McCartney kolejny wieczór spędzał przed telewizorem. Puste butelki oraz puszki po piwie zajmowały cały stolik do kawy. Było na nim miejsce jedynie aby położyć i rozprostować zmęczone nogi. W telewizji leciała komedia nie była śmieszna nawet w najmniejszym stopniu. Aby trochę podnieść jej poziom Paul wypalił kilka skrętów ale nawet to nie żeby pomogło. Cały czas myślał o rozmowie w studiu. Była to pierwsza tak długa i szczera rozmowa od... od tamtego czasu. Mężczyzna miał nadzieję, że po takiej rozmowie będzie mu łatwiej uporządkować swoje życie. Zostawić to co było, za sobą. Jednak wspomnienia powróciły, wszystkie te chwile, w których był najszczęśliwszy na świecie. Wszystko wracało do niego i sprawiało, że czuł się jak cień człowieka.

Drzwi mieszkania uchyliły się z wolna, mężczyzna nie zamykał ich na klucz, bo po co. Do pokoju wszedł mężczyzna średniego wzrostu o znajomej sylwetce. Paul przyglądał mu się z zaciekawieniem. Dopiero w chwili gdy ten zdjął z głowy kapelusz rozpoznał w nim Briana Epsteina. W normalnym przypadku nie był by zadowolony z jego wizyty ale teraz, właściwie było mu wszystko jedno. Od kiedy mężczyzna panował nad swoim zachowaniem stosunki między nimi wróciły, prawie że do tego co było przed wydarzaniem w święta bożego narodzenia.

- No cześć. Można? - Zapytał Eppy.

- A widzisz żebym był jakoś zajęty? - Prychnął Paul. - Siadaj. Może piwa?

Macca był zadowolony, że wreszcie ktoś postanowił go odwiedzić. Pochylił się nad stołem szukając pełnej puszki, którą następnie wręczył mężczyźnie.

- I co tam powiesz panie menadżer? - Zagadnął starając się wyglądać na człowieka, u którego wszystko jest w porządku.

Brian usiadł na kanapie tuż obok Paula. Było mu szkoda chłopaka. Nie zasłużył na taki los. John był takim głupcem robiąc to co zrobił podczas gdy Paul rzucił by się za Lennonem w ogień, nawet dziś. On, Brian, nigdy nie pozwoliłby Paulowi tak cierpieć. Gdyby tylko był z nim a nie z Johnem taka sytuacja nie miałaby miejsca. Wiedział jednak, że musi uszanować zasady, które ustalili i nie zamierał już więcej do niego podbijać. No chyba, że dostał by wyraźne sugestie ze strony McCartneya, wtedy to co innego.

- Nadal jesteś sam?

- No jak widać. Pusto i głucho. Znaczy się, teraz ty wpadłeś ale ogólnie jestem sam. - Macca zrobił kwaśną minę, kolejny który będzie próbował go pocieszać doprowadzając tym do jeszcze gorszego stanu. - Czekaj. Powiedz ty mi kiedy ty sobie ostatnio dogadzałeś? Muszę wiedzieć czy jestem przy tobie bezpieczny.

- No wiesz! Nie będę ci mówić takich rzeczy. - Oburzył się Eppy choć z jednej strony rozumiał obawy mężczyzny.

- A nie chciał byś się zabawić? - Ugryzł się w język, niestety, za późno.

Paul spojrzał na niego niewyraźnymi oczyma.

- Nie z tobą. W ogóle nie mam ochoty na takie zabawy.

- Nie lubisz nie?

- Brian, lubię cię ale nie tak jak ty byś chciał. - Każde słowo wypowiedział bardzo dokładnie po czym zamyślił się na krótką chwilę. - Poza tym co ja poradzę, że tęsknię za tym pieprzonym sukinsynem?

- On nie wróci. - Paul musiał w końcu to zrozumieć a Brian wiedział jak ciężko to przychodzi.

- Wiem ale zawsze sobie siedzę i myślę, że on zaraz zjawi się w drzwiach i krzyknie „Paulie rzuciłem ją. Byłem głupi. Wybacz mi.” Tęsknię za tym jego uśmiechem, za tym jak mnie przytulał, za jego głosem, chrapaniem.... rozumiesz?

Brian z wolna pokiwał głową. Rozumiał to aż za dobrze. Spojrzał na żałośnie wyglądającego McCartneya i gdyby serce potrafiło płakać, jego z pewnością teraz by to robiło.

Two Boys LovePrzeczytaj tę opowieść za DARMO!