya podeszły dwie dziewczyny pytając czy mogą z nimi zagrać. Wyraźnie miały na oku zdobycie sobie dwóch, mogło się wydawać, samotnych panów. Macca był oczarowany młodymi paniami i zgodził się bez wahania. Ta sytuacja nie odpowiadała Lennonowi, który teraz musiał pilnować aby kobiety nie zbliżały się zbytnio do jego chłopaka. Był zazdrosny i wcale się z tym nie krył. Bardzo długo udało mu się utrzymać panowanie nad sobą ale gdy zobaczył jak dziewczyna wręcz specjalnie upada prosto pod nogi jego Paula a ten pomaga jej wstać i nie robi sobie nic z tego, że kobieta się o niego ociera wkurzyło go do reszty.

- Mi się już odechciało grać. - Rzucił i skierował w stronę morza, zostawiając Paula z nową koleżanką.

Paul zamienił z nią kilka słów i zobaczywszy, że John pływa popędził w jego stronę z zaskoczenia podtapiając go raz czy dwa z dzikim śmiechem. Niech Lennon nie myśli, że o nim zapomniał dla jakiejś panienki, chociaż podenerwować go można. Johnowi nie było jednak wcale do śmiechu.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!